P
rzed obiadem elokwentny kapitan zręcznie wdrapał się na podest dla orkiestry, aby stamtąd podzielić się wieściami z siedzącymi już przy stolikach rozleniwionymi podróżnymi. Przyszykował kilka pobudzających wyobraźnię ciekawostek, okraszonych wzmiankami o korwecie, którą dowodził. Czynił wyraźne gesty w stronę zapatrzonych w niego starszych pań, z którymi miał przyjemność poznać się bliżej po wieczornym nabożeństwie w intencji udanego lotu.
— Miło mi zakomunikować, że "Titanic" dwie godziny temu — objaśniał ze swadą — osiągnął niewyobrażalną prędkość, wynoszącą czterysta kilometrów na sekundę, a napęd w związku z tym został wyłączony. Oczywiście, z powodu nagłej utraty przyspieszenia kierujący lotem komputer zmuszony był zmodyfikować pole grawitacyjne. Obecnie jest ono stabilne. W momencie wyłączenia silników niektórzy odczuli zaburzenia równowagi i mogli odnieść krótkotrwałe wrażenie, że podłoże huśta się pod ich stopami. Ale nie to jest jedyna rzecz, o której chciałbym dzisiaj państwu powiedzieć — odchrząknął, podnosząc pięść do ust. — Znajdujemy się obecnie w specjalnym kanale komunikacyjnym o symbolu 00X19, przeznaczonym dla statków pasażerskich — pewnie ciągnął. — Biegnie on lekkim łukiem aż za Słońce, wznosząc się ponad pasem asteroidów. Po drodze przycumujemy tylko dwa razy: na stacji Gamma i w porcie próżniowym St. Petersburg. Gwiazdę i jej przepiękną koronę będziemy mogli podziwiać z bliska. Miniemy ją w mniej więcej takiej odległości, w jakiej krąży wokół niej Merkury. Nasz kanał komunikacyjny jest bez przerwy patrolowany przez bezzałogowe maszyny, takie tam kosmiczne odkurzacze lub miotły, których zadaniem jest troska o to, by cała trasa przelotu była czysta. Usuwają one z jego obrębu drobne odłamki skalne, nie mówiąc — naturalnie — o większych ciałach niebieskich. Przy tak dużych prędkościach jest to niezmiernie ważne. Chcemy uniknąć zderzeń naszego statku z przypadkowymi meteorami. Oczywiście, niezależnie od tego na własną rękę monitorujemy niebo, upewniając się, że nic nam nie grozi. "Titanic" jest wyposażony w tzw. pługi grawitacyjne, które "orzą" przestrzeń przed jego nosem, odrzucając na boki przypadkowe pyły i drobne ziarenka materii. Trzy takie urządzenia wystrzeliliśmy już kilka godzin po starcie. Bezpieczeństwo lotu jest więc wysokie. Warto zaznaczyć, że pancerz naszej korwety jest solidny i przy obecnej prędkości wytrzymałby czołowe zderzenie nawet z obiektem o masie do jednej tony...
W to ostatnie zapewnienie Bob nie za bardzo wierzył i rozbawiony pochylił się do ucha Vanessy, zamierzając je ironicznie skomentować. Ta jednak ostrzegawczo syknęła, zasłuchana bez pamięci i ślepo zapatrzona w brodatego kapitana. Przemknęło mu przez myśl, że pewnie poprzedniego wieczora śladem starszych pań podreptała skwapliwie na nabożeństwo i zaraz po tym uzmysłowił sobie, że dotąd nie wie, gdzie mieści się kaplica. Nie widział też na oczy pastora. Wykoncypował, że pewnie ten jada z załogą.
