D

opiero przed południem niby przypadkiem otarł się o czarującą agentkę z Callista. Właściwie to ona zadbała, żeby na siebie wpadli. Przy jednej z ulokowanych na pierwszym poziomie kafejek, ta była stylizowana na wyszynk z Dzikiego Zachodu, mieściła się niczego sobie sala wystawowa, a oddany sztuce pokładowy kustosz zdecydował się zaprezentować serię oryginalnych dzieł mistrzów z księżyców Saturna. Tytułem zachęty na każdym stoliku znalazł się niewielki błyszczący folder. Wyłamał się i zamówił francuskie croissanty z białą kawą i dżemem brzoskwiniowym, a później pachnące gnochci w aromatycznym sosie ze świeżych pomidorów i bazylii. Prosto z restauracji owczym pędem pociągnęli na Parnas po śniadaniu wszyscy chętni, więc i on powlókł się w ogonie. Nieuważnie lustrował cenne zbiory, starając się przy tym nachalnie nie ziewać. Nie przepadał za popartem. Utonął ostatecznie w bardzo niskim przeźroczystym foteliku, który mu się w jednej chwili rozpakował przed przedstawiającym tytańskie orchidee znanym płótnem De Smeta i tam popadł w niejaką zadumę.

Noc miał zarwaną, bo gdy ustawiał "widok za oknem" na mroźny masyw Herkulesa, zapomniał zablokować temperaturę. W rezultacie tego gdzieś po północy dojmujący chłód wyrwał go ze snu. Wiał porywisty wiatr. Dygotał z zimna, zmagając się z parametrami klimatycznymi, a oschły i obojętny głos lektora z terminala doprowadzał go do szału. Był wściekły jak diabli. Woda zamarzła w karafce, więc musiało być w apartamencie poniżej zera. Dobrze, że z sufitu nie sypał śnieg.

Podniósł się i przesunął lekki fotel pod ścianę, bo uznał, że będzie siedzieć na drodze zwiedzającym. Akurat w jego stronę ciągnęło kilka osób.

— Orchidee — wycedził.

Następnie myślami wrócił do wieczornej lektury. Pobieżnie przejrzał pisma logiczne Stagiryty, noszące wspólne miano "Organonu". Obejmowały one "Kategorie", "O wypowiadaniu się", "Analityki pierwsze", "Analityki wtóre", "Topiki" i "O dowodach sofistycznych". Przekartkował również "Hermeneutykę", a potem zabrał się ostro za przyniesioną mu przez pokładowego gońca "Isagogę".

Książeczka była niczego sobie, choć musiał przyznać, że brakuje mu nieco konceptu. Napisano ją mało klarownym językiem, lecz na szczęście nie zabrakło w niej obszernych objaśnień i wnikliwych komentarzy. Zaintrygowały go tajemnicze predykabilia. Usłyszał o nich od dziadka Brunona. Jakiś czas mylnie sądził, że wiążą się one nie z logiką, ale z odległymi asteroidami. "Isagoga" należała do najpoczytniejszych i najbardziej rozpowszechnionych dzieł w dawnych dziejach kultury. Była najpoważniejszym starożytnym traktatem logicznym, przekazanym w dziedzictwie średniowieczu. Zgodnie z podanymi w niej zasadami "różnica" ("differentia") wraz z "rodzajem" ("genus"), "gatunkiem" ("species"), "właściwością" ("proprium") i "przypadłością" ("accidens") tworzyła grupę określeń, niezbędnych przy budowie poprawnej klasycznej definicji rzeczy. A definiować umieli starożytni jak nikt już po nich.

— Repetitio est mater studiorum — mruknął do siebie, dumny ze swojej ubożuchnej łaciny. Chciał w chwili samotności odświeżyć sobie to, co przeczytał i przypomnieć sobie, czemu każdy z tych dziwacznych terminów miał służyć.

Vanessa przerwała mu dopiero co podjętą medytację. Jej zgrabne nogi znakomicie się prezentowały na tle okrzyczanego tytańskiego dzieła i Bob w nagłym przebłysku sobie uzmysłowił, że Peter De Smet popełnił katastrofalny błąd nie umieszczając ich na obrazie. Pożegnała towarzyszących jej staruszków, którzy zajęci kolejnymi płótnami olejnymi oddalili się ku drugiemu krańcowi sali. Bez przeszkód mogła odegrać przed nim rolę głupiej gęsi, która nie ma zielonego pojęcia o Układzie Słonecznym.

