Część piąta
W
zielonym lekarskim kitlu przysiadł na kozetce przy jej wąskim łóżku z plikiem spiętych spinaczem wyników w ręku. Z uwagą je przeglądał. Miał budzącą zaufanie miłą twarz i ujmujący sposób bycia, co liczyło się w tym fachu. A poza tym obnosił się ze swoją słabością do papieru. Nie bawiły go te elektroniczne wyświetlacze, pełne kolorowych cyferek.
— To byłoby na tyle — orzekł, mądrze kiwając głową. — Możemy już cię wypisać — ze znawstwem zawyrokował, zamykając dossier i skupiając uwagę na jej twarzy.
Czekała na te słowa. Nie czuła się chora i chciała się już wyrwać z tej wściekle strzeżonej rządowej kliniki, w której wiele drzwi nie miało klamek. Wkurzały ją mordy ochroniarzy i nużyły przeprowadzane bez końca badania. Traktowano ją tu nieomal jak królika doświadczalnego.
— Dzięki! — szepnęła z ulgą.
Jego brwi powędrowały wysoko.
— Cieszysz się? — domyślił się, że chce się stąd wynieść. — Chyba się tu nie nudziłaś? Spędziłaś z nami nieledwie cztery dni — rzekł ze smętną nutą w głosie. Można było odnieść wrażenie, że najchętniej zatrzymałby ją tu dłużej. — Zrobiliśmy, co się dało. Detraumatyzacja się powiodła i te bolesne wspomnienia udało się zatrzeć. Nie będą ci się dawać we znaki. Z niedoborem mikroelementów też sobie poradziliśmy. Żadnych wirusów, żadnych obcych ciał w organizmie, żadnych lokalnych stanów zapalnych. Z oczami masz wszystko w porządku — westchnął. — Niejakie kłopoty miewają ci, którzy siedzą na tym księżycu kilka miesięcy. — A potem zajął się najważniejszym: — Jedyna rzecz, która nas zaniepokoiła, wiązała się z więziennym identyfikatorem. Wstrzelono ci go za blisko tętnicy — zajrzał jej w oczy. — Ucisk powodował niedotlenienie mózgu. Tym należy tłumaczyć nadmierny wzrost napięcia seksualnego. I te orgazmy prawie na zawołanie...
Zamrugała powiekami. Pomyślała, że gdyby coś takiego usłyszała o sobie, nim wysłano ją na Europę, zarumieniłaby się ze wstydu po same uszy. Teraz nie zrobiło to na niej wrażenia. Spłynęło to po niej jak woda po kaczce.
— Tak? — grzecznie się zdziwiła, nie podejmując tego tematu.
Przeszło jej przez głowę, że facet nie ma pojęcia, przez jakie piekło przeszła. Miał czyściuteńką robotę. Trzymał się medycznych procedur i Bogiem a prawdą nic więcej go nie obchodziło.
Poprawiła mięciutki koc, którym się przykrywała.
— Chcesz wiedzieć, kiedy? — domyślnie zapytał. A kiedy milcząco przytaknęła, dodał: — Możesz pryskać stąd już za godzinę. Zgłoś się do tej rudej na końcu korytarza.
Podniósł się, jeszcze raz obrzucając ją uważnym spojrzeniem i bez słowa wyszedł, myślami umykając gdzieś daleko. Może po prostu zadumał nad innymi pacjentami, których miał na głowie.
Gdy zniknął, leniwie podniosła się z łóżka i poczłapała boso do okna. Nabrała tchu. Świeciło złote słońce, a niebo było jasnoniebieskie. Po przylocie przyłapała się na tym, że musi się nerwowo upewniać, iż ma faktycznie nad sobą cudowny ziemski błękit, a nie wstrętną zgniłą zieleń Europy. Co rusz odruchowo kierowała w górę spłoszone spojrzenia.
W dwie godziny później była już u siebie. Po wejściu do przytulnej kawalerki rozejrzała się za ukochanym żółwiem, ale nigdzie nie mogła znaleźć tego drania. Sałata z dozownika była rozciągnięta po całej kuchni. Wreszcie wydobyła go spod przewróconej do góry dnem pomarańczowej miski na owoce. I to gdzie? W salonie. Omal się nie zakleszczył pod fotelem.
