AFRODYTABANITAEKSCYTOZAPRZERWANY LOTGENESISMISJA: EUROPA

¤¤¤  październik 2003  ¤¤¤




Koza


Coś trąciło ją wreszcie z tyłu w łokieć, nie wytrzymała i zerwała się jak oparzona, rzucając za siebie przerażone spojrzenie.

— To tylko koza — roześmiał się setnie ubawiony Abihu, widzący obłęd w jej oczach. — Dajcie jej kawałek chleba — po przyjacielsku jej podszepnął. — Gadzina też się chce pożywić.

Zrobiła, jak jej podpowiedział, ale przez chwilę nie wiedziała, o co mu chodzi.

— Masz, niemądra istoto — nadąsana, obróciła się do głupiego zwierzęcia. — Pożyw się!

Oswojona koza potulnie jadła jej z ręki. Miała białe umaszczenie, włos raczej krótki i wygięte do tyłu kręcone rogi. Obwisłe wymię opadało jej nisko, za to ogon zabawnie sterczał do góry. To zajęcie wreszcie uspokoiło Urchitkę. Jakby coś w niej pękło i jakby odkryła, że wygłodzone zwierzę reprezentuje wszystko, co żywe na tej planecie, a i przy okazji cały gatunek ludzki. Nieoczekiwanie wrócił jej animusz. W kilka chwil później zaśmiewała się już do łez, pieszczotliwie głaszcząc jej cudaczną bródkę. Zaskoczony odmianą starzec spoglądał na nią, z wrażenia szeroko otwarłszy usta.

Potem pewna siebie przywołała służebną, a kiedy ta się zbliżyła, kazała sobie bezzwłocznie przynieść kolejną pajdę chleba.

2003-10-08 18:58:21




Przeznaczenia nie można zmienić


Tak to jest, zaczyna się wszystko od glinianego kubka...



Wieść o tym, że we wnętrzu kosmicznego kolosa nie ma żywego ducha dla Mi-ra była ciosem w serce. Wydawało mu się, że duchy gór znowu złośliwie zachichocą. Ale czegóż innego mógł się spodziewać? Był opuszczony i samotny, jak mknąca w nieznane przez galaktyczne pustki martwa planetoida. Próbował wyłuskać wzrokiem dziewczynę, która przyniosła mu posiłek i przyjaźnie do niego zaświergotała. Krzątała się po drugiej stronie obozowiska, od czasu do czasu migając między namiotami. Tylko ona, jedna jedyna z tej planety, życzliwie uśmiechnęła się do niego i okazała mu niejakie względy. Przemógł w sobie ostatnie opory, związane ze słyszanym dialektem.

— Safono, Safono! — odważnie zawołał, panicznie się lękając, że miejscowa piękność gdzieś się zawieruszy i odejdzie na zawsze, tak jak jego pobratymcy.

Starsze kobiety o mocno pomarszczonych twarzach i poprzetykanych siwizną włosach obejrzały się na jeńca, a ich spojrzenia były przychylne. Ze zdumieniem obmacywał palcami swoją gardziel, pojmując że nie będzie mieć więcej kłopotów z porozumiewaniem się z Y-otami. Mówił i to było dla niego teraz najważniejsze. Przywoływana młódka się nie pojawiła, jednak jedna z tych starszych odkrzyknęła, że tamta wkrótce mu usłuży.

Słońce było już w zenicie, gdy doczekał się znowu posiłku z tych samych uczynnych rak, a kruczowłosa piękność zdecydowała się z gracją przysiąść u jego stóp. Jak się pokrótce okazało, wcale jej nie przeraził urchicką mową.

— Na Wielką Matkę — wyszeptała, wpatrując się w niego z zachwytem i admiracją. — Wyście to, ani chybi, jako było w wyroczni — zdradziła mu w sekrecie. — Inny tu nie przybędzie!

Nie wiedział, o co jej chodzi. Jednak odniósł raptem wrażenie, że dystans między nimi jeszcze bardziej zmalał. Poprosiła go, kurczowo łapiąc za ramię, jakby znali się od dawna, by znowu coś do niej powiedział w swojej ojczystej mowie. Nie wahał się ani chwili. Pokwapił się na cichą i nieco wstydliwą deklamację krótkiego poematu o miłości z pism proroka Mal-a-gaba. Z zabawnie przekrzywioną głową i przymkniętymi powiekami słuchała obcych rytmicznych strof, jeszcze nie do końca przeświadczona, iż jeniec jest naprawdę tym, za kogo go w sercu bierze — a potem rozwiązał się jej język.