— Czy mógłby mi pan dopomóc? — zwróciła się do pochłoniętego myślami agenta. Z konieczności musiał poderwać się z miejsca. — Chciałabym się zorientować, skąd pochodzą te orchidee.

Zrobił poważną minę, najpoważniejszą, na jaką było go stać i zezując w stronę obrazu, odpowiedział: — Z Tytana, proszę pani!

— Och, to wiem — głupia gęś wcale nie była aż tak nierozgarnięta. — Przeczytałam pod tym płótnem — pokazała mu ślicznie palcem. — Ale gdzie jest ten... Tytan? — jeszcze raz sprawdziła nazwę. — Czy to jest księżyc Wenus?

Czuł, że ogarnia go dziwny diaboliczny chichot, ale musiał się jakoś opanować.

— Ależ nie, proszę pani, skądże znowu. O ile mi wiadomo, Wenus nie posiada księżyców, nie licząc gigantycznych stacji orbitalnych. Tytan jest dużym satelitą Saturna — objaśnił z niesłabnącą powagą.

— O Boże, już wiem — ucieszyła się. — To ten kolos z kolorowymi pierścieniami z kryształków lodu — paplała jak najęta. — Strasznie wielka planeta. Imponująca swoim ogromem. I tajemnicza. Czytałam w magazynie dla kobiet, zajmujących się biznesem. Podobno działa na nas magnetycznie. A ja w to wierzę. Air Callisto Company proponuje młodym parom miesiąc miodowy na orbicie Saturna, nawet niedrogo, sprawdzałam cenę — entuzjastycznie dzieliła się z nim posiadaną wiedzą, omal przy tym nie przewracając oczami. — Podobno ma to widoczny wpływ na trwałość związku i nawet kilka moich koleżanek zapisało się, chociaż jeszcze nie wychodzą za mąż — dorzuciła konfidencjonalnie i umilkła.

Oczarowała go swoją urodą — i właściwie dopiero teraz pojął, że ta idiotyczna rozmowa mogłaby się toczyć, toczyć i nigdy nie skończyć. W kusej różowej kiecce wyglądała ponętnie i świeżo. A poza tym była agentem znakomicie wyszkolonym i cieszącym się wysokim ilorazem inteligencji. Krótko mówiąc, miał szczęście. Zależności służbowe w centrali wywiadu na Callisto nie sprzyjały kruszeniu lodów. Tam ponadto jej wdzięki przysłaniał nie pozwalający wyeksponować kobiecej urody kombinezon roboczy. Tu zaś panował luz, a ona z niezaprzeczalną gracją paradowała w kreacjach niemalże wprost z żurnala.

Sterczał obok niej jakąś chwilę, przyglądając się tytańskiemu dziełu, a potem niby cień pociągnął za nią ku następnym płótnom, ostatecznie rozstając się z przeźroczystym fotelem. Przy niej gotów był pokochać nie tylko popart, lecz także inne zwichrowane kierunki w rzeźbie, grafice i malarstwie.

— O ile dobrze pamiętam, takie orchidee, rosnące i żywe, można z bliska obejrzeć w ogrodzie botanicznym, który mieści się na trzecim poziomie — usłużnie jej podpowiedział, przerywając wreszcie ciszę. — Jestem tam ogromna ilość roślin, zarówno oryginalnych, pochodzących z Ziemi, jak i zmutowanych na innych planetach.

Zaczął jej o nich opowiadać. Nadstawiła uszu i przytakiwała z zainteresowaniem, więc chcąc nie chcąc ciągnął ten wdzięczny temat. Na Callisto w centrum agencyjnym nie mógłby się tak popisywać. Wreszcie przerzucił się na wystawione obrazy.

Staruszkowie przydreptali z powrotem. Czy mieli coś wspólnego z wywiadem solarnym? Uznał, że raczej nie. Inaczej nie plątaliby się tak niefrasobliwie przy tej rzucającej się w oczy madonnie. Vanessa słodko przedstawiła ich sobie wzajem.