Mruknął pod nosem "pardon!" i zajął się kartą dań. "Może coś ze specjalności kuchni północnoafrykańskiej? Couscous, to jest to!" Uprzejmie uśmiechnął się do staruszków, którzy szeptem deliberowali nad tym, co kryły stronice oprawionego w skórę menu z napisami, wytłoczonymi złotymi literami. To dzięki tej cichej parze mógł się przenieść do stolika Vanessy, a przynajmniej tak to mogło wyglądać w oczach postronnych osób w restauracji. Zdębieli z wrażenia wojacy w szaro-zielonych mundurach poderwali się jak na komendę, gdy słodka agentka niby sam szef korpusu z wdziękiem do nich się zbliżyła. Ona zaś wyzywająco zaanektowała Boba, wykrętnie się powołując na to stateczne małżeństwo. "Państwo Bregović pragną — uwodzicielsko paplała — żeby kwiaciarz z Nowego Amsterdamu zechciał im towarzyszyć ze względu na swoją wiedzę o tych biednych roślinkach, które się ścina i wstawia do wody". W życiu nie słyszał bardziej lekceważącej i bezceremonialnej oceny zajęcia, któremu poświęcał się w wolnych chwilach. "Kwiaciarz z Nowego Amsterdamu?" "Biedne roślinki, które się ścina i wstawia do wody?" Chłopcy z Korpusu Pluton II mieli takie miny, iż przełknęliby bez oporu jeszcze bardziej niedorzeczne wyjaśnienia. Gdy potem ochłonął i dyskretnie rozejrzał po sali, domyślił się, że co najmniej kilkunastu innych okupujących okoliczne stoliki mężczyzn ochoczo wskoczyłoby na jego miejsce u boku uroczej modelki. I któż by się temu dziwił? Liczba zaokrętowanych młodych kobiet, decydujących się na kurs na Marsa, nie była znowu taka duża. Wśród osiemdziesięciu trzech pasażerów znalazło się co najwyżej ze trzydzieści pań, po części w średnim i starszym wieku. Zresztą podróżnych stopniowo ubywało. Zapadali się jak pod ziemię. Znikło już z dziesięciu ponurych Wenusjan, którzy zazwyczaj pierwsi poddawali się hibernacji. Ponadto pod względem urody z Vanessą mogło właściwie konkurować niewiele przedstawicielek płci pięknej. Do tych ostatnich należała zachwycająca i roześmiana Jennifer, ale ta była jeszcze trzpiotem. Efektowna młódka podróżowała z rodzicami i jak dotąd nie pokazała się nigdzie bez ich straży. Strzegli jej jak oka w głowie. Szlajała się w czymś, co żywcem mu przypominało średniowieczną włosiennicę. Niestety, takie ponure stroje były ostatnio w modzie. Kilku facetów z wygolonymi głowami paradowało w pomarańczowych szatach, wzorowanych na odzieniach buddyjskich mnichów. Nawet Wenusjanie w nich gustowali. Siedziała kilka stolików dalej w pobliżu podestu dla orkiestry i Bob, który teraz odruchowo zerknął w jej stronę, z osłupieniem odkrył, że i ten lekkoduch ma do niego skryty żal z powodu ostentacyjnych przenosin. Pełne gorzkiego wyrzutu spojrzenie, którym go ta mała raptem obrzuciła, mówiło samo za siebie.
— Draniu jeden — konspiracyjnie syknęła Vanessa, widząca, za kim się mimochodem ogląda. — Dam ci ja inne lale...
Omal nie pobladł z wrażenia i dyplomatycznie udał, że tego nie usłyszał. Właściwie miała rację, nie powinien był naruszać obowiązujących procedur. Oparł się wygodnie, rozluźnił się, a potem zerknął gdzieś w górę, niby szukając dla siebie natchnienia. Pod pokrytym delikatną ornamentyką sklepieniem, na którym odwzorowano freski z Kaplicy Sykstyńskiej, swobodnie pływały w powietrzu dziesiątki kolorowych baloników. W podróży w piorunującym tempie zawierało się znajomości. I tak było pewnie już w czasach, kiedy najszybszym środkiem lokomocji był dyliżans.
Kapitan skończył opowiadać, zebrał niemrawe oklaski i mimo pewnej tuszy zgrabnie zeskoczył z podestu. Pojawili się pierwsi wyfraczeni kelnerzy. Większość z nich była androidami.
— To na co się połakomimy? — ulegle zapytał agentki, wlepiając znowu gały w kartę dań.
