AFRODYTABANITAEKSCYTOZAPRZERWANY LOTGENESISMISJA: EUROPA

¤¤¤  maj 2003  ¤¤¤




Matura na orbicie


...czyli fragment "Zdrady strażnika planety"


W hermetycznej kabinie ślizgacza było cicho i przytulnie. Urocza Ni na dobre w niej się rozgościła, a nudząc się, od niechcenia błądziła palcami po przyciskach. Bawiła się rodowym pierścieniem. Mający solidną budowę wehikuł nadawał się do eskapad po nierównym zdradliwym terenie. Znakomicie się spisywał na Urch w rejonie niebezpiecznych bagien O-ato i na skalistych wzniesieniach Ab-ra-ben. Wydobyty z bocznej niszy ze względu na przewidziany przegląd, trafił na poczesne miejsce w hali. W tej maszynie się znalazła, kiedy nadeszło najgorsze, a łączyło się to z pewnością z jej niewiarygodnym szczęściem. Budziła respekt, pomyślność nigdy jej nie opuszczała i czuła się istną wybranką losu. Nie narzekała na brak uznania, a jej rzadka uroda sprawiała, że wszyscy byli do niej nastawieni przychylnie. Nawet w czasie lotu. Nie obarczano jej pracami, które jej nie pociągały i traktowano ją życzliwie. Siedziała sama, bowiem technik Ta-ot, który pomagał jej w testowaniu sprzętu, gdzieś się zawieruszył. Pewnie nie zdołał wyrwać się ze sterowni i jak zahipnotyzowany tkwił przed monitorami, przejęty rewelacyjnymi przekazami z powierzchni globu. Niektórych z załogi trzeba było stamtąd wprost wyciągać sznurami.

Zbieg okoliczności był zdumiewający i nieomal graniczył z cudem. Los chciał, że mieli sprawdzać maszynę, wyposażoną w autonomiczny system grawitacyjny. Prawdziwe cudo! Do niej właśnie zgrabnie wskoczyła, nie chcąc nudzić się na zewnątrz. A co najważniejsze, po zajęciu miejsca w kabinie nie zapomniała włączyć osłon. Nie pojmowała, dlaczego to uczyniła, bo przecież nie musiała. Nie wiedziała więc, bo nie mogła wiedzieć, co się naprawdę dzieje z zawieszonym na orbicie stacjonarnej statkiem kosmicznym. Nie poczuła wstrząsów, które znienacka targnęły ich z pozoru niezniszczalnym kolosem. Oderwana od systemów pokładowych i od krzątaniny na przyciemnionych korytarzach, słodko wyobrażała sobie, że gości w letnim wygodnym domku rodziców nad brzegiem idyllicznego jeziora, w którym pływają duże nieszkodliwe węże i że chowa się właśnie w ciemnym zagłębieniu między korzeniami starego drzewa przed swą stareńką nianią. Jako mała dziewczynka przepadała za podniecającymi wyprawami w nieznane i lubiła różne baśniowe zakamarki.

— Tu jestem, Mi-ti — figlarnie wyszeptała do swoich myśli. — Szukaj mnie, musisz mnie odnaleźć i pochwalić za pomysłowość...

Potem znienacka się ocknęła. Nagły pobór energii wskazywał na to, że gdzieś nastąpiło niebezpieczne przeciążenie. Przeszyła ją niepokojąca myśl, że Ta-ot, który skrycie się w niej podkochiwał, postanowił z psotnymi kompanami zabawić się jej kosztem. Trzymały się go niekiedy wątpliwe szczenięce figle, ale najczęściej wspaniałomyślnie mu je wybaczała. Zaczęła podejrzewać, że ślizgacz, w którym się znalazła, podłączył do symulowanego programu katastrofy. Wskaźniki szalały, na ekranach panował chaos, zaś automatyczny kontroler systemu ostrzegał, że przyspieszenie przekroczyło dopuszczalną granicę. W powietrzu wisiała awaria, a to nie mieściło jej się w głowie.

— A cóż to takiego?! — zapytała z odrobiną irytacji w głosie.

Walczyła z absurdalnym przypuszczeniem, że ich kolos znalazł się w stanie nieskoordynowanego ruchu. Poczuła, że z wrażenia wilgotnieją jej dłonie.