W te pędy się zdecydowała, jakby coś jej usilnie mówiło, że nie wolno jej zwlekać. Impulsywnie ujęła go za rękę, zdradzając rzadką bezpośredniość i otwartość.

— Musicie mnie wysłuchać! — z przejęciem wyszeptała, a on jej z niebosiężnym zdumieniem przytaknął.

— Dobrze — odrzekł. — Mów!

Zaczęła bez żenady.

— Minęło mi szesnaście wiosen, a nie jestem jeszcze zamężna, zacny przybyszu — rumieniąc się, otwarcie mu wyznała, jak kuzynowi, który powinien o wszystkim wiedzieć. — A inne w moim wieku dawno wyswatano. — I zaraz przeszła do rzeczy: — Z pewnością nie wiecie, co było tego powodem, no bo jak? Pewnie się dziwicie? A tamci dobrze wiedzą — pokazała za siebie na innych w obozie. — Kiedy nad moją kolebką nucono tkliwe kołysanki, ujęła mnie w ramiona stareńka wróżka... i przepowiedziała moje przyszłe losy.

— Twoje przyszłe losy? — zastanowił się, nie pojmując, ku czemu młódka może zmierzać.

Przytaknęła i odgarnęła włosy z czoła.

— Wszyscy w wiosce wierzą w tę wróżbę i dlatego nikt się nie stara o moją rękę. Miałam wyjść za mąż za cudzoziemca — za kogoś, kto nadejdzie z dalekich stron, zza wielu mórz i wielu gór, a będzie gadał mową, której nikt u nas nie pojmie — mówiła prędko i znowu na jej twarz wypełzł pąs. — Cierpliwie czekałam, aż wybraniec przybędzie. I dziś nadszedł właśnie ten, którego języka nikt nie przełoży...

Medytował nad jej pospiesznym orędziem, nie będąc pewny tego, czy dobrze ją rozumie. Okazała się aż do bólu szczera i porywczo poszła na całość, za nic mając umizgi i zalecanki, i nie spodziewając się tego, że sam padnie jej do stóp.

— To mnie masz na myśli? — jego brwi powędrowały wysoko w wyrazie niebotycznego zdziwienia.

— Jako rzekliście — skwapliwie przytaknęła, a z jej błyszczących oczu wyczytał, że decyzja już zapadła w jej sercu i że nie zamierza się go ani wyrzec, ani zamieniać na innego. Niecierpliwie czekała teraz na to, co jej odpowie. A mógł odpowiedzieć tylko jedno.

Zaszokowała go i musiał to sobie jakoś w głowie poukładać. Dozgonna miłość? Od pierwszego wejrzenia? Nie, nie miał być pieczystym na tacy, a poza tym takiej karty nie wypuszczało się z rąk. Nabrał powietrza i powolutku je z siebie wypuścił. Uzmysłowił sobie, że nie jest pozbawionym praw jeńcem, ale wybrańcem, któremu należy się poważanie i estyma. Niepewnie rzucił okiem w stronę namiotów. Teraz już pojmował, co chodziło po głowach członkom plemienia, spoglądającym na piękność, kusząco przystawiającą się do obcego. Jeżeli z nim flirtowała, to doskonale wiedziała, po co. Złowiła go w jednym momencie.

— Na proroków! Niech będzie tak, jak chce los! — szepnął z determinacją, ale i odrobiną rezygnacji w głosie.

Przejęty do głębi swoją nową rolą, ujął jej delikatną dłoń i z atencją złożył na niej niby pieczęć swój pocałunek. Czyż miał inny wybór? Opatrzność sama zatroszczyła się o niego.

Na to w skrytości ducha czekała. Radośnie się zerwała i pobiegła po misę z czystą wodą, a potem z troską zajęła się jego toaletą. Mocząc co rusz koniuszek czystego gałganka, zmyła z jego twarzy resztki zaschniętego błota. Oglądał jej twarz, kibić, dłonie. Nie była szkaradą, a jej bliskość sprawiała mu przyjemność. Zezował przez jej ramię na innych w obozie. Rozumieli, co tu się działo i pewnie już w myślach tańcowali na ich weselu. Nieudolnie usiłował sobie wyobrazić ceremonię zrękowin i zaślubin w górach oraz przyszłe szare życie w kręgu spraw trackiego szczepu, ale póki co, nie czuł, że to widoki na jego miarę. Jak na jego gust, sprawy biegły za szybko. Nie był przygotowany na taki dar losu. Czy nie wróżyło to nieszczęścia?