P
o obiedzie Vanessa bez słowa porzuciła agenta z Ganimeda, a szklankę soku pomarańczowego pozostawiła niedopitą. Usiłował ściągnąć ją wzrokiem, ale mu nie wyszło. Zerwała się i migiem złapała pod ręce staruszków, którzy zdążyli się już podnieść, bo zrezygnowali z deseru. Rozkosznie zaszczebiotała, przypominając, że obiecała pokazać im, jak się obsługuje wirtualne okna, które były ponoć sprzężone z pokładowym multikinem. Odpłynęła z nimi, doskonale ignorując "kwiaciarza z Nowego Amsterdamu". Ten pozostał przy ciastku ze słodkim kremem ananasowym, myślami wracając z konieczności do własnych planów na przydługie popołudnie. Dopadli go zaraz przejęci chłopcy z Korpusu Pluton II, z którymi wcześniej dzielił stolik, chcący się czegoś więcej dowiedzieć o Vanessie. Jego akcje poszły raptem w górę. Byli ciekawi, czy boska modelka grywa w tenisa lub w siatkówkę, bo podobno na drugim poziomie były zgrabne korty i boisko z wirtualną widownią. Ponadto interesowali się, czy nie korzysta ze ścieżek joggingu. Mieli dziwny akcent i szorstki sposób wyrażania się. Nieco kwadratowa ale szczera twarz Johna wydawała mu się teraz ociupinkę naiwna. Rozstał się szybko z nimi, obiecując, że ją o to zapyta, a potem pociągnął do swojego numeru, omal się nie zderzając w korytarzu z młódką z Wenus o bardzo ciemnej i naznaczonej liniami delikatnych żółwich zniekształceń, niemniej ujmującej twarzy. Wcześniej jakoś nie wpadła mu w oczy. Nawet dobrze wyglądała w stylizowanej na grecki chiton przydługiej sukni. Przez króciutką jak mgnienie chwilę żałował, że ta miła istota nie pochodziła z bardziej ludzkiej planety. W apartamencie zaś z książką w ręku zapadł się w wygodny fotel. "Isagoga" nęciła, obiecując prawdziwą ucztę duchową. W pierwszej kolejności zajął się tzw. drzewem Porfiriuszowym, pozwalającym na uchwycenie związków między "gatunkiem" a "rodzajem". Lubił takie spokojne chwile. Miał wrażenie, że ze wzruszającą drobiazgowością jak z klocków składa na nowo swoje życie. Nie pozostawiono go jednak w spokoju, a modulowany sygnał przerwał dopiero co podjęte medytacje.
— To ty? — nie był właściwie zaskoczony, widząc Vanessę na wirtualnym ekranie.
— Och, państwo Bregović czują się nieco skonsternowani, bo trochę niegrzecznie się z tobą rozstali w restauracji, zupełnie bez pożegnania. I chcieliby to naprawić — paplała jak najęta. — Zapraszają cię więc do siebie. A poza tym... — uciekła gdzieś oczyma, niby nie wiedząc, jak to wyrazić.
— Masz niejakie kłopoty z uruchomieniem wirtualnego okna — obłudnie się domyślił, bez trudu odgadując, w co gra piękna agentka.
— Ależ ty jesteś przenikliwy, Bobie?! — ogromnie się zdziwiła, obrzucając go wzrokiem pełnym nieskrywanego podziwu. Błysk w oku dowodził, że ceni go znacznie bardziej niżby to wynikało z jej żywych lecz chaotycznych reakcji. A potem szybciutko dorzuciła: — Na pewno trafisz, to apartament 46 B. Czwórka, szóstka i ta literka z dwoma brzuszkami...
Jakoś ciężko mu było ruszyć się z przytulnego saloniku. Uznał więc, że nie musi się śpieszyć i znalazł się u gościnnych sąsiadów dopiero po dziesięciu minutach. Pokazał staruszkom, jak obsługuje się prosty w gruncie rzeczy program sterujący hologramami, a następnie jak wybiera się multifilmy z pokładowej kinoteki. Nie dał się jednak namówić na dłuższą pogawędkę o Nowym Amsterdamie, zachęcając ich, aby raczej coś interesującego sobie w spokoju obejrzeli.
Był to również pretekst dla głupiej gęsi, by pożegnać sąsiadów. Vanessa nie chciała im przeszkadzać — tym bardziej że starsza pani faktycznie już zdecydowała się na projekcję z jej ulubioną czwórką bohaterów z Ziemi, samodzielnie wybierając tytuł z multikina. Zafascynowana umiejętnościami "kwiaciarza" seksbomba nieco wyniośle zaproponowała mu, by odwiedził również jej apartament i właściwie ustawił odbiór programów. Nie odmawiało się damie. Wyszli więc oboje na korytarz i przez nikogo nie zauważeni przeszli do mieszczącego się tuż obok numeru 44.