Kadłub dygotał od dłuższej chwili. Początkowo wibracje były słabe i mylnie uznała, że rezonuje generator, mający nie najlepiej dobrane parametry pracy. Próbowała porozumieć się ze sterownią statku, żeby sprawdzić, czy włączono istotnie program ćwiczebny, czy nie, ale wizji nie było, a ekran lśnił jaskrawo. Kanał fonii działał przez chwilę i dobiegły ją mrożące krew w żyłach krzyki. To jej omal nie poderwało na nogi. Tam działo się coś okropnego!

2003-05-07 12:18:27




Apokalipsa



Widok, który się przed nią roztoczył, zupełnie ją zaskoczył. Budził grozę. Ładownia była w opłakanym stanie. Właściwie nie była już ładownią, ale składnicą nieprzydatnych staroci i bezużytecznego złomu. Nie witała jej tam sfora lekkoduchów i złośliwców, ciekawych jak pokładowa piękność zachowa się po opuszczeniu pojazdu, ale góra rupieci, poszarpanych maszyn i pogiętych robotów. Bogate wyposażenie, które miało trafić po lądowaniu na planetę Y-o, nie nadawało się do użytku. Jej ślizgacz tkwił ukosem w tym złomowisku.

Dopiero teraz dopadł ją koszmarny lęk, nieporównywalny z niczym, co wcześniej była w stanie sobie wyobrazić — obezwładniający, paraliżujący ją i ścinający z nóg. Nie mogła ruszyć się z fotela. Otaczający ją piękny i radosny świat w jednej chwili przestał istnieć — rozprysł się jak ciśnięte o ziemię zwierciadełko. Stał się czymś tak bardzo odległym, że wręcz nierealnym. Usłyszała nagle głos swej niani, Mi-ti. „Nie możesz kryć się i przepadać bez wieści. Jesteś stworzona po to — piastunka ciepło szeptała jej do ucha — żeby być radością innych, być szczęśliwą i dawać szczęście...”

Wyłączyła wewnętrzne pole ślizgacza i fotel gwałtownie się przechylił. Omal nie zwaliła się na zamknięty właz. Uruchomiła mechanizm rygla, przerażona myślą, że wyjście będzie zablokowane. Nie zawiodła się, bo w okamgnieniu klapa się uchyliła, więc gdyby się nie przytrzymała, wypadłaby z kabiny.

Starała się nie patrzeć na zniszczenia. Lawirowała między rozrzuconymi częściami maszyn, chcąc jak najszybciej wydostać się z ładowni. Przy wyjściu na pokładowy korytarz ze zgrozą natrafiła na pierwsze zwłoki. Z trudem rozpoznała Ta-ota. Twarz miał zmiażdżoną i potwornie zniekształconą, a jego szklane oczy spoglądały w górę z wyrazem niebotycznego zdumienia. Odruchowo poszła za tym martwym spojrzeniem, ale niczego zajmującego nie dostrzegła.

— A więc to nie ty — wyrzuciła z siebie, świadoma tego, że niesamowicie się pomyliła. Tchórzliwie podwinęła pod siebie ogon. Lęk dławił jej gardło. — Niesłusznie cię posądziłam, stary przyjacielu, nie zabawiałeś się moim kosztem. Śpieszyłeś się, biegłeś, żeby mi pomóc. Zawsze stałeś przy mnie, kiedy byłam w potrzebie — nerwowo tłumaczyła się przed trupem, łkając z przejęciem, a łzy ciurkiem płynęły jej po twarzy. — Wiedziałeś, gdzie jest twoje miejsce, choć nigdy... nie traktowałam cię tak, jak na to... zasługiwałeś... — bezmyślnie się wywnętrzała. Surowo oceniała siebie, jednak na jakąkolwiek zmianę w ich wzajemnych stosunkach było już za późno.

Rozklejała się i słabła, a przecież nie mogła sobie na to pozwolić w obliczu niewyobrażalnego nieszczęścia. Z trudem oderwała się od zwłok. Statek kosmiczny był pochylony. Pospieszyła przed siebie, wybierając drogę. Boczny korytarz, którym się posuwała, był zupełnie pusty — dopiero więc przed głównym wejściem do sterowni unaoczniła sobie rozmiary katastrofy. Apokalipsa ogarnęła cały świat, który w lodowatych próżniach był ich domem, a w owalnych ścianach kadłuba doszło do czegoś makabrycznego. Nie mogła opanować drżenia. Odsuwała nogą zwłoki leżących, pokonując bolesne skurcze brzucha. Łapały ją torsje. Starała się dostać do centralnego monitora. Potem zaś, widząc bezsens przedzierania się między zmarłymi, deptała po poskręcanych ciałach kolegów, zataczając się i ślizgając w kałużach krwi. Nie miała się czego przytrzymać. Z pochyloną głową oparła się wreszcie o pulpit sterowniczy.

