AFRODYTABANITAEKSCYTOZAPRZERWANY LOTGENESISMISJA: EUROPA

¤¤¤  kwiecień 2003  ¤¤¤




Jastrząb


Zacząłem wyrywkami czytać powieść "Zdrada strażnika planety", szukając miejsc, które wymagają szlifu. A oto końcówka akurat otwartego dziesiątego rozdziału...


Nad koczowiskiem majestatycznie szybował jastrząb. Mi-ir wypatrzył go, siedząc bezmyślnie na niskim pieńku i niedbale przesypując ręką miałki piasek, służący do gaszenia ogniska. Ktoś tu dawno temu ścinał drzewo. Później znudzony zrezygnował z tej bezwiednej i jałowej czynności, wyciągnął się na trawie i z zajęciem śledził jego lot. Ptak zniknął za stromym zboczem, lecz potem znowu pojawił się na tle błękitnego nieba, by wreszcie złożyć szerokie skrzydła i runąć w dół wprost na szarozielone płótna namiotów, jakby w pogoni za łakomą zdobyczą. Jednak tuż nad nimi poderwał się znowu do lotu i opadł dopiero na niską karłowatą sosnę u wejścia do wąwozu. Czego tu szukał ognistożółtymi oczami ten opierzony myśliwy o mocnych pazurach, tego Mi-ir nie wiedział. Ubarwienie miał skromne, z wierzchu brązowawe, od spodu białawe w ciemne, faliste prążki. Przeszło mu przez myśl, że we wścibskiego ptaka o znakomitym wzroku wcielił się przebiegle nieodgadniony strażnik planety, zaraz jednak odepchnął od siebie to przypuszczenie jako niedorzeczne. W jastrzębia od niechcenia cisnął kamykiem, ale go nie trafił.

— Poszło won, ptaszysko! — wrzasnął zapalczywie i cieszący się sporą rozpiętością skrzydeł przybysz chyba pojął jego intencje. Poderwał się i odleciał.

Safona znowu gdzieś znikła i doszedł do wniosku, że powinien wreszcie obejrzeć sobie ten zakątek, w którym modliła się do tutejszych kapryśnych bogów. Właśnie miał zamiar podreptać w tamtą stronę, gdy zauważył, że wraca ślizgacz.

2003-04-09 08:00:40




Konflikt


...czyli fragment "Zdrady strażnika planety"



Mi-ir doskonale wiedział, że będzie omijać gburowatego wojownika z pustyni i z pozorną obojętnością schodzić mu z drogi, instynktownie zaciskając zęby na jego widok. Czuł to od pierwszych chwil na wyspie Ab-dan-gra, na której wyniośli kapłani z rzadką znajomością rzeczy kompletowali zespół, rozstrzygając, którzy ze śmiałków wezmą udział w wyprawie i przesiewając ich jak przez sito. „Ten — tak, tamten — nie, nad tym jeszcze podumamy!” Organicznie go nie znosił. Nie rozumiał, dlaczego dziwnym trafem znaleźli się razem i dlaczego połączył ich kapryśny los. Tamten był toporny, gruboskórny, arogancki, ordynarny i wręcz bezczelny, pozbawiony wrażliwości i ogłady, wyczucia i taktu. Afiszował się przynależnością do bitnego ludu z białych piasków, jakby z wynaturzonym zajęciem, jakim było wojowanie wiązała się jeszcze jakaś dziejowa doniosłość. Inteligentny Mi-ir utożsamiał go z ponurą przeszłością planety i z wiekami bezlitosnych wojen. Mordowano się nawzajem, nie przebierając w środkach i prześcigając się w okrucieństwie. Tylko po co? Wojownik niósł przekleństwo bezmyślnie rozlanej krwi i symbolizował ciemne stulecia sprzed światłego zjednoczenia szczepów. Jego twardogłowe plemię, podobnie jak inne z oślepiających białych pustyń, kurczowo się trzymało prastarych tradycji i nadwątlonego już kultu przodków, nie poszerzając horyzontów myślowych i za nic mając postępowe idee. Było zapóźnione cywilizacyjnie. Mimo to doszło do łask, kiedy zainicjowano urywaną debatę nad metamorfozą. Powód był niebłahy. Po wiekach stabilizacji i spokoju ich jedyna w swoim rodzaju rasa znalazła się w krytycznym położeniu. Mówiono, że biologicznie i społecznie się wypaliła. Groziła jej poważna stagnacja, jeśli nie wręcz samozagłada. Wielu te ponure prognozy przyjmowało sceptycznie, tym niemniej jednak ogół brał je za dobrą monetę. Zatem z nieskrywaną nadzieją spoglądano na tych, którzy w opinii kapłanów mieli w sobie dość sił, by przezwyciężyć inercję, a gatunkowi zapewnić przetrwanie. Mu-ura zaliczono do grona wybrańców, znakomicie wyposażonych przez naturę, więc został uroczyście namaszczony, czego Mi-ir nie był w stanie przeboleć. Tamten dysponował druzgocącym atutem, którego trudno było nie docenić. Cechowała go — mianowicie — wysoka podatność na przeobrażenie. To jednak nie wystarczało, żeby wejść z nim w komitywę, nie mówiąc o szczerej sympatii i pokładowym braterstwie. Przyjaźń? Przywiązanie? Wzajemność? Przenigdy! Tego ostatniego Mi-ir w ogóle nie brał w rachubę. Kiedy ich kosmiczna karabela zawisła w próżni, zaczęły ich mimowolnie łączyć dyżury przy pulsujących światłami pulpitach kontrolnych. Podzieliła ich jednak drażliwa sprawa kwietnych niby-dywanów z Ti-tan-gra. Czy to było całkiem bez znaczenia? W ogarniającej wszystkich piramidalnej nudzie rzeczy z gruntu błahe niebezpiecznie wysuwały się na pierwszy plan i zatrważająco zaciemniały umysły.