Tu, gdy tylko zamknęły się drzwi, Vanessa rzuciła z niewymowną ulgą:
— Ufff! Nareszcie u siebie. Nie znoszę tych idiotycznych popisów aktorskich! — Po czym zdjęła z nóg pantofle i usiadła na brzegu sofy. Zaraz też uspokajająco dodała: — Tu jest bezpiecznie i możesz mówić, co chcesz. Sama o to zadbałam. Nie wierzę w ich kłamliwe zapewnienia, że w numerach nie ma kamer. Uruchomiłam ekranowanie — wskazała palcem stojący na komodzie niby-zegar z regularnie migającym świecącym oczkiem.
Niezdecydowanie rozejrzał się po zarzuconym damskimi fatałaszkami salonie. Leżało tu sporo strojów sportowych. Miał na nią cholerną ochotę, ale coś mu mówiło, że są rzeczy ważniejsze, z którymi powinien się najpierw uporać.
— Jesteś tego pewna? Na sto procent? — niepotrzebnie pytał, bo znał to urządzenie.
Przytaknęła, masując sobie stopy.
— Miałam pół godziny na przygotowanie się do odlotu. Istne wariactwo. Nie ze wszystkim zdążyłam — próbowała się wytłumaczyć. — Te pantofle są — na przykład — o pół numeru za małe.
Mówiąc to, lekceważąco odrzuciła je za siebie. Po czym wstała i opuściła go na chwilę.
Przysiadł w sąsiednim fotelu, wcześniej delikatnie podnosząc lekki jak mgła damski kapelusz.
— No, właśnie — zawołał za nią. — Jestem naprawdę ciekawy, ma się rozumieć. Jakim cudem tu się znalazłaś? Nie było cię przecież wśród pasażerów, pakujących się ze stacji orbitalnej na pokład "Titanica". Tego akurat jestem pewny.
— Zaraz ci powiem! — odkrzyknęła, wychylając głowę z łazienki.
Wróciła w przykrótkim różowym szlafroczku. Pewnie nie miała nic pod spodem. Stał przy wirtualnym oknie, wyświetlającym czarne rozgwieżdżone niebo z pasmem Drogi Mlecznej. Bawił się miniaturą piłki do siatkówki, którą znalazł w rogu salonu.
— Dotarłam tu w dziewięćdziesiąt minut po odlocie — niefrasobliwie wyjaśniła. Odszukała szczotkę i kilka razy przeczesała rozpuszczone włosy. — To pasażerskie bydlę strasznie szybko się rozpędza, więc czasu miałam niewiele. Doświadczony pilot supermobusa firmy jakoś sobie z tym poradził. Mamy przecież teraz te nowe ultraszybkie modele, rozwijające prędkość do 800 kilometrów na sekundę.
To brzmiało przekonująco. Nurtowała go jeszcze jedna myśl.
— A jakie przydzielono ci zadanie? — zapytał. Odkaszlnął, zasłaniając sobie usta.
Obrzuciła go uważnym spojrzeniem, w którym było jednak wyjątkowo dużo ciepła. Pociągająco wyglądała z bosymi stopami.
— Ależ mnie badasz. Nie wygłupiaj się, chodź... — usiłowała pokonać tę przeszkodę. — Opowiem ci o tym, ale najpierw dokończmy to, co zaczęliśmy na dole. — W jej oczach czaił się głód.— Potem już chyba nie będziesz mieć na to ochoty... — przewidująco dorzuciła. Podniosła się i zachęcająco wyciągnęła do niego szczupłą dłoń.
Odrzucił piłkę. Podszedł do niej i łapiąc ją w pół porywczo przyciągnął ją do siebie. Poczuł wywołujący zawrót głowy zapach jej włosów. Ogarnęła go fala podniecenia i przez moment toczył z sobą walkę.
— Zaszokowałaś mnie tam, na dnie kolosa. Przestraszyłem się, że to element jakiejś zawoalowanej gry, w której jestem tylko pionkiem... — podzielił się swoimi obawami.
— Gra? Nigdy... — ścisnęła jego rękę. — A co? Nie podobam ci się? — na jej twarzy znaczył się ból.
Odnalazł jej usta.
— Owszem, nawet bardzo. Bardziej niż przypuszczasz — zdradził jej to w sekrecie. — No, ale są konwenanse.
— Nie lekceważę ich — broniła się. — Nie zdajesz sobie sprawy, jakiego miałam bzika na twoim punkcie — cichutko wyznała, ogarniając go ramionami. I ostrożnie zapytała: — Pamiętasz o tym niezwykłym włamaniu do twego mieszkania przy Alei Słońca, półtora miesiąca temu? Nic ci wtedy nie zginęło...