Kilka uderzeń w szare klawisze wystarczyło jej, by pozbyć się ostatnich złudzeń. Majestatyczny „Met-ar-us” znajdował się na powierzchni planety Y-o. Awaryjnie wylądował, a właściwie w nią wyrżnął, choć nie pojmowała, jak do tego doszło.

2003-05-09 14:48:35




Metamorfoza



Wydawało mu się, że niezliczona ilość maleńkich stworów, niby to pokrytych chityną owadów, kotłuje się w nim i kłębi, zaciekle walcząc o skrawek wolnego miejsca. Czaszkę rozsadzał mu okropny ból, a w zdrętwiałych rękach i nogach odczuwał nieznośne mrowienie. Ta nieomal fizyczna tortura przywróciła go do rzeczywistości, ocknął się na dobre i bezradnie jęknął. Wyciągnięty jak długi leżał na miękkiej murawie z policzkami wtulonymi jak w poduszkę w kępy gęstego mchu. Z gór spłynęły już do kotliny nocne mgły i dymy, stopniowo rozmywając się, rzednąc i niknąc w rannym powietrzu. Słońce dźwigało się coraz wyżej, osuszając mokre rosy. Mali opierzeni wokaliści w koronach drzew prześcigali się w entuzjastycznych trelach. Powieki miał ciężkie jak z ołowiu. Quasi-owady wreszcie się uspokoiły, więc poruszył się i niepewnie uchylił oczu. Natychmiast zmrużył powieki, oślepiony dokuczliwym światłem dnia, zaś mrowienie niby pod wpływem dźgnięcia gwałtownie się wzmogło. Maleńkie stwory w te pędy się zmobilizowały, pragnąc przedrzeć się wyżej, jakby w jego obolałym czerepie czekało na nie ocalenie. A może instynktownie szukały drogi wyjścia z przyciasnego więzienia?

Mu-ur z wysiłkiem pokonał paraliżujący go bezwład i ciężko uniósł się na łokciach. Po chłodnej górskiej nocy był bez czucia. Zapomniał o dręczących go maleńkich niby-stworach, bowiem przed jego oczami niewyraźnie zamajaczyły dwie ohydnie obce dłonie. Kiedy je dostrzegł, poruszyły się jak na komendę. Niecierpliwie zamrugał powiekami i obraz się wyostrzył. Uprzytomnił sobie, że już gdzieś takie widział, ale nie mógł sobie uzmysłowić, gdzie. Ciężko dyszał, nie mogąc się uwolnić od rannego zamroczenia i oszołomienia, aż doznał zbawiennego olśnienia. Niemożliwe?! To były dłonie istoty rozumnej z Y-o, a więc z planety, do której z wyroków urchickich mędrców mieli dotrzeć przez mroźne próżnie. Nie rozumiał tylko tego, dlaczego ni stąd ni zowąd znalazły się w zasięgu jego wzroku. Omal nie opadał na nie nosem, a z jego półotwartych ust kapała na nie ślina. Wreszcie pojął, co się stało.

Zerwał się z przeraźliwym, histerycznym krzykiem, jakby go obdzierano żywcem ze skóry, szarpnął się konwulsyjnie, zatoczył się, tracąc równowagę, aż wreszcie jak ścięty runął z powrotem na murawę. Łkał, uzmysławiając sobie, że ma dziwnie wiotkie ciało, zupełnie nagie, bo pozbawione okrywającej go wcześniej szczeciny. Serce waliło mu jak młot z przerażenia i omal nie wyrwało mu się z piersi.

— Nieee, to nie ja — niewyraźnie zabełkotał, broniąc się przed nowym wizerunkiem. — Nie pragnę... przeobrażenia... Na proroków... tylko nie to!