— Jesteś, Stefano! — ucieszyła się, podnosząc przyjaciela z dywanu. Uwielbiała te włoskie imiona. Ucałowała go we wstrętny gadzi pysk. — A teraz musimy odzyskać Grubego!
Wyszła na korytarz, stukając do drzwi sąsiadki. Zdjęła jednego pantofla, zaglądając do środka, bo coś ją uwierało.
Tamta otworzyła. Była szczuplutką blondyneczką o platynowych włosach, niewiele starszą od Giny. Studiowała prawo.
— Hej, wróciłaś z tych wczasów? No, wreszcie!
— Jasne, pogadamy później, dopiero co weszłam, oddaj mi kota!
Puszysty pers znalazł się w jej objęciach. Dostał całuska w swój płaski nos i zaraz się oblizał.
— Jak się spisywał?
— Gruby, znakomicie. Co za grzeczny facet.
— To na razie! — pożegnała sąsiadkę, unosząc zwierzątko i wracając do siebie. — I dzięki za opiekę! — rzuciła jeszcze za siebie, nim tamta zatrzasnęła drzwi.
Zajęła się karmą, potem zajrzała do torby z zakupami.
— Musimy posprzątać — szepnęła do zwierzaczków. — A wieczorem ruszamy w tango — zadecydowała, nie kryjąc podniecenia.
Zabrała się do pichcenia obiadu. Kot otarł się jej o nogę i wskoczył na stół, obwąchując wiktuały, więc postanowiła z nim pogadać. Ujęła w palce dużą pomarańczę.
— To jest Słońce — rozpoczęła wykład. — Dzięki temu, że świeci możemy się cieszyć czystym niebem i jasnym światłem dnia. A gdyby nieszczęściem zgasło... — w jej drugiej dłoni znalazło się raptem zielone jabłko. — Green apple — z nabożnym namysłem wyszeptała.
Odłożyła owoce, usiadła i zamyślona się podparła. Miała je obrać i wrzucić do miksera, ale nie nad tym się zadumała. Od długich miesięcy chodził jej po głowie ekscytujący lokal przy Szóstej Alei, do którego nigdy nie odważyła się zajrzeć, mimo że wiele razy z duszą na ramieniu przemykała się obok wejścia. Miały tam metę całkiem do rzeczy młode babki, które szukały faceta na jedną noc. Pomyślała, że tego wieczora tam wdepnie i wbrew wcześniejszym oporom z wdziękiem ulokuje się przy barze, z miną gwiazdy zamawiając drinka. Najpierw jednak musiała ze swą potarganą fryzurką wyskoczyć do fryzjera. I postarać się o przyzwoity makijaż.
F
iglarnie migocące światełka nad barem układały się w zupełnie nonsensowny napis. Literki latały, zmieniając kolejność i tylko momentami mogła się dowiedzieć, co zestawione razem znaczą. Była w "Zielonym Jabłuszku". Sądziła, że w lokalu z taką renomą barmanem będzie wściekle przystojny macho, gotowy na wybiegu obnażyć się na żądanie i pochwalić się herkulesową muskulaturą. Marzyła o tym, by taki ją obsłużył. Pomyliła się, drinka podała jej kobieta w średnim wieku — daleka od tego, by odciągać uwagę przychodzących tu fagasów od wygłodniałych klientek.
— Postawić ci, mała?
Przystojniak miał góra trzydziestkę, ciemne lekko kręcące się włosy i twarz, zdradzającą niejaką inteligencję, ale wystartował do niej za wcześnie, więc warknęła na niego, nie kryjąc irytacji:
— Spadaj na drzewo, palancie!
