¤¤¤ marzec 2004 ¤¤¤
Zielona małpa
Słodko zamruczała, wsparła mu się na ramieniu i cmoknęła go w policzek.
— Stokrotne dzięki — rzekła. — Nawet nie wiesz, jaki jesteś dla mnie dobry. Wojownik też ma do ciebie prośbę, ale samemu było mu niezręcznie. Chciałby polatać maszyną bojową, którą znalazł na samym dnie twojego skarbca... — powściągliwie zdradziła, niepewna tego, jaki efekt to wywoła.
Eurypides się roześmiał.
— Odnalazł ją? Ależ ma nosa!..
Ten w tym samym czasie zażywał kąpieli w atrium. Fontanna bardziej mu odpowiadała niż nagrzana łaźnia gospodarza. Zielona małpa pozostała na brzegu, smutnawo popiskując, bowiem nie cierpiała wody. Chętnie natomiast sięgała po dojrzałe owoce i nie gardziła winem, o ile było bardzo słodkie. Urzekała zmiennymi nastrojami, zdając się pod tym względem dorównywać ludziom, a nawet ich prześcigać. Z rozbawieniem śledził jej grymasy, a potem nawet żartobliwie usiłował z nią gawędzić. Rzucał pieszczotliwe pytania, jednak ta nie chciała mu po grecku odpowiadać. Była tylko nierozumnym zwierzęciem i prawdę mówiąc nie znała żadnego y-ockiego języka, ani nie potrafiła się go nauczyć.
— Beznadziejnie tępa jesteś — z odrobiną zniecierpliwienia rzucił wreszcie do szkaradnego czworonoga. — Mimo to cię lubię. I pewnie pojmę cię za żonę.
— Tylko w miłości zupełne nic może być dla ciebie wszystkim — usłyszał z nagła za sobą czyjś żywcem kpiący głos.
Leniwie się odwrócił, zezując w stronę kolumnady.
— To ty? — zdziwił się, widząc Mi-ira. — W jakiej znowu miłości? — zawstydzony wymamrotał.
01.03.2004 :: 17:14
Żywioły się sprzysięgły
Trafili w sam środek szalejącego żywiołu. Iglicy prawie nie było widać, a wyjący wiatr chłostał ich kombinezony strugami brudnego deszczu. Grunt drżał. Zeszli szybko do niszy.
— Zmykamy, prÄ™dko! — krzyknÄ…Å‚ Raha, jakby przeczuwajÄ…c, że najgorsze dopiero nadchodzi.
Mi-ir zrobił się nagle bardzo ciężki i poczuł, że zapada się w mięknące podłoże. Transgalaktyta złapał go od tyłu i pociągnął do góry, uwalniając jego nogi z grzęzawiska. Skryli się pod litą ścianą. Mglista, śliska i mulista topiel, w którą przemienił się spopielały grunt, liczyła na łakomy kąsek.
— WystarczyÅ‚a jedna ulewa i już jest inaczej. Na bogów, co tu siÄ™ dzieje?! — rozdzierajÄ…co zawoÅ‚aÅ‚ Mi-ir.
Przeczucie nie omyliło seniora, najgorsze bowiem dopiero nadchodziło. Jeżeli chciał coś jeszcze powiedzieć, to już nie zdążył. Oślepił ich nagły błysk, a towarzyszący wyładowaniu grzmot zdawał się rozrywać im uszy. Trafiło w podstawę iglicy. Zaraz też światem zatrzęsło. W trupio-sinym świetle Mi-ir ujrzał, że okalające przekaźnik skały sypią się w dół.
— Nie wychylaj siÄ™! — krzyknÄ…Å‚ do Eurypidesa, ale na próżno.
Transgalaktyta oberwał w głowę ułomkiem skalnym i omal nie wypuścił z ręki płytki pilota. Urchita podtrzymał go, zręcznie łapiąc ten bezcenny dla nich przyrząd, który bezpowrotnie przepadłby w trzęsawisku. Przez krótką chwilę był absolutnie pewny, że już przenigdy nie ujrzy słonecznej Grecji.
Zdążyli w ostatniej chwili. Srebrzystoszara mgła oddzieliła ich od szalejącego świata, w którym dochodzące do głosu żywioły za nic miały każdego, kto znalazł się w zasięgu ich złowieszczej mocy, a mdłe światło w ateńskich piwnicach wydało się im bardziej błogosławione niż blask złotego słońca. Opadli na czystą i lśniącą kamienną posadzkę, ściskając się nawzajem z nieopisaną ulgą i nie przejmując się poszerzającą się szybko kałużą lepkiego błota.
— Nigdy wiÄ™cej... — wyszeptaÅ‚ Mi-ir, niezgrabnie usiÅ‚ujÄ…cy stanąć na nogi.
03.03.2004 :: 10:28