— Czy wiecie, że ten pan, którego przed chwilą przypadkiem poznałam — oznajmiła z zachwytem — doskonale zna się nie tylko na obrazach, ale także na kwiatach? Wyobrażacie to sobie, mili państwo? Na kwiatach!

Powściągliwie z nim się przywitali, łypiąc na niego z ostrożną uwagą i decydując się na chwilę niezobowiązującej rozmowy. Jednak nie mieli ochoty dalej sekundować rozkosznej madonnie i za nic nie rwali się do wyprawy na wyższe poziomy. Ich podeszły wiek miał swoje prawa.

Niby to z towarzyskiego obowiązku podjął się roli przewodnika. Kwiaty były w modzie. I to zresztą od stuleci. Pewnie od czasów, kiedy to pierwszych osadników na nowych planetach cieszyła byle roślinka. Ponieważ, jak w zaufaniu zdradził starszej pani, prowadził w Nowym Amsterdamie niedużą kwiaciarnię tuż przy Grand Place, co zresztą było zgodne z prawdą, znakomicie się do tego nadawał. Zachowując należny dystans i szacunek wyprowadził staruszków i dziewczynę z galerii, następnie zaś pokładowej piękności ochoczo wskazał drogę do windy. Ze stylizowanego na Dziki Zachód wyszynku wysypało się kilku mężczyzn w kowbojskich kapeluszach na głowach. Takie były te kawiarenki, przysypane kurzem wieków i owiane aurą romantyzmu. Mimochodem dojrzał, że ciągnie za sobą kilka zazdrosnych spojrzeń i to mu raptem dodało skrzydeł.

Nikt inny oprócz nich nie kwapił się, by wsiadać, więc znaleźli się sam na sam w oświetlonej żółtym światłem kabinie. Drzwi bezszelestnie się zasunęły.

Owiał go zapach jej perfum. Nigdy nie był z nią tak blisko, niemal twarz przy twarzy, i z wrażenia zaschło mu w ustach. Niepewnie zajrzał w taksujące go niebieskie oczy.

— Chyba są tu również windy grawitacyjne — wykrztusił z siebie, próbując czymś wypełnić nagłą grobową ciszę — ale pewnie korzysta z nich tylko załoga.

Nie wydała głosowego polecenia. Tablica z nawigacją kryła się za jej plecami, z wdziękiem się odwróciła i zręcznie stuknęła w wybrany przycisk. Winda ospale ruszyła. Jednakże nie w górę, jak się spodziewał, ale w dół. Już otworzył usta, aby układnie zauważyć, że nie pozbierana młoda dama pomyliła kierunki, ale jakiś ledwo wyczuwalny impuls sprawił, że w ostatniej chwili ugryzł się w język. Vanessa spojrzała na niego z takim wyrazem twarzy, że od razu stracił ochotę na rozsądzanie o czymkolwiek bez jej aprobaty. Doświadczona agentka z pewnością wiedziała, co robi.

— A czy orchidee jako gatunek pochodzą z Ziemi, czy też stworzył je ktoś w koloniach? Może jakiś zakochany w kwieciu genetyk artysta? — niefrasobliwie zaszczebiotała, dostosowując się znowu do roli głupiutkiej gęsi.

Potarł ręką czoło w zamyśleniu. Gra dalej się toczyła, czy tego chciał, czy nie. Przedsięwzięła coś bez sensu, boleśnie wyszarpując go ze skorupy nawyków i przyzwyczajeń.

— O ile wiem, to jednak z Ziemi — potwierdził z namysłem. — Były tam hodowane przed wiekami — nim jeszcze Galileusz odkrył cztery księżyce Jowisza i nim rozpoczęły się loty w kosmos. — Króciutko szperał w pamięci, szukając przydatnych informacji. Chodziły mu po głowie tylko te oczywiste. — Orchidee są nazywane także storczykami. Większość z tych roślin jest epifitami. Pasożytują na gałęziach drzew lub rosną na skałach. Są uprawiane ze względu na piękne i ozdobne kwiaty. Przeważają żółte, chociaż często można zobaczyć różowe, fioletowe, brązowe, zielone i białe. Ich kielichy mogą być przezroczyste, nakrapiane lub pręgowane. W ostatnich stuleciach udało się wyhodować mutacje o niezwykle harmonijnych kształtach i czystych barwach. Kiedyś w Ameryce Środkowej najbogatszą florą orchidei szczyciła się Kostaryka. Na jej terytorium zanotowano blisko dwa tysiące odmian.