Ledwo co weszła, sadowiąc się przy barze, więc nachalnie przywalając się do niej nieco zbił ją z tropu. Zamierzała najpierw dyskretnie się porozglądać i otrzaskać z tym podniecającym zakątkiem Nowego Jorku. Czuła się ociupinkę zahukana. Przycupnęła z boku, widząc przed sobą salę. Porównała się w myślach z kilkoma wysiadującymi w pojedynkę babkami, dochodząc do niepokojącego wniosku, że wypada przy nich trochę jak kopciuszek. A może tylko jej się tak lękliwie wydawało? Paskudne kompleksy! Tamte były całkiem do rzeczy, z niezłą klasą, jednak przy tym straszliwie samotne i przez to jakby niczyje. Wypisz, wymaluj, miały to na twarzach. Odniosła wrażenie, że są przy niezłym szmalu, ale brakuje im w życiu pasjonujących zajęć, pozwalających zapomnieć o duchowym osieroceniu.
Casanova utknął ze cztery barowe stołki dalej i dopiero gdy go sobie dokładniej obejrzała, uderzyło ją coś szczególnego. Miał na sobie błyszczącą, znakowaną skórą węża kurteczkę, obficie zdobioną złotymi cekinami. Niesamowite! Dostrzegła liczne drobne kuleczki. Chyba to sprawiło, że gdy się do niej obrócił, nieoczekiwanie uśmiechnęła się do niego.
W lot pojął jej intencje. Bez wahania przysiadł się z powrotem, zapominając o jej wcześniejszym braku taktu.
— Tedy — krótko się przedstawił.
— Gina — odpowiedziała. — To prawdziwe złoto? — zapytała, ślizgając się palcem po jego ozdobach.
— To? — zdziwił się, że zwraca uwagę na takie bzdety. — Nie, aż tyle nie kosztowała. Pewnie pozłacane. — A potem dodał: — Masz ochotę się zabawić? Możemy zatańczyć.
Zgodziła się i wyszła na parkiet, ginąc w jego objęciach. Pozwoliła jego łapom zsunąć się w tańcu na jej biodra i pośladki. Nie czekając na zachętę zaczął ją całować. Nie broniła się i szybciutko zabrał ją z knajpy, łapiąc powietrzną taksówkę i unosząc ją do swego mieszkanka, mieszczącego się kilka przecznic dalej. W taksówce zdążył jej wsunąć rękę do dessous. Apartament miał taki jak ona, kuchnia, łazienka, sypialnia i salon. Zgrabnie uwinęli się z tym, co zaczęli na parkiecie. Było już dosyć późno i zdecydowała, że zostanie u niego do rana. Tym bardziej, że miał pełną lodówkę i barek, radził sobie w kuchni, a za seks zrewanżował się szybko upichconą kolacją.
Ocknęła się w środku nocy i raptem się poderwała, z trudem łapiąc oddech. Powieki kurczowo zacisnęła, by nie umknęły jej resztki snu. Z zamkniętymi oczyma rozkoszowała się uwięzionym, lekko rozmazanym obrazem. Tamten irytujący drań padł jak ścięty na pokrytą dywanem kwiatów łąkę. Mała panienka z długim warkoczem tak mu sprytnie dokopała, że momentalnie zwinął się z bólu. Nie plątały jej już sceniczne sznurki, a w rękach trzymała cudownie odzyskaną kolorową piłkę. Miała ją przy sobie, czule obejmowała ją dłońmi i mogła się nią cieszyć. Uchyliła wreszcie powiek i po ciemku rozejrzała się po sypialni. Casanova cichutko chrapał w salonie. Łkała, ale płacz ją oczyszczał, a po jej policzkach spływały łzy szczęścia. Pokonała senną zmorę i wyrwała się spod jej koszmarnego wpływu, na co latami czekała. Była znowu wolna.
Kiedy Tedy rankiem się obudził, łatwej panienki już nie było w jego mieszkanku, bowiem cichaczem wymknęła się o świcie. Ziewając poczłapał do łazienki, by ze zdumieniem odkryć z rozmachem wymalowany szminką na lustrze po francusku napis: "Przyzwyczajenie jest druga naturą".
Zrobił swoje i zawrócił do salonu, z uwagą lustrując ślady miłosnego pobojowiska. Zostawiła mu swoje czerwone majteczki. Zebrał swoje ciuchy, zatrzymując się z rozpaczą przy wierzchnim odzieniu.
