Z

apowiadał się nudnawy lot. Wprawdzie porażający swoją wielkością okrzyczany "Titanic" należał do komfortowych i luksusowo wyposażonych kosmicznych statków pasażerskich, istnych gigantycznych hoteli w próżni, jednak pech chciał, że tego roku Jowisz i Mars ulokowały się złośliwie po przeciwnych stronach Słońca — jedna z tych planet była w aphelium, a druga w peryhelium. Na pokonanie dzielącego je koszmarnego dystansu, wynoszącego ponad miliard kilometrów, trzeba było około miesiąca. Na tę absurdalną podróż decydowali się więc przeważnie ci, którzy mieli nóż na gardle i z ważkich powodów musieli jak najszybciej dotrzeć do Czerwonej Planety. Pamiętający o tym Bob straszliwie ziewał już w dniu odlotu. Nie pojmował, dlaczego szefowie właśnie jego oddelegowali na Marsa. Czy tam nie mieli speców od Świetlistych? Nie ominęło go wrażenie, że został złośliwie wypchnięty w próżnię. Z gasnącą nadzieją na odmianę podłego losu marudnie się przyglądał ostatnim nieśpiesznie okrętującym się pasażerom, jednak wśród ładujących się na pokłady nie dostrzegł absolutnie nikogo, z kim chciałby zawrzeć bliższą znajomość. Wreszcie opuścili statek portowi kontrolerzy zabezpieczeń i zatrzaśnięto włazy, odcinając mu ostatecznie drogę ucieczki.

Wcześniej usiłował oswoić się z rozkładem głównych pomieszczeń kosmicznego kolosa, a było tego niemało. Po starcie zaś tkwił nastroszony około godziny na jednym z górnych pokładów przed grubym, ale przejrzystym iluminatorem, z bólem żegnając najpierw odpływającą w dal stację orbitalną z cumującymi przy jej rękawach czarnymi kontenerowcami, a następnie otoczonego cienką powłoką lekko fluoryzującej atmosfery kurczącego się Ganimeda. Akurat jego dwa sztuczne słońca kryły się za zakrzywioną linią horyzontu. Statek miał całkiem niezłe przyspieszenie, więc oddalający się księżyc w mig się zamienił w ledwo widoczny świecący punkt na straszącym nocną czernią rozgwieżdżonym niebie. Potem jeszcze jakiś czas gapił się na Jowisza, jakby to on był winien jego zgryzot.

Cóż było czynić? Nie mógł już się wycofać.

— Zła passa — rozżalony bąknął pod nosem, godząc się jakoś z tym, że tego nie zmieni.

Zawrócił do swojej kabiny, omijając wyłożony tłumiącym kroki miękkim dywanem szeroki korytarz, wiodący do sal reprezentacyjnych. W centrum była wysoka na trzy poziomy i otoczona antresolą sporawa sala jadalna, główne miejsce codziennych kilkakrotnych spotkań wszystkich pasażerów, a wprost z niej można było przejść do kilku pustawych jeszcze pierwszego dnia kawiarenek i salonów rozrywki. Najbardziej podniecające było ponoć złociste kasyno o wiele mówiącej nazwie "Las Vegas", ale nie przypuszczał, że będzie tam częstym gościem. Na drugim poziomie znajdowała się pływalnia z prawdziwą wodą, ambulatorium medyczne, pomieszczenia rekreacyjne, siłownie, solaria i gabinety masażu oraz pasaż ze sklepami. Jego apartament był dosyć przyzwoity i z wyrafinowanym smakiem urządzony, żadna tam pokraczna więzienna cela czy rodzaj przyciasnego korytarzyka ze ścienną wnęką do spania. Kwaterę wyposażono — między innymi — w porządne wirtualne okna z powiewem, zapachami i gamą naturalnych dźwięków. Znaczyły się za nimi zależnie od wybranej opcji bądź to rozświetlona słońcem ściana gęstej tropikalnej dżungli z rozciągającą się wzdłuż niej żółtą plażą, żywcem ściągnięta z Tahiti lub z Moorea, bądź to będący wyzwaniem dla miłośników sportów ekstremalnych odpychający i surowy w swym majestacie zalodzony masyw Herkulesa. Aby znaleźć inne jeszcze mamiące oczy ugłaskane świetlne obrazy, należało cierpliwie pogrzebać w katalogu. Mógł ponadto zmieniać kolor ścian, ale meble pozostawały wciąż te same. Korzystając z rzuconego na fotel podręcznego terminala z lektorem jeszcze raz w skupieniu przejrzał listę pasażerów, ale znowu nie dostrzegł niczego zajmującego. Lektor miał głos obojętnie matowy i nie nadawał się na rozmówcę. "Titanic" mógł standardowo pomieścić na swoich pokładach dwustu piętnastu podróżnych, jednakże tym razem zabrał ich tylko osiemdziesięciu dwóch. Po starcie część z lecących zwykle decydowała się na płytką hibernację. Rozejrzał się po salonie. To wyjaśniało, dlaczego za cenę kajuty drugiej klasy leciał w komfortowym apartamencie pierwszej. Zaintrygowała go klasyczna biblioteka, gdyż na nią akurat natrafił w terminalu. Obok niezliczonej ilości e-filmów i e-booków, księgozbiór obejmował kilkadziesiąt tysięcy bardzo starych papierowych pozycji książkowych z różnych dziedzin — począwszy od filozofii, etyki i religii, a skończywszy na naukach przyrodniczych. Musiał sobie jakoś poradzić z nadmiarem wolnego czasu i przyszło mu do głowy, że mógłby wzorem dziadka Brunona podumać nad pismami Arystotelesa ze Stagiry, bądź też zastanowić się nad sensem życia i wreszcie przeczytać Biblię, której nigdy nie trzymał w rękach.