2003-10-13 13:45:29




Wielkie BUM


Będzie wielkie "bum!", więc trzeba brać nogi za pas...


Wieści, które napłynęły przed zmierzchem, kiedy płonąca kula słońca lizała już linię gór, barwiąc na purpurowo horyzont, były niepomyślne, jeśli nie wręcz zatrważające. Tubylcy bezsprzecznie wtargnęli do sektora silnika grawitacyjnego, a Mi-ira, gdy sobie to uzmysłowił, dopadł dławiący lęk. Młokos, który przydrałował do obozu, dzierżył dumnie w łapach wyniesioną ze statku kosmicznego tablicę z ostrzegawczym napisem, zakazującym wstępu. Urchita doskonale wiedział, skąd ją zerwano. Odniósł wrażenie, że znowu samotnie zawisł na występie skalnym nieopodal kapsuły ratunkowej nad straszliwą przepaścią prawie bez dna.

— Na wszystkie moce, to już koniec — szepnął do nurtujących go niespokojnych myśli, martwiąc się nie na żarty o bliskiego sercu „Met-ar-usa”.

Nieprzytomnie dumał nad przebiegiem zdarzeń, poświęcając coraz mniej uwagi adorującej go Y-otce, a coraz więcej zagrożonemu kolosowi. Pojął, że skretyniał do reszty, bo nie zdecydował się wcześniej na wyraźniejszą strategię. Połapał się w tym, ale teraz już było za późno, by podjąć skuteczne kroki. W gigancie drzemały niebezpieczne moce, których nie należało wyrywać ze snu. Przypomniał sobie, że kiedy rankiem ocknął się na dnie leja, czuł ledwo wyczuwalne wibracje kadłuba. Centralny system zatem nadal był sprawny i działał. Tubylcy plądrowali wnętrze tytana, panosząc się po wszystkich poziomach, a przecież nikt nie wyłączył dwu wirujących potężnych pierścieni, obracających się w przeciwne strony i indukujących sztuczne pole grawitacyjne. Wolał nie wyobrażać sobie, co by się stało, gdyby nagle ktoś niepowołany podjął próbę zatrzymania jednego z nich. A wystarczyło zająć się desynchronizacją obrotów. Zbliżyć się do pulpitów, porozbijać przejrzyste osłony, a następnie lekkomyślnie pobawić się przyciskami.

— Dlaczego ci bezprzykładni idioci nie zabezpieczyli napędu? — przejęty do ostatnich granic gorzko pytał samego siebie. — Na bogów, z kim właściwie zmagali się ci, którzy pozostali przy życiu i wyrwali się na zewnątrz?

Czuł, że dygocze. Coś mu nakazywało nie poddawać się losowi. Czyż nie tak uczyniłby wojowniczy Mu-ur? A w ogóle, to gdzie on przepadł? Dłuższą chwilę walczył z sobą, aż wreszcie podjął decyzję — jedną jedyną, na jaką było go stać. Z nieskrywaną nadzieją spojrzał na tracką dziewkę. Safona siedziała obok, uszczęśliwiona i zapatrzona w niego bez reszty — co najmniej tak, jakby ceremonia zaślubin już się odbyła, a ucztę weselną zaplanowano na późny wieczór.

Pieszczotliwie pogładził ją po śniadym licu.

— Zdradziłaś mi, że jestem tym, którym obdarowało cię przeznaczenie — spokojnie zaczął, postanawiając zagrać w otwarte karty. — I ja powinienem ci coś wyznać. Choć może cię rozczaruję. Rzecz w tym, że jeżeli mamy być posłuszni moim bogom, to po zmierzchu musimy stąd odejść — zaryzykował, niepewnie zaglądając jej w oczy. — I to czym prędzej. Jak najszybciej i jak najdalej — z cicha wbijał jej do głowy. — Musimy uciec, gdyż jak doświadczam i odgaduję potężni bogowie wielkiego rydwanu bardzo się rozgniewali. Jeszcze tej nocy zstąpią z niebios, by zesłać palący ogień na twoich braci...

Nie był pewny tego, czy go posłucha. Chwilę się wahała, a potem obrzuciła smutnym wzrokiem obozowisko. Wyczuła jego desperację i wolę działania, więc przyzwalająco skinęła głową. Nadzwyczaj szybko mu uległa. Ale trudno się było temu dziwić. Jej plemię nie powinno było tak nieroztropnie mierzyć się z nieznanymi bogami. Przebąkiwała już o tym najstarsza z kobiet, matka wodza. Z uśpionymi demonami nie należało zadzierać. A poza tym miejsce Safony było u boku mężczyzny, którego całym sercem wybrała.