Zamarł wreszcie w bezruchu jak zranione zwierzę. Powoli się uspokajał, a nad wzburzonymi emocjami zaczynały krążyć trzeźwe myśli. Nie miał na to żadnego wpływu. Wybrał los banity już na Urch, bez przymusu godząc się na rolę herosa i na udział w wyprawie, z której żaden z wybrańców nie miał wrócić. Zrządzeniem losu stał się istotą rozumną z Y-o. Metamorfoza dokonała się bezwiednie, bez udziału jego woli, tak jak to trafnie przewidywano na Ab-dan-gra. Okazał się straszliwym kosmicznym kameleonem. Czy tego chciał, czy nie, musiał fizycznie się dostosować do nowego środowiska przyrodniczego, kiedy tylko w nim się znalazł. Ten zadziwiający genetyczny przymus był wpisany w jego mroczną naturę i stanowił ukryty przymiot jego pokracznego gatunku.

Próbował wczuć się w nowe ciało i na dzień dobry poznać jego niektóre sekrety. Ostrożniutko wsparł się na kolanach i niepewnie się podniósł. Poruszył rękami, a potem nogami. Patrzył, jak się zginają i prostują. Napinał mięśnie i macał bicepsy. Obejmował dłońmi uda. Ze zgrozą odkrył, że nie ma ogona. Na jego miejscu między pośladkami znaczył się tylko niewielki ślad. Wyczuł zgrubienie pod palcami. „Na kapłanów! Na co mi przyszło? To aż tak? Czy do tego nawyknę?” — bezgłośnie wyszeptał do swoich myśli.

Nie zdążył do końca obejrzeć siebie, chociaż się do tego z zacięciem zabrał. Jakiś y-ocki głos, tym razem niebędący wytworem chorobliwie rozhuśtanej wyobraźni, dobiegł go zza oddalonych porośniętych gęstymi liśćmi krzewów. Natychmiast przypadł do ziemi, wiedziony nakazującym ostrożność instynktem wojownika.

2003-05-13 21:24:16




Można sobie zawsze poradzić


...czyli ze "Zdrady strażnika planety"


Duchy planety zachichotały, słysząc tę przykrótką ale wzniosłą mowę pogrzebową, a Mi-ir wykoncypował, że pożegnawszy kamrata powinien zająć się sobą i zatroszczyć o swój los. Słońce, które wydobyło się zza szczytów górskich, rozświetliło popękane zbocza, poprzetykane plamami soczystej zieleni. Pojął, że nie może dłużej zwlekać. Dłuższą chwilę walczył ze skrytką, aż jej zamknięcie puściło. Jak się spodziewał, znalazł tam zwiniętą linę. Jej właśnie szukał. Otworzył kilka konserw i się posilił. Rozpadlina, którą znowu z uwagą zbadał, nie wydawała się już tak straszna i drapieżna jak poprzedniego dnia. Ze znawstwem ocenił jej wysokość. Zmarłego zatrzasnął w kapsule niczym w grobowcu. Tu mógł spoczywać w pokoju nawet długie wieki, choć nie był to pochówek, odpowiadający jego godności i randze. Przeciągnął linę przez uchwyt przy klapie, przewiązał się nią w pasie i z determinacją postąpił na skraj rumowiska. Naciągnąwszy drugi koniec, zaczął się zsuwać.

Wąski występ biegł nisko i przez chwilę sądził, że go nie dosięgnie. Po omacku macał rękami ścianę, szukając wypukłości i zagłębień. Opuszczał się, tuląc twarz do chłodnego kamienia. Serce waliło mu jak młot i przypomniał sobie dzień odlotu z Ab-dan-gra. Sekundy płynęły, jedna za drugą. Trwało to całą wieczność. Wreszcie jego stopy znalazły oparcie. Zluzował linę. Potem zaczął się ostrożnie przesuwać. Kiedy występ się poszerzył, obrócił z ulgą głowę, lustrując odcinek, który pokonał. Był to nie lada wyczyn i ogarnął go cichy histeryczny śmiech. Dystans wydawał się mu większy niż odległość dzieląca planety Urch i Y-o. Ostrożnie spojrzał w dół. Uzmysłowił sobie, że przenigdy nie powtórzyłby takiego zejścia. Wolałby raczej umrzeć, skoczyć w czeluść i zginąć od ręki, niż ponownie poddać się katuszom, związanym z potępieńczym ryzykiem. Nie cierpiał zagrożeń, a popisy na kruchych stromiznach były nie dla niego.