— Jaka szkoda — westchnęła z nie udawaną melancholią. — Niestety, nigdy tam nie byłam.

— Nie tylko pani, ja również — przyznał się bez bicia. — Też dotąd nie udało mi się odwiedzić Planety Matki. Jednakże za jakiś czas będziemy ją mijać w pewnej odległości. Jeżeli komuś się nie spieszy — puścił wodze fantazji — może przerwać podróż, pożegnać "Titanica", polecieć na nią i ją zwiedzić. A potem skorzystać z następnego połączenia z Marsem. Chociaż ponoć niewiele zostało z tamtych gęstych dżungli. — A pani skąd? — zapytał jak ostatni przygłup. — Pewnie także z Ganimeda?

Winda cicho szczęknęła, zatrzymując się, a drzwi się rozsunęły. Nie odpowiedziała.

— No, to znaleźliśmy się na trzecim poziomie — zdecydowanie za głośno oznajmiła, śmiało wychylając się na zewnątrz. — Nawet nie trwało to długo...

W rzeczywistości trafili na jeden z dolnych pokładów kosmicznego kolosa. Kątem oka dostrzegł świecącą się cyfrę "dziewięć" i skrzywił się z niesmakiem. Pod nimi kryły się już tylko zimny reaktor, silnik fotonowy i generator pola grawitacyjnego. Ciążenie było niższe o jakieś dziesięć procent i poczuł się nad wyraz lekko.

Migiem pociągnął za nią, lękając się, że zniknie mu z oczu. W ogromnym pustym holu panował tajemniczy półmrok. Wystające z posadzki zaczepy zdradzały przeznaczenie tego pomieszczenia. Pewnie wtedy, kiedy z pozoru nieruchawy gigant ruszał w drogę z kompletem pasażerów, ładowano tutaj bagaże. Pilnie główkował nad tym, gdzie mogą być rozlokowane miniaturowe kamery i czujniki termiczne, z których korzystano w centrum nadzoru, ale nie zdążył dojść do żadnego odkrywczego wniosku. Vanessa niecierpliwie czekała na niego kilkanaście kroków dalej. Zbliżył się do niej i przystanął. Całkiem go zaskoczyła. Z wdziękiem ujęła jego dłoń, a potem łagodnie lecz zdecydowanie pociągnęła go za sobą do ciemnej niszy tuż obok. Tam nieoczekiwanie zarzuciła mu na szyję ramiona i szaleńczo wpiła się w jego usta, namiętnie go całując.

— Mmm?! — ledwo mógł wykrztusić z siebie, gdy na krótką chwilę uwolnił się z jej słodkich objęć. Wiedział, że kobiety bywały nieprzewidywalne, ale nie spodziewał się po agentce tak ognistego wybuchu. Nie oczekiwał go i przeszyła go dojmująca myśl, że to kolejny element jakiejś zawoalowanej wywiadowczej gry, której celu i zasad nie pojmuje. Czy ktoś perfidny z zimnym rozmysłem zlecił jej, by go uwiodła i rzuciła sobie do stóp?

— Obejmij mnie — namiętnie dmuchnęła mu do ucha. — Mój ty Casanovo, nie zdajesz sobie sprawy, jak cię pragnęłam — z rozkoszy oczy miała prawie nieprzytomne. — Już tam, na Callisto, w centrum wywiadu. To cudowne... że przydzielili mnie do tej sprawy. Wiedziałam, ze wcześniej czy później znajdziesz się w moich ramionach.

