AFRODYTABANITAEKSCYTOZAPRZERWANY LOTGENESISMISJA: EUROPA

¤¤¤  czerwiec 2003  ¤¤¤




Koty bywają niebezpieczne


Powietrze było rześkie i świeże. Stała nieruchomo jak posąg, głęboko oddychając. Słońce przeświecało przez przysłaniające błękit białe obłoki, a złote promienie odbijały się tysiącami iskier od pancerza maszyny. Krążyły wokół niej muchy, pszczoły i osy. Rozróżniała je, ale nie umiała ich nazwać. Kolorowe motyle bezszelestnie trzepotały skrzydełkami. Czuła się dziwnie zespolona z tętniącą życiem przyrodą planety. Pas z przypiętym miotaczem był za luźny i musiała go skrócić. Usłyszała szum strumienia. Poszła w tamtą stronę, zanurzając się w chłodnej gęstwinie krzewów. Odgoniła głośnego trzmiela. Ciekawie się rozglądała, szukając czegoś, co odpowiadałoby podniebieniu istoty z Y-o. Czarne jagody robiły wrażenie apetycznych, zerwała więc kilka i wrzuciła sobie do ust. Okazały się strasznie gorzkie i krzywiąc się z niesmakiem je wypluła. Dotarła do potoku i z ulgą rozprostowała ramiona.

Wrażenie bezpieczeństwa okazało się złudne. Uratował ją solidny kombinezon, który włożyła poprzedniego dnia. Kryjący się wyżej zwinny drapieżnik znienacka zeskoczył z drzewa, pod którym się znalazła, powalając ją na ziemię. Ostre białe kły wbiły się w materiał kołnierza. Tuż obok wyrwał się w górę łomoczący skrzydłami wypłoszony szary ptak. Krzyknęła, padając pod uderzeniem sprężystego ciała. Gibki koci napastnik puścił jednak zdobycz, z charkotem odskakując na bezpieczną odległość. Wykorzystała ten moment. Błyskawicznie przerzuciła ciężar y-ockiego ciała na drugą stronę i z pozycji półleżącej wypaliła do ssaka. Strumień białego ognia rozorał pokrytą futrem skórę agresora, a pobliskie krzewy zaskwierczały od żaru.

— Giń, potworze! — syknęła z nienawiścią.

Usiłowała się opanować. Cóż takiego zaniepokoiło napastliwe zwierzę, że zrezygnowało ze zdobyczy? Od razu to odkryła. Wyczuło, że zatrzęsła się ziemia. I ona po strzale odczuła narastający dygot gruntu. Niedaleko od niej pękało łukiem podłoże, a w powstałą szczelinę waliły się z trzaskiem okoliczne drzewa. Iluzoryczna wiara w życzliwość tej planety opuściła ją bezpowrotnie. Czar Y-o rozprysł się jak bańka mydlana.

— Co to?! Trzęsienie ziemi? Nie! — zaskomlała.

Siedziała jak sparaliżowana, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Pomyślała z trwogą o ślizgaczu, obawiając się, że go straciła. Odniosła wrażenie, że nie jest już sobą i że szamocze się w niej pragnąca uwolnienia okrutna bestia. Głębsza część jej natury domagała się porzucenia y-ockiej postury i ucieczki do pierwotnych kształtów — jednak nie urchickich, lecz dużo wcześniejszych, przeraźliwie dzikich i nienawistnych.

Głęboko oddychała. Wreszcie wstała, widząc, że nic więcej się nie dzieje. Dygot gruntu szybko ustał. Dla pewności jeszcze raz strzeliła do nadzwyczaj rosłego drapieżnika, tym razem zmniejszając siłę rażenia. Czyżby on był winien jej wszystkich niepowodzeń? Potem przyjrzała się z bliska dzikiemu kotu i ciężko dysząc doszła do wniosku, że ten wcale nie był taki groźny. Strach miał wielkie oczy. Pewnie zazwyczaj polował na dużo mniejsze okazy.

Poruszyła szyją, czując narastający ból. Spływała jej krew z pociętego pazurami karku, ale rany były powierzchowne. Właściwie drapieżnik pozostawił tylko zadrapania. Powoli schowała broń, starając się spojrzeć z dystansu na to niespodziewane starcie i dostrzec jego jaśniejsze strony. Oto zrządzeniem losu przypadkowa ofiara przeistoczyła się nagle w myśliwego. Role znienacka się odwróciły i Ni zwyciężyła w bezlitosnej potyczce. Dlaczego jednak w momencie ataku ziemia pękła jak skorupa jaja? Niepojęty zbieg okoliczności? Cud? Czyżby po raz kolejny w życiu miała niewytłumaczalne szczęście? Wyjrzała z lasu, ale ślizgacz stał tam, gdzie go pozostawiła. Trzęsienie ziemi miało minimalny terytorialnie zasięg, co było bardzo dziwne.