— To jest myśl! — półszepnął. Nie należało pochopnie rezygnować z asystencji uskrzydlonych muz.

Jego dziadek cieszył się opinią znakomitego filozofa, myśliciela nowej generacji, a laury zdobywał w okrzyczanej Akademii Humanistycznej w Nowym Amsterdamie na południu księżyca. W terminalu zachwalano ponadto ogród botaniczny, w którym mieściło się kilka tysięcy prawdziwych okazów ziemskiej flory. Ponoć kwiaty wolno było własnoręcznie zrywać, a pachnące bukieciki i wiązanki zabierać do kajut. Oprócz tego oczekiwało na zwiedzających sporawe oceanarium z różnymi gatunkami morskich stworów, jednak nie dające możliwości płetwonurkowania wśród paradnych podwodnych brzydali. Zapraszało nadto kilka innych naturalnych środowisk, ale z jakich planet, tego nie sprawdzał.

Znudzonym głosem przekazał naściennemu komunikatorowi podstawowe dane o sobie, a potem skorzystał ze zajmującej róg łazienki kabiny do regeneracji, wcześniej odruchowo wodząc palcami po jej dostępnych ustawieniach. Okazało się, że w tę wbudowano kilka arcyciekawych modułów. Między innymi była wyposażona w poszerzony zespół reduktorów nadwagi, co pozwalało wygodnickiemu pasażerowi w ogóle nie martwić się o kalorie. Odświeżony i zrelaksowany z ciekawości zajrzał potem do pokładowego menu, chcąc się zorientować, czym załoga "Titanica" ma zamiar truć skazanych na niekończący się lot podróżnych i gwizdnął z niekłamanym uznaniem. Samopoczucie od razu mu się poprawiło. Rozdmuchany do niemożliwych granic jadłospis obejmował około sześciu tysięcy pozycji. Było w czym wybierać. Prawie wszystkie odpowiadały standardowi "eko", co oznaczało, że bukietem smakowo-zapachowym, nie mówiąc o innych własnościach, nie różniły się od naturalnych potraw. Z niejakim rozbawieniem pomyślał, że pewnie połowę kosmicznego kolosa wypełnia przeogromny skaner kuchenny. Nie powinien był się temu dziwić. Cóż bowiem pozostawało skazanym na bezczynność biednym pasażerom, uwięzionym w mknącej przez zimne pustki Układu Słonecznego pancernej fregacie? Robiło się wszystko, żeby zabić nudę, a jednym ze sposobów na to, by nie wykorkować z nadmiaru czasu, było poświęcanie się niekończącej się wyżerce. Nie brakowało też mocnych trunków, nie mówiąc o setkach gatunków win.



D

źwięczny gong przypomniał o kolacji i oddając się sennej zadumie nad kulisami lotu flegmatycznie pociągnął do sali restauracyjnej. Pasażerowie z kabin o numerach od 201 do 204 dzielili ten sam stolik, więc chcąc nie chcąc musiał przysiąść się do trzech młodych i rosłych wojskowych z Sił Kosmicznych Układu.

— Siemanko! — półgębkiem wykrztusił, siląc się na odrobinę uprzejmości i zajmując wolne krzesło.