Słysząc tak promienne wyznanie, stracił nad sobą kontrolę, poddał się porywowi, z żarem przylgnął wargami do jej ust, a potem obrzucił pocałunkami jej oczy, czoło, pachnące włosy i szyję. Byłby ostatnim safandułą, gdyby rozpłomienionej lali z taką klasą jak przysięgły mnich bronił do siebie dostępu. Przez krótką chwilę mógł się bez opamiętania pławić w ciepłym morzu rozkoszy. Jego ręce powędrowały w stronę kształtnych bioder i ud. Uczynił to, o czym skrycie marzył już na Callisto.

— Jakiej... spra... wy?! — wyrzucił z siebie między kolejnymi pocałunkami. Jakaś przytłumiona na moment część jego "ja" pozostała wierna zasadom, które uznawał i próbowała dociec, co się faktycznie stało.

Usiłowała się jakoś opanować. Chyba wiedziała, że przeholowała. Tak, to było za szybko. Głęboko odetchnęła, obciągnęła sukienkę, która niebezpiecznie powędrowała do góry, uśmiechnęła się i delikatnie pogłaskała go po policzku.

— Później ci to wyjaśnię, niedźwiadku. Na razie musimy wracać — ostatecznie uwolniła się z jego objęć. Popisała się tak, jakby była jego kochanką od dawna i właśnie wpadli z utęsknieniem na siebie po dłuższej rozłące. — Ten zaułek nie jest monitorowany, sprawdziłam to dzisiaj wczesnym rankiem, włamując się do systemów dowodzenia — pocieszyła go ze sporą dozą pewności siebie. — Nikt nas tu nie śledzi.

Niechętnie opuścił ciemną wnękę, opieszale ciągnąc śladem agentki. W okamgnieniu dał się omotać, ale nie miał powodów, by tego żałować. Znaleźli się na powrót w windzie, ponownie grając role dwójki przypadkowych pasażerów, którzy dopiero co się poznali.

— Mon Dieu, jak mogłam się tak pomylić? Ale to dziwne, że pan nie zwrócił na to uwagi. Zawsze z pana taki niezguła?

Niby to zawstydzony, począł się tłumaczyć:

— Podobnie jak pani, pierwszy raz lecę statkiem z tak ustawioną elektroniką. Był zbudowany na Marsie, a nie w Układzie Jowisza. Oni tam mają trochę inne systemy, więc sporo rzeczy jest tu dla mnie nowych — skonstatował ulegle, tym razem osobiście wciskając przycisk trzeciego poziomu. Potem jeszcze uważnie sprawdził, czy faktycznie dobrze trafił palcem, niewyraźnie mrucząc po nosem: — Zielone w dół, żółte w górę! — Zaś gdy winda ruszyła, zdobył się na odwagę i zaszarżował:

— A skoro dziwnym trafem wylądowaliśmy razem w ciemnej piwnicy, i to już w pierwszym dniu lotu, to może przeszlibyśmy na ty? — wypalił jak przystało na pokładowego donżuana. — Mam na imię Bob.

Chwilę się boczyła.

— Vanessa — udobruchana, podała mu wreszcie wąską dłoń. — Ale na drugi raz, gdy wsiądziesz ze mną do windy, musisz uważać, Bobie — cierpko go skarciła. — Wiesz, co by się stało, gdyby ta wyciągarka wyrzuciła nas poza obręb tego statku?

Ucieszył się w duchu, że występowała pod swoim prawdziwym imieniem. Jednak znowu ogarnął go sardoniczny chichot. Takie zwariowane numery mogły robić obdarzone inteligencją windy potworki jedynie w filmach dla maluchów.

— To fakt, mielibyśmy poważne kłopoty — potwierdził z pozorowanym przejęciem. — I pewnie nie moglibyśmy tak szybko wrócić. Chyba że... bylibyśmy zawinięci w te sreberka.

— W jakie... sreberka? — niepomiernie się zdziwiła, lustrując go z podejrzliwą uwagą.

— No, w te... kombinezony kosmiczne — ze zgryźliwą uprzejmością dorzucił.

Przypatrzyła mu się chłodno, jakby z żalem, że za wcześnie pozwoliła mu przejść na ty, a potem przeszyła go tak piorunującym spojrzeniem, iż natychmiast zrozumiał, że ze swoimi nonsensownymi pomysłami powinien pójść do wszystkich diabłów. Debil, odbierał jej rolę. To przecież ona startowała z pozycji nierozgarniętej blondynki.