2003-06-04 15:26:03




Te straszne kobiety


Ze "Zdrady strażnika planety"


To spadło na niego jak grom z jasnego nieba. Serce biło mu tak gwałtownie, że omal nie wyrwało się z piersi. Co tchu przedarł się przez gęstwinę zielonych krzewin i migiem wynurzył się z młodego zagajnika, nie bacząc na rudymentarne środki ostrożności. W obliczu tego, co ujrzał nie miały już one żadnego znaczenia i do cna przestały się liczyć. Nie musiał tchórzliwie kryć się za listowiem, bo oto nadchodziło wybawienie. Urchicka maszyna majestatycznie przed nim sunęła, płynąc ku wrytemu w grunt goliatowi. Chełpliwy wojownik biegł w jej kierunku, wyciągał ręce, machał nimi po wariacku, darł się jak najęty i co rusz jak pajac skakał w górę. Lękał się, że penetrujący pokładowym pojazdem okolicę nie zauważą rozbitka.

Ślizgacz zwolnił, a potem leniwie zboczył z obranego wcześniej kursu. A zatem go dostrzeżono. Pokrzepiony tym Mu-ur nadal dawał znaki.

— Hej, hej, tu jestem! — krzyczał rozdzierająco. — Odnalazłem się, nie zginąłem — trąbił na cały głos. — Zatrzymajcie się!

Maszyna zatoczyła pokaźne koło i znieruchomiała w niewielkiej odległości. Wojownik zamilkł. Miał przed sobą pokiereszowany pancerz i zamknięte wejście do kabiny. Jednak nikt z załogi „Met-ar-usa” nie kwapił się, żeby wyskoczyć mu na spotkanie i go radośnie powitać. To nieco ostudziło jego zapały i wydało mu się cokolwiek podejrzane.

— Hej, hej! — jeszcze raz zawołał w gasnącym uniesieniu. Potem uczynił kilka rozważnych kroków do przodu z ręką uniesioną w geście pokoju. Nie pojmował, na co tamci czekają.

Wreszcie osłona drgnęła. Z kabiny zgrabnie się wyślizgnęła smukła kobieca postać. Ku jego zaskoczeniu prowadząca maszynę nie była Urchitką. Pochodziła z tej planety. Wywodziła się z Y-o. Zadrżał, uzmysławiając sobie, że nie tylko on, ale także inni poddali się odwiecznemu prawu ich gatunku. „Nie, nie tylko on!..” — cichuteńko zachichotały duchy gór i zamilkły. Granatowy kombinezon i broń przy pasie mówiły same za siebie. Ktoś tak odziany i zarazem podróżujący ślizgaczem, nie mógł być prymitywnym krajowcem, nawet jeśli swym wyglądem go przypominał. Uzmysłowił to sobie i śmiało ruszył na spotkanie, a nawet przyspieszył kroku.

Witająca go przy ślizgaczu ziemska kobieta nie wydawała się jednak przejawiać entuzjazmu na jego widok. Była obojętna, chłodna, wyniosła i dziwnie powściągliwa. A kiedy znalazł się wystarczająco blisko, by mógł z nią się rozmówić, jednym szybkim ruchem sięgnęła po broń i zgrabnie ją wydobyła, błyskawicznie przyklękając i celując do intruza. Było mało prawdopodobne, żeby z tej odległości chybiła.

— Na proroków, co tu jest grane?! — zatrzymał się jak wryty i nienawistnie zgrzytnął zębami.

Nie rozumiał, co się stało, a jego rysy twarzy nagle stwardniały. Zastygła na niej radość, zaś wojownik z rozpaczą pojął, że jak dureń dał się złapać w pułapkę — on, najostrożniejszy z całej załogi kosmicznego kolosa. Czyżby tamta nie dostrzegła w nim Urchity? Jego ciało przecież okrywał miidim, widomy znak rozpoznawczy. Czuł, że za chwilę zamieni się w garść popiołu, który potem rozwieje wiatr i że pozostało mu pożegnać się w myślach ze wszystkimi, którzy byli mu bliscy.

2003-06-16 13:40:59




Ich dwoje


Dotknęła jego muskularnego ramienia, jakby chcąc się upewnić, że nie jest zjawą.

— To dobrze, że cię znalazłam — potulnie wyjawiła. — Gdyż... gdyż... — jak trudno jej było to powiedzieć! — nikt, ale to nikt z naszej załogi nie przeżył...

Gdy to wreszcie wyznała, z jej błękitnych oczu popłynęły dwie duże łzy.

— Nikt? Tylko my?! Nie płacz, to nic nie da!

Bezgranicznie przejęty pojął, co czuje osamotniona Urchitka i przytulił ją do siebie. Ta rozszlochała się na dobre i rozmazała w jego szorstkich objęciach. Stała się na kilka krótkich chwil maleńką dziewczynką, która po ciężkich, traumatycznych przeżyciach znalazła wreszcie w kimś silnym pewne oparcie i ratunek. Zaraz jednak oderwała się od niego i przecierając ręką zapłakaną twarz solennie sobie obiecała, że nigdy więcej nie popisze się niemocą.

2003-06-17 11:15:08



Copyright © Edward Guziakiewicz   ¤   Design downloaded from FreeWebTemplates.com