— Co za suka? — jęknął z żalem w obliczu rzadkiego przejawu wandalizmu. — Dlaczego ta podła dziwka mi to zrobiła? Muszę mieć szczęście do takich wariatek? Debilowata idiotka!
Gina zniszczyła mu nowiuteńką kurteczkę. Uszkodziła zdobienie, brzydko odrywając cztery pozłacane kuleczki. Te ani chybi uniosła ze sobą.
Z
nalazł ją w Central Parku, z zadumaną twarzą pochyloną nad świeżymi truskawkami z kremem waniliowym. Grzebała w nich łyżeczką i medytowała w samotności nad czymś bliżej niejasnym i nieokreślonym. Na jego widok jej brwi powędrowały wysoko. Nie miała pojęcia, jakim cudem olbrzym na nią wpadł, ale w gruncie rzeczy nie miała powodu, żeby się specjalnie dziwić. Był przecież doświadczonym agentem, umiał myszkować i nie brakowało mu sposobów, żeby w okamgnieniu dotrzeć do osoby, która akurat była mu do czegoś potrzebna.
— Hej! — pogodnie zawołał i mimo swej wagi lekko wskoczył na podest pływającej kawiarenki.
— Cześć — powitała go, ale bez specjalnego entuzjazmu. — Widzieliśmy się już dzisiaj — przypomniała mu trochę niegrzecznie.
— To fakt — przytaknął, umykając myślami do porannego spotkania u szefa. Nie przejmując się jej skwaszoną miną, spokojnie przysiadł się do stolika.
Wezwano wszystkich, którzy siedzieli w więzieniu na Europie, czyli Toma, Boba, Ginę i Arystydesa. Agenci zebrali należne gratulacje, usłyszeli jak zwykle w takich przypadkach kilka słów krytycznych, a co najważniejsze — dano im zaległe urlopy. Gina pierwsza się wymknęła, nie chcąc wdawać się w ziejące nudą służbowe pogawędki o niczym.
— Masz coś ważnego? — zapytała. — Bo jeśli nie, to zmykaj! — zgryźliwie skomentowała jego najście, nie siląc się na kurtuazję. — Chcę być sama.
Pochyliła się nad czarą z kremem i wyłowiła łyżeczką kolejną truskawkę. Ta natychmiast trafiła do ust. Takie same zamówiła na Europie w kawiarence na dachu gmachu, w którym pracował Arab, kumpel Kurta. No, ale Tom nie mógł o tym wiedzieć. Czy był w stanie pojąć, co jej teraz w duszy grało? I co go to obchodziło?
— Mam coś ważnego — odpowiedział, nie przejmując się jej humorami. Chyba się już na nie uodpornił.
Otworzył szeroką dłoń, pokazując maleńki odtwarzacz z ekranem o wysokiej rozdzielczości.
— Co to za szajs?
— Cudem zdobyte nagranie. Powinnaś je obejrzeć — orzekł z dużą pewnością siebie. A widząc złe błyski w jej oczach, szybko dorzucił: — Tylko cztery minuty.
— Oki — ciężko westchnęła, odsuwając czarę. — Ale jeśli przytargałeś się z pierdołami, to pamiętaj... — ostrzegła go, grożąc mu łyżeczką. — Skrócę cię o głowę.
Bezczelnie się uśmiechnął i rozłożył się łokciami na stoliku.
— Dla mnie kawę z cukrem i śmietanką! — bezceremonialnie ryknął do kelnerki.
Przyniósł specjalny firmowy odtwarzacz, po jednym przejrzeniu dokładnie kasujący nagranie, więc musiała się skupić. Włączyła go i ujrzała na ekranie swojego łysawego szefa. Jego rozmówcy nie znała.
— Jest jeszcze taka możliwość, że tego drugiego inicjatora nie odnajdą. Choć raczej to mało prawdopodobne — jej przełożony snuł niejasne domysły. Mówił przyciszonym głosem, a na jego wysokim czole rysowały się zmarszczki. — Liczę się z najbardziej pesymistycznym scenariuszem, dlatego po cichu sprzedaję wszystko, co mam na Ziemi. Rancza się już pozbyłem, podobnie akcji tutejszych spółek. Natomiast inwestuję na Marsie. I ty powinieneś zrobić to samo, dobrze ci radzę.