Położyła dłoń na jego ramieniu.

— Gdzie ty, tam i ja — wyrzekła i szybko się pochyliła, kryjąc oczy za furą ciemnych włosów. Potem wstała i śpiesznie odbiegła.

— Gdzie ty, tam i ja — z namysłem powtórzył jej słowa.

Cierpliwie czekał aż na niebie pojawią się gwiazdy, nie dając poznać po sobie, że knuje coś i chytrzy. Powiało chłodniejszym wiatrem. Rozłożył derkę, którą mu rzucono, niby to szykując się do snu. Jego zamysł był szalony. Zamierzał bowiem nie tylko tchórzliwie czmychnąć, ale i uprowadzić córkę kogoś znacznego z plemienia.

2003-10-14 14:03:20




Miała sen


Dali spokój siwobrodemu, który kiwał się na prowizorycznej ławie i nadal medytował nad sekretami wszechświata. Szykowali się do spoczynku. Rudera była przestronna, więc na środku ustawili namioty. Ni była święcie przeświadczona, że ich rewelacje mocno wstrząsnęły światopoglądem Y-ota i z tą myślą głęboko zasnęła. W nocy obudził ją przykry sen i wygrzebała się ze śpiwora. Szczerzący kły zaśliniony aotus wydawał się złowróżbnie zaglądać do jej namiotu. Miała przed oczyma wpadające w popłoch kobiety z osady, do której dotarli. Była prawie pewna, że jej planetę doszczętnie zniszczono i że nie ma na niej już nikogo, kto byłby jej bliski. Znowu zbierało się jej na płacz.

Zauważyła, że starzec zniknął z posłania, które z wieczora chłopiec rozłożył mu w szopie. Abihu spał głęboko, podobnie Mu-ur. Deszcz już dawno ustał, chmury przeszły, księżyc jasno świecił i kiedy się podniosła, dostrzegła nestora na skraju polany. Podparty kosturem, w skupieniu wpatrywał się w jarzące się na firmamencie gwiazdy. Czyżby tam, w przestworzach kryły się odpowiedzi na wszystkie niepokojące pytania? Mimowolnie poszła za jego spojrzeniem, zatrzymując wzrok na jaśniejącym paśmie Drogi Mlecznej. Uzmysłowiła sobie, że gdzieś daleko, może w innej galaktyce, chronią się przerastające ją inteligencją istoty — te, które przed wiekami wielkodusznie podarowały jej rasie planetę Urch, a potem ulotniły się bez śladu. Niestety, ani swym sercem, ani umysłem nie była w stanie do nich dotrzeć. A może — po prostu — nie było już do kogo. Może od dawna nie istniały?

2003-10-23 13:25:53




Safona


Wcześniej z niebywałym zainteresowaniem oglądał swoje bose stopy. Z wieczora, gdy w te pędy zmykał, uprowadzając tubylczą dziewkę, zauważył, że pięty mu dziwnie twardnieją i że pod wpływem biegu zamieniają się w kopyta. Początkowo sykał i podskakiwał, trafiając na wystające kamienie i korzenie, później już jednak w ogóle nie czuł bólu. Przez noc wszakże zgrubienie ustąpiło, a stopa była znowu delikatna i gładka. Główkował nad tym, czy przypadkiem ciała tubylców nie adoptują się podobnie do zmieniających się znienacka warunków bytowych, ale nie doszedł do żadnego olśniewającego wniosku. Safona była obuta. W ogóle lepiej niż on przysposobiła się do podróży. Wyposażyła się w bezcenne krzesiwo i nóż, bardzo przydatny w tym dzikim terenie. Pomyślał, że on pewnie jako mężczyzna powinien dźwigać z sobą dzidę lub łuk i kołczan ze strzałami. Ale nie miał akcesoriów myśliwego, a nawet gdyby je miał, to i tak bezsprzecznie nie umiałby się nimi posłużyć.

Tracka dziewka zbliżyła się do niego, podając mu porcję słodkich jagód na mięsistym zielonym liściu. Zdążyła już zaczesać sobie włosy, zatem przed opuszczeniem obozu zaopatrzyła się też w jakieś zgrzebło. Jej linia bioder była miła dla oka. W drugiej ręce miała garść orzechów.