Zmarszczył brwi w niebotycznym zdumieniu. Ona w roli kobiety-kota?
— To byłaś ty?! — nie chciało mu się wierzyć.
Potwierdziła skinieniem głowy.
— Z domowej kolekcji wykradłam tylko twój dziennik. Zabrałam ze sobą kopię nagrania.
— Ale który? Ten z zapiskami, dotyczącymi hodowli kwiatów?
Pokręciła przecząco głową.
— Nie, ten osobisty, dobrze schowany na dysku. Ukryłeś go w folderach z plikami programowymi, stosując dodatkowe zabezpieczenia. No, ale jak ktoś z uporem maniaka używa hasła "Vanessa"!
Zaszokowała go tym wyznaniem. Poznała go na wylot i to dlatego była górą.
— No wiesz? Naprawdę ci odbiło! — to mu się nie mieściło w głowie. Spore partie notatnika poświęcone były spalającej go jak ogień namiętności. Dzielił się z komputerem swymi chimerycznymi fantazjami erotycznymi, związanymi z tą czarowną agentką.
— Jeśli przeżyjemy, pokażę ci moje zapiski i notatki. Nie różnią się tak bardzo od twoich. I będziemy kwita. Też puszczałam wodze fantazji. Zresztą, gdybym nie przeczytała twojego dziennika, nie poszłabym na całego. Chyba się domyślasz. Przecież nie jestem pieprznięta.
Teraz już wszystko rozumiał. Delikatnie przygryzł jej ucho. Jednak coś go nadal niepokoiło.
— "Jeśli przeżyjemy"?! — powtórzył jak echo jej słowa.
Zajrzała mu w oczy, jakby usiłowała dociec, co kryje się na dnie jego nieco mrocznej męskiej duszy.
— Och, nie musisz się tak bardzo lękać. Opowiem ci o wszystkim z najdrobniejszymi szczegółami jeszcze dziś...
— A czemu nie teraz? — zmarszczył ze zdziwieniem brwi.
Dojrzał w jej oczach opór. Znowu pokręciła przecząco głową.
— Kochany Bobie — złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. — Od miesięcy marzyłeś, żeby mnie mieć, a ja tęskniłam za tym samym.
Nie miał zamiaru ustąpić.
— No, rozpruj ten worek z sekretami, naprawdę jestem ciekawy! — podpowiedział.
Teraz ona się odsunęła. Wydawało się, że za chwilę wypróbuje na nim któryś z zaawansowanych technicznie chwytów z walki wręcz, by go nauczyć moresu. Nie postępowało się tak z kobietą, oferującą swoje wdzięki i nieomal podającą siebie na tacy. Wydawało się, że założy z powrotem tamtą sukienkę, a potem wyrzuci go z apartamentu.
— Okropny jesteś, kobiety mają rację, poszło ci za łatwo i zaczynasz mnie lekceważyć. Typowy facet spod znaku Wodnika — żachnęła się.
— Mam się obchodzić z tobą jak z jajkiem? Jeśli tak, to proszę!
Chwileczkę się zastanawiała, a potem nagle ustąpiła.
— Skoro tak bardzo ci na tym zależy... — rzekła z namysłem. — Otóż skierowano mnie tu, bowiem w ostatniej chwili okazało się, że na pokład tej fregaty dostał się jeden ze Świetlistych. Pomiary były ponoć absolutnie pewne...
Poczucie komfortu, które go nie opuszczało od chwili wejścia na pokład "Titanica", rozpłynęło się gdzieś bez śladu. Dojrzała to w jego oczach, ale innej reakcji się nie spodziewała.
— Te szalone stwory stały się ostatnio wyjątkowo agresywne... — wychrypiał z żalem. — Ale żeby tu? Trzeba nie mieć fartu!
Leciał na Marsa po to, by wziąć udział w tajnej akcji, którą starannie zaplanowano w związku z dwoma buszującymi tam "duchami" z kosmosu. Nie mógł jednakże przewidzieć, że nim dotrze na miejsce, będzie mieć jeszcze pod bokiem trzeciego.
Usiłował się pozbierać.
— Dobra, niczego więcej nie mów — rzekł, widząc, że znowu otwiera usta. Przygarnął ją do siebie.
Odetchnęła z głęboką ulgą i przymknęła oczy. Pieszczotliwie przeczesała palcami jego włosy.
— Chodź! — niecierpliwie pociągnęła go za sobą do mieszczącej się obok sypialni.