Tamten jeszcze się wahał.
— Twoje sugestie były zawsze cenne i chętnie z nich korzystałem — ostrożnie skwitował. — To jednak wygląda cokolwiek podejrzanie. Nie wpadasz w paranoję? Szkoda mi tego pałacyku na Florydzie. Orientujesz się, jakie tam mam zbiory.
Szef odchrząknął w zwiniętą pięść. Zamyślił się na moment.
— Trudno — bąknął. — Opowiem ci, jak jest, z detalami, ale musisz to zatrzymać dla siebie. Pamiętaj, morda w kubeł.
— W porządku. Wiesz, że cię nie wkopię.
Znowu chwilę trwało milczenie. Siedzieli blisko siebie, oddzielał ich tylko cienki blat biurka, a kamera była ani chybi ukryta w ścianie. Gina uzmysłowiła sobie, że pewnie w ramie obrazu.
— No więc z Adamsonem jest coś nie tak — zaczął. — Pochrzaniło mu się pod dachem. Ma przed sobą co najwyżej rok życia, nie pociągnie dłużej, a chce skurwiel odejść z wielką pompą. Zawsze miał wygórowane ambicje. Oglądałem symulację z tymi dwiema bombami grawitacyjnymi. Tę, do której zapalnik agenci ściągnęli właśnie z księżyców Jowisza, chce wykorzystać do wywołania potężnego tsunami na Atlantyku. Fala może osiągnąć blisko kilometr wysokości, więc gdyby taka uderzyła na Wschodnie Wybrzeże, niewiele by z niego zostało.
— Pieprzenie w bambus... — trwożnie szepnął tamten. — Tylko wariat mógłby coś takiego wykombinować.
— Ha, ale to jeszcze nie wszystko. Dużo gorsza jest ta druga. Adamson liczy, że agenci odzyskają i do niej inicjator, jak ci już wspomniałem. Podobno ukrywają go gdzieś w okolicach Merkurego...
— A co chce z nią zrobić? — jego interlokutora raptem to zainteresowało.
— To sprawa promienia. Wiesz dobrze, do czego dawniej służyły takie miny. Do rozbijania planetoid. Przy niewielkim promieniu eksplozji potężny asteroid rozpadał się, jednak jego fragmenty nie uciekały w kosmos. Pozostawały na miejscu i można je było wyłapać. Jednak przy ustawieniu kierunkowym i odpowiednio dużym promieniu, dawało się wysłać ten cały gruz w ściśle określonym kierunku.
— Dobra, streszczaj się! Mało mnie obchodzą roboty w kosmosie.
— No więc, ta większa w tej symulacji wywalała w przestrzeń kosmiczną kilka południowych stanów. Zostaje potężna wyrwa w skorupie ziemskiej. Drugi akt apokalipsy! Trzeciego już nie obejrzałem, bo Adamson wyłączył to szkaradztwo. Widział moją przerażoną minę, więc usiłował mi wcisnąć, że chodzi tylko o niegroźną zabawę. Teoretyzowanie na temat, co by było, gdyby... Jednak jego szaleństwo wyczuwa się na odległość.
— Masz jakieś inne dowody? — tamten rozwalił się w fotelu i wpatrzył się w sufit.
— Kiedyś byłem na jego ranczu, ale to dobre dwa lata temu, i zajrzałem do jego prywatnej biblioteki. Nie uwierzysz. Facet miał obsesję na punkcie wielkich pogrzebów starożytności. Przeleciałem po tytułach, a potem z ciekawości w Nowym Jorku sprawdziłem, w czym rzecz. Wiesz, jak wtedy umierał ktoś znaczny, wraz z nim grzebano co się tylko dało — jego nałożnice, sługi, niewolników, konie, woły i owce. Nie musisz sięgać do specjalistycznych książek, wystarczy, że zobaczysz, jak chowano Patroklosa w "Iliadzie" Homera. A to małe piwo w porównaniu z tym, co wyczyniali niektórzy pojebani władcy wschodni.