— Tyle tylko można wyszukać w tym ustroniu — usprawiedliwiła się, ponownie zasiadając u jego stóp. — Potem może trafi się nam jaki potok, a w nim pluskające ryby. Albo dopadniemy rosłego ptaka, oskubiemy go i upieczemy nad ogniskiem. Będzie uczta, jak się patrzy.

Przełknął ślinę. Zabrał się do bardziej niż skromnego posiłku, nie spuszczając oczu z Ziemianki i w mig sprzątnął, co mu podała. Nie czuł się szczególnie predysponowany do tego, aby wyrokować o tubylczych gustach, tym niemniej nie mógł jej nie pochwalić:

— Safono, urodą górujesz nad niewiastami, które przyszło mi dotąd poznać — wyraził swoje uznanie. — Jesteś prawdziwym kwiatem tych stron...

Zarumieniła się i ze wstydem spuściła oczy, zasłaniając je długimi rzęsami. Rozpuszczone z powrotem czarne, lśniące włosy wzorem kobiet zaplatała właśnie w warkocz. Nie, nie miała zwierzęcego zgrzebła. Posługiwała się cennym kształtnym grzebieniem z kości słoniowej, zdobionym na krawędzi stylizowanymi figurkami lwów.

— Ani chybi, mało ich jeszcze mierzyłeś łakomym wzrokiem — skromnie odparła. — I nie miałeś ich wielu pod sobą... — pozwoliła sobie na figlarny żart. Jeśli chciała, umiała zareagować na zaczepkę. Potem szczerze wyznała, spoglądając w dal: — Pewnie to ciebie oglądałam w snach, kiedy tęskniłam i płakałam, choć oblicze widziałam niewyraźne i jakieś zamazane...

Ogarnęła go przemożne pragnienie, żeby przytulić ją do siebie i sięgnąć do jej zmysłowo rozchylonych ust, ale stłumił w sobie odruchy słodkiego pożądania. Zakarbował sobie, że musi być taki jak Mu-ur — twardy, niewzruszony i niezłomny, prawie jak wyciosany z kamienia. Nie był na tyle bezpieczny, żeby niefrasobliwie oddawać się amorom. Nie nadszedł jeszcze czas na swawole i pieszczoty. Myślami wrócił do maleńkiego żuczka, który leniwie pełzł po gładzi.

— Gdybyś miała nóż na gardle i musiała uciekać — i chciałabyś znaleźć się jak najdalej od strasznego miejsca, na które spadł rydwan z nieba — w którą stronę byś się zwróciła?

Bez wahania wskazała ręką odległy horyzont z rysującymi się wzniesieniami na przeciwległym brzegu kotliny.

— W tamtą bym się udała — odrzekła. — Tamtędy biegnie trakt, prowadzący z Achai na północne szlaki. I wielu nim podąża.

Westchnął, godząc się na ryzyko. Jeżeli wzrok go nie mylił, a maleńki żuczek był naprawdę ślizgaczem, to musiał — prawie jak z zawiązanymi oczyma — podążyć niewidocznymi śladami uciekinierów z kosmicznego kolosa. Było najzupełniej zrozumiałe, iż pragnie ich odnaleźć i skwapliwie do nich dołączyć.

— Nie mamy wyboru — odpowiedział z nutą rezygnacji w głosie. — Udamy się zatem w stronę, którą mi pokazałaś. — Później raptem dorzucił, pogrążając się w smutnawych myślach: — Wiesz, jaka to radość, posiadać ogon, którym można wymachiwać? I przy jego pomocy wyrażać to, co czuje serce?

Nie odpowiedziała. Może pomyślała o psie, wiernym przyjacielu człowieka? Przez dłuższą chwilę pytająco się jej przyglądał, a potem skapitulował. Z rezygnacją machnął ręką, widząc, że tracka dziewczyna przenigdy tego nie pojmie. Nie była Urchitką. Przesunęły mu się naraz przed oczyma pokładowe piękności. Z Li-ti zaczął się przyjaźnić i chodziło mu po głowie, że po wylądowaniu i przeobrażeniu stworzą całkiem udaną parę, ale potem przestał się z nią spotykać. Konflikt z Mu-urem przysłonił wszystko inne. Zerwał drobny żółty kwiat i próbował nieudolnie wpiąć Safonie we włosy. Znowu się zarumieniła i przytrzymała jego ciepłą dłoń. Jego dotyk sprawiał jej przyjemność.

— Ma za krótką łodyżkę — rzekła. — Do warkocza muszą być dłuższe...

2003-10-26 14:37:46



Copyright © Edward Guziakiewicz   ¤   Design downloaded from FreeWebTemplates.com