2003-04-15 13:33:19




Na skraju przepaści



Ciekawość, która przezwyciężyła na krótki moment depresję, pchnęła go na skraj rumowiska. Dotarł tam nie bez lęku i drżenia. Ostrożnie sprawdzał niepewne podłoże przy każdym kolejnym kroku. Następnie płasko się położył, dociągając się do ostrej krawędzi. Spojrzał w dół na dno kotła. Gwałtownie się cofnął, czując, że łapią go mdłości. Rumowisko zakołysało się, a wraz z nim rozbujały się góry. Okoliczne szczyty przechyliły się najpierw w jedną, a potem w drugą stronę. Omal nie zwymiotował. Zawrócił, łapiąc z trudem powietrze. Nie miał jednak wyboru. Wysunął się i znowu spojrzał w dół. Penetrował wzrokiem ścianę pod sobą. Wąziutki występ biegł nieco poniżej rumowiska — i dalej, wzdłuż masywu. Ścieżka wyglądała jak zbawienna kładka, łącząca dwa krańcowo różne światy, pierwszy wydawał się groźnie szczerzyć kły, drugi słodko mamił życiem. Zapamiętał ten bałamutny widok.

Usiadł w kucki przy kapsule ratunkowej, rozpaczliwie szukając wyjścia z koszmarnego labiryntu. Trwał tak, niczym gotujący się na śmierć urchicki starzec, świadomy tego, że życie z niego bezpowrotnie wycieka. Czy dotarł już do kresu swoich dni? Widział rozrzucone piszczele, białe czaszki i puste oczodoły. Olśniła go z nagła myśl, że choćby tego bardzo pragnął, nie umrze — i uczepił się jej jak ostatniej deski ratunku. Nie miał zamiaru oddawać głowy pod topór. Odniósł wrażenie, że nie to było jego zadziwiającym przeznaczeniem. Instynktownie to czuł, nie potrafił jednak przebić się przez mur niewiedzy.

— Życie czy śmierć? — szepnął z lękiem, spoglądając na Li-ipa. — Błogosławieństwo czy przekleństwo? Opłakany koniec czy zaskakujące wybawienie?

Rysująca się poniżej przyklejona do ściany wąziutka ścieżyna niosła odrobinę nadziei. Winien był ostrożnie zsunąć się na zeskok, a następnie — przytrzymując się nagiej ściany — przesuwać się w lewo nad przepaścią, powoli, kroczek po kroczku, aż do miejsca, gdzie uskok zdecydowanie się poszerzał. Dalej miałby większą swobodę manewru. Zejście było diablo trudne, ale możliwe. Niemniej przy braku asekuracji wymagało nie byle jakiej odwagi, nie mówiąc o wprost niewyobrażalnych umiejętnościach akrobatycznych.

2003-04-17 11:30:43




Ach, co za planeta...



Podniósł się z mozołem, gdyż Li-ip zdawał się znowu przywoływać go do siebie. Drgawki stały się gwałtowniejsze i przeszyła go bolesna myśl, że koniec jego kompana jest naprawdę bliski. Spozierał na jego naznaczoną cierpieniem twarz, szczerze mu współczując, ale nie mogąc przynieść mu ulgi. Po niejakim czasie konwulsje ustąpiły, zaś leżący zapadł w niespokojny sen. Gorączkował. Mamrotał coś bez sensu i kogoś gwałtem przyzywał do siebie. Pozostał przy nim, cierpliwie przytrzymując go za rękę. Tyle dla niego mógł uczynić.

Oddał się bolesnym wspomnieniom. Często dumał nad tym, jak będą wyglądać po przeobrażeniu. Intrygowało to wszystkich lecących „Met-ar-usem” i rosło napięcie, gdy tylko ktoś w toczących się rozmowach potrącił ten temat. Po zejściu na orbitę stacjonarną dla niektórych stało się to obsesją. Wystrzelone sondy przekazywały liczne obrazy z powierzchni globu. Oglądali je w sterowni z osłupieniem i oszołomieniem. Tutejsi dwunożni nie mieli ogonów, byli na swój sposób cywilizowani i stworzyli zróżnicowaną kulturę, zaś jej poziom zależał od geograficznego usytuowania ich rodów i szczepów. Znano pieniądze, zaś w niektórych regionach wykwitły rozwinięte państwa z wypracowanymi systemami zarządzania, z administracją i armią. Do osobników tej rasy, nieświadomych tego, że obcy wtykają nos w nie swoje sprawy, przypuszczalnie mieli się upodobnić — ale jak i kiedy, tego jeszcze nikt z nich nie wiedział.

Słońce było już nisko i kryło się za masywem gór. Robiło się chłodno i Mi-ir popadł w odrętwienie. Bezmyślnie przypatrywał się rękom i nogom, a jakiś ledwo słyszalny głos zdawał się mu wbijać do głowy, że nigdy więcej ich nie ujrzy. Obejrzał się nawet na Li-ipa, ale ten się nie odzywał, dogorywając w milczeniu. Modlitewny szept płynął gdzieś z gór, a może wydostawał się z obłoków, które przyciągnęły z oddali. Po pewnym czasie wydawało mu się, że wypełnił przestrzeń wokół niego i że przenika wszystko, nawet obłe ściany uszkodzonej kapsuły.

2003-04-23 11:53:17



Copyright © Edward Guziakiewicz   ¤   Design downloaded from FreeWebTemplates.com