— Sądzisz, że Adamson chce, żeby wraz z nim odeszła cała Ziemia?
— Dokładnie. I myślę, że ci, co rąbnęli te inicjatory, wcześniej niż ja na to wpadli.
— Dlaczego tak przypuszczasz?
— To bomby o ogromnej sile. Gdyby mieli zamiar ich użyć, ukradliby je razem z zapalnikami. A tego nie zrobili. Chcieli tylko, żeby inicjatory były od nich jak najdalej.
— Do diabła — mruknął tamten z żalem. — Masz rację. To mnie przekonuje.
Tom wyłączył urządzenie i wyjął niepotrzebny już odbiornik z rąk Giny. Miła kelnerka w figlarnym fartuszku właśnie zbliżała się z tacą.
— Dziękuję! — powiedział, darząc ją promiennym uśmiechem. — W którą stronę teraz popłyniemy?
Z niepewną miną obejrzała się za siebie.
— Chyba w stronę Anioła Wód.
Zabrał się do kawy, sypiąc cukier i dając czas Ginie na rozwikłanie tego węzła gordyjskiego. Dziewczyna umknęła spojrzeniem gdzieś daleko. Przypomniała sobie, co zawołał Szkot, kiedy odkrył, że jest agentką. "Nie wiesz, głupia, co narobiłaś!" — brzmiało jej w uszach. — "Nie wiesz, głupia..."
Świeciło jasne słońce, a niebo było cudownie błękitne. Nieopodal swawoliły na zielonej murawie rozkoszne dzieciaki, przyprowadzone tu pewnie z jakiegoś przedszkola. Wyobraziła sobie, co zostanie z Manhattanu po tsunami.
— Do diaska — rzekła z rzadką u siebie determinacją w głosie po chwili wewnętrznych zmagań. Stuknęła łyżeczką o brzeg prawie już pustej czary. — Postawiliśmy na niewłaściwego konia — złowróżbnie zawyrokowała. — Kurt był w porządku.
Tom odetchnął z niejaką ulgą. A potem rzucił z dziwnym błyskiem w oku:
— Ciekawe, czy zdobędziesz się na to, żeby to odkręcić?
Znowu uciekła gdzieś myślami, a wreszcie podniosła niewidzący wzrok na agenta.
— Co? — badawczo zapytała. — Aha, odkręcić — uzmysłowiła sobie. Skrzywiła się. — Tego nie da się już naprawić — wyjawiła ze smutkiem. — Co za cwaniaki — syknęła ze wzgardą. — Wykorzystali nas, a potem... — impulsywnie rzuciła i raptem ugryzła się w język. Po chwili milczenia odsunęła czarę. — Muszę już iść — zadecydowała.
— Nie chcesz o tym pogadać? — zdziwił się, a na jego szczerej twarzy pojawił się cień zawodu. — Gino, to nie w twoim stylu! — usiłował się nie poddawać.
Podniosła się i instynktownie rozejrzała dokoła.
— Nie dzisiaj. A na pewno nie tutaj — leniwie odparła, nie pozbawiając go nadziei.
M e n u
- Część pierwsza
- To miejsce wywoływało nie najlepsze wrażenie. Niepewny wzrok Toma...
- Część druga
- Głębinowa koparka wyrzucała piasek i kamienie. Więźniowie wybierali skalne ułomki...
- Część trzecia
- Wyrwana raptem z głębokiego snu, nerwowo uniosła się na łokciu.
- Część czwarta
- Kończyły segregować koce, składały je osobno dla więźniów, osobno dla strażników.
- Część piąta
- W zielonym lekarskim kitlu przysiadł na kozetce przy jej wąskim łóżku z plikiem spiętych spinaczem wyników w ręku.
Przyloty na Ziemię
Tom mikropowieści SF
• Afrodyta
• Banita
• Ekscytoza
• Genesis
• Przerwany lot
• Syreny z Cat Island