Po kilku godzinach wyczerpującego marszu znalazł się w wąwozie. Słońce sięgnęło zenitu. Jaskrawo świecąca złota kula nie pozwalała mu zapomnieć, że znalazł się daleko od rodzinnego domu. Rumowisko z dna kotła zdawało się wylewać przesmykiem, do którego się dostał, więc musiał uważać na kruche i niepewne podłoże. Skracał sobie drogę, brnąc przez zarośla i przedzierając się przez kosodrzewinę. Wypłaszał drobne ptaki i ssaki. Pił zimną wodę z jeziorka o zielonej toni, nie zastanawiając się nad składem chemicznym rozpuszczonych w niej minerałów. Widział wysoko, w górze, majestatycznie krążącego jastrzębia, gospodarza tych stron. Żałował, że sam nie ma skrzydeł. Miał jednak nadzieję, że mimo to wydostanie się z labiryntu dolin, zakosów, rozwidleń, małych i gęstych borów, dzikich skał i górskich uroczysk — i że dotrze do statku, o ile ten się ostał. Nie chciał być gorszy, tchórzliwszy i słabszy od wojownika z pustyni, Mu-ura, którym w czasie podróży międzygwiezdnej głęboko gardził, mając go za nic.

2003-05-23 15:02:00




Ta planeta przyzywa...



Zawróciła transportowiec, chcąc dotrzeć do wypływającego z gór strumienia. Maszyna z szelestem się otarła o młodnik z królującymi w nim brzozami, wypłaszając dwa szaraki. Te pomknęły jak wypuszczone z procy. Nie zauważyła drobnych czworonogów, gdyż myślami była znowu w kosmosie, a ściśle biorąc w przytulnej kabinie, którą zajmowała z przemiłą Li-o. Ciepłe wspomnienia powracały jak rzucony z rozmachem odpowiednio ukształtowany i zagięty kawałek drewna. „Wiesz?! Oni wcale nie są odpychający, ci, z Y-o — zwierzała się najbliższej przyjaciółce. — Wręcz przeciwnie — szeptała jej w największej tajemnicy. — Zdradzę ci coś, czego za nic w świecie nie odważyłabym się głośno powiedzieć w sterowni. Chcę być kobietą — jak te, z ekranów. Chcę, chcę, chcę! I wcale mnie nie przerażają wulgarne dowcipy naszych kompanów o rzadkim prymitywizmie i opłakanym poziomie umysłowym tubylców!” Li-o zagadkowo się uśmiechała i z lekka przytakiwała, dając do zrozumienia, że przyznaje jej rację. Potem i ona z kolei dzieliła się z Ni swoimi odczuciami, zresztą w gruncie rzeczy nie innymi. „Nasi druhowie nie rozumieją, że się bezwiednie zmieniają. Zbyt wąsko ujmują metamorfozę, bowiem wiążą ją z tym, co jest z ciała i krwi, więc mają klapki na oczach i są jak ślepcy. A przecież po wtargnięciu w głąb tego układu słonecznego musiał się rozpocząć nieuchronny proces adaptacji. Nie fizycznej, nie, wyobraź sobie, ale psychicznej! — perorowała z przejęciem. — Odradzamy się, spoglądając z oddali na ten glob. On przebudowuje naszą hierarchię wartości. Ta błękitna planeta emanuje. Jej ukryte promieniowanie dociera do najdalszych zakamarków statku i sprawia, że nocami mamy nowe sny. Już nie urchickie, ale y-ockie — przejęcie tamtej było szczere. — Ten glob z cicha przyzywa nas do siebie!”

Słońce było już wysoko i Ni poczuła, że jest głodna. Burczało jej w żołądku. Właściwie nie dziwiła się temu, gdyż od chwili katastrofy niczego nie jadła. Nie mogła myśleć o czymś tak błahym jak posiłek, gdy jej życie było zagrożone, a cała przyszłość stanęła pod znakiem zapytania. Przegoniła ciepłe wspomnienia, które odrywały ją od smutnej rzeczywistości i westchnęła z nieskrywanym żalem. Nigdy więcej nie miała ujrzeć słodkiej jak cukierek Li-o, ani z nią poszeptać po ciemku o tym, co nurtowało czterdziestu czterech, tworzących niewielką społeczność kosmicznego kolosa. Zmniejszyła prędkość. Ślizgacz opadł, ocierając się o zieloną murawę i znacząc za sobą trzy równoległe bruzdy. Wreszcie maszyna się zatrzymała. Wyskoczyła z kabiny.

2003-05-24 11:02:07



Copyright © Edward Guziakiewicz   ¤   Design downloaded from FreeWebTemplates.com