Zmieścił się w standardzie. Chłopcy byli jak z obrazka, same asy, włosy ścięte na rekruta. Skinęli głowami w odpowiedzi. Mogło być dużo gorzej i w gruncie rzeczy pokrzepiła go na duchu ta kompania, bowiem po drugiej stronie sali z dziesięć stolików okupowali ponurzy cętkowani Wenusjanie. Nosili piętno rasy, którą zmutowano w tych odległych czasach, w których to ich wstydliwa planeta nie nadawała się jeszcze do kolonizacji, zaś ich ciała pokrywało twarde ciemnobrunatne obrzydlistwo, przypominające skórę węża lub pancerz żółwia. Przed wiekami pierwsi łakomi osadnicy na tym pokrytym gęstymi zasiarczonymi chmurami nieprzystępnym globie decydowali się na ułatwiające przetrwanie genetyczne zmiany. Chodziło o łatwą kasę. Za wrednym gadzim wyglądem poszły jednak gadzie obyczaje i rzadko kiedy się zdarzało, by wenusjańscy odmieńcy byli skłonni szukać wspólnego języka z przedstawicielami gatunku Homo sapiens z innych planet. Mieszane małżeństwa raczej się nie zdarzały. Wyczuwało się ledwo skrywane napięcie i można było się domyślić, że wcześniej czy później dojdzie do konfliktów między czarnuchami a pozostałymi pasażerami. Jak wszakże gdzieś zasłyszał, od kilku dziesięcioleci wdrażano na Wenus pokrywany przez kilka solarnych fundacji program adaptacyjny, w wyniku którego potomni mieli stopniowo tracić specyficzną rzeźbę skóry i związane z nią ubarwienie. To go jednak już nie obchodziło. Sam był białym o klasycznych anglosaskich rysach podobnie jak siedzący obok niego chłopacy.

Nie musiał bawić się w kurtuazję i tłumaczyć powściągliwym wojakom, kim właściwie jest i co robi na pokładzie "Titanica", nie znosił sprzedawania taniej żenującej legendy o sobie, bowiem odziany w ciemnogranatowy mundur z lampasami siwobrody kapitan zaczął właśnie przemawiać — wylewnie witając pasażerów i zachęcając ich, aby rozgościli się na statku jak u siebie w domu, a przy okazji zapraszając do kaplicy na wieczorne nabożeństwo w intencji udanej podróży. Deliberował około czterech minut, a to wystarczyło, by uwiązani przy stoliku nie czuli się już zobowiązani do wzajemnej prezentacji. Zresztą chłopcy wcale się do tego nie rwali, więc w chwili ciszy wybąkał tylko swoje imię. Odwzajemnili się tym samym. Gdy kapitan skończył, a lokujący się na podeście wirtualny kwintet zaczął stroić instrumenty, tematem toczącej się półgębkiem rozmowy stała się wyłącznie zawartość talerzy. Rozparci w krzesłach chłopcy w mundurach optowali za tradycyjną kuchnią amerykańską, więc nie chcąc być snobem i brzydko od nich odstawać zdecydował się ich śladem na krwisty stek, frytki i piwo. A miał przecież straszliwą ochotę na coś wyszukanego i naprawdę wykwintnego z oryginalnej karty francuskiej. Aż mu ciekła na to ślinka. Uwielbiał dostojny rytuał, związany z serwowaniem takich dań. Kogo nie bawiło chaotyczne przebieranie w potrawach i obstawianie w ciemno nic nie mówiących nazw, ten zdawał się na firmowy zestaw dnia. W tej kulinarnej loterii nie było świecących pustką losów. Na deser bez pytania podawano świeże owoce południowe. Palce lizać!

Dopiero gdy ociężale podniósł się od stolika i odwrócił z zamiarem opuszczenia sali, mignęła mu przed oczyma tamta ujmująca madonna. Doświadczenie wielu lat służby wywiadowczej zrobiło swoje i nie drgnął mu żaden muskuł na twarzy. Potrafiłby doskonale zignorować nawet eksplozję nuklearną. Mimo to skoczyła mu adrenalina. Doskonale znał Vanessę Lee. Weszła do restauracji później niż on i ulokowała się za jego plecami ze trzy stoliki dalej, więc nie mógł jej wcześniej dostrzec. W jednej chwili pojął, dlaczego siedzący przy nim młodzi wojskowi mieli rozproszoną uwagę i dyskretnie zezowali przy kolacji w tamtą stronę. Sekundowała jej para zadbanych staruszków.

Gdy mijał nakryty granatowym obrusem stolik, kątem oka zarejestrował dyskretny gest, który uczyniła ta seksbomba. Mimochodem dotknęła lewą dłonią prawego ramienia. W służbowej mimice oznaczało to, że pragnie bez zwłoki nawiązać z nim kontakt. To go uspokoiło. Nie miał nic przeciwko temu, żeby uciąć sobie z nią przyjazną pogawędkę — a najchętniej przy świetle wirtualnego księżyca i przy miłosnych trelach wyciągającego wysokie tony słowika. Tym bardziej, że już w czasie ćwiczeń na Callisto, do których oddelegowano go przed kilkoma miesiącami z ganimedzkiej sekcji, szarpała go ochota na dużo więcej. Tam jednak do ponętnej modelki nie miał raczej dostępu, a natłok zajęć szkoleniowych sprawiał, że cały czas była poza jego zasięgiem. Brakowało wolnych chwil i musiał pożegnać się z nadzieją na kameralne rozmowy i flirty. Wyszedł z restauracji na korytarz.

— Coś takiego? — mruknął z niedowierzaniem. — Jajca straszne. Ona tu? I któż by uwierzył?

Na pewno nie było tej damy na liście pasażerów, a jeżeli już ją tam umieszczono, to pod fałszywym imieniem i nazwiskiem. Podobnie jak Bob, była agentem wywiadu Unii Solarnej. Jakimże jednak cudem znalazła się na pokładzie "Titanica"? I dlaczego szef sekcji nie raczył go poinformować, że będzie mieć w drodze doborowe towarzystwo?

Pozbierał myśli i raptem go olśniło, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Śliczniutka Vanessa była księżniczką z jego bajki. Pojął, że zakochał się na amen w "Titanicu" i począł błogosławić swoich wrednych szefów za to, że go wysłali w tę niechcianą podróż.

Póki co nie mógł do niej podejść i rozkładając ramiona niefrasobliwie zapytać, co słychać na jej rodzinnym Callisto. Obowiązywały ich żelazne reguły gry. Konspiracja to konspiracja. Oficjalnie biorąc był dla Vanessy zupełnie obcym mężczyzną. Musiał więc zadbać o to, aby ich pierwsze spotkanie wyglądało na całkiem przypadkowe, a dopiero potem pozwolić sobie na kilka z pozoru niezobowiązujących pokładowych rozmów. Takie tam bajery. Wiadomo, wścibskie pokładowe kamery były wszędzie porozmieszczane, a postronnym nic podejrzanego nie mogło wpaść w oczy. A zawsze mógł się napatoczyć jakiś nadmiernie dociekliwy typ, gotowy wetknąć nos w nie swoje sprawy. Postanowił odłożyć to podniecające zadanie na następny dzień, zaś pierwszy wieczór w podróży przykładnie poświęcić lekturze.

— Boże ty mój, jak dawno nie miałem w rękach prawdziwej papierowej książki — prawie bezgłośnie wyszeptał przy bibliotekarce, która udostępniała zbiory.

Mulatka z obsługi dobrze się prezentowała w pokładowym ciemnogranatowym mundurze i nawet nie musiał długo na nią czekać. Przytargała się w trzy minuty, więc widocznie lubiła tę pracę. Przez króciutką chwilę męczyło go podejrzenie, że jest tylko chłodnym i bezuczuciowym androidem, ale na szczęście nie miała charakterystycznego tatuażu na szyi. Nie znosił kobiet pozbawionych seksapilu.

— A na co ma pan ochotę, panie?..

— Brown — podpowiedział jej skwapliwie. — Apartament dwieście trzy.

Skinęła głową w geście, który mówił, że nie musi się tak gorliwie przedstawiać. I tak nie wyniósłby przecież pożyczonych książek poza statek kosmiczny. Te papierowe były wyjątkowo cenne.

— Zatem na co? — cierpliwie powtórzyła pytanie.

Chwilę się wahał z zamówieniem, ale w gruncie rzeczy doskonale wiedział, z czym chce wrócić do swojej wygodnej kajuty.

— Na jakieś zbiorowe wydanie dzieł Arystotelesa, zwłaszcza logicznych — rzucił niby to niedbale — oraz na "Isagogę" Porfiriusza...

Zabłysnęły jej oczy i z jej twarzy zmiotło resztki kobiecej niechęci do sterczącego przed nią zadufanego faceta. Zagłębiła się między regały i przydźwigała mu cztery opasłe tomiska. Muzy niby kolorowe motyle wydawały się frygać wokół wybranych woluminów.

— Na Porfiriusza będzie pan musiał jednak zaczekać — jej głos nabrał barwy. — Nie mamy go na półkach. Jest tylko po hiszpańsku. Wyskanuję jeden egzemplarz z matrycy angielskiego wydania sprzed stu sześćdziesięciu lat. Będzie w pięknych jasnobrązowych okładkach ze skóry. I niech pan się nie martwi — zapewniła skwapliwie, poprawiając ręką włosy. — Ktoś go podrzuci panu do kajuty. Najpóźniej za dwa lub trzy kwadranse!