Część trzecia
W
yrwana raptem z głębokiego snu, nerwowo uniosła się na łokciu. Machinalnie podciągnęła koc, który zsunął się na posadzkę. Z przerażeniem wsłuchała się w ciemność. Mrożący krew w żyłach świdrujący skowyt chwilami słabł, ale nie ustawał. Katorżnik darł się tak przeraźliwie, że obudziłby nawet zmarłego. Wydawało się, że ktoś go żywcem odziera ze skóry.
— Matko moja — jęknęła, łapiąc się za skronie. — Na litość boską, przestań, palancie! — To nie był koncert dla jej wrażliwych uszu.
Dobiegły ją soczyste przekleństwa z sąsiednich cel. Inni więźniowie też mieli go już dość. Chcieli się wyspać. Rano musieli iść do pracy.
Histeryczne ataki chuderlawego Samuela powtarzały się co kilka dni. Podobno próbował już dwa razy uciekać i wstrzelono mu identyfikator z ładunkiem wybuchowym. Kiedy szalał, wyjąc jak pies do księżyca, wściekli strażnicy wywlekali go z celi i zamykali w karcerze. I tej nocy na to się zanosiło, bo ktoś włączył słabiutkie oświetlenie. Cichutko podniosła się i boso podeszła do krat. Posłyszała tupot ciężkich butów. Pojawiło się kilka złowrogich cieni. Samuel nagle się uspokoił. Po minucie znowu zaczął wyć, wszakże już ciszej i z większej odległości. Wyprowadzali go z bloku C.
Wyciągnęła się na pryczy i wpatrzyła się w ciemność.
— Klaustrofobia — szepnęła.
Wróciła myślami do niepokojącego snu, który męczył ją nim się przebudziła. Nachodził ją od czasu do czasu, ten sam od wielu lat, zwłaszcza wtedy, kiedy czuła się zagubiona i bezsilna. Rozbawiona dziewczyneczka na oświetlonej słońcem łące odbijała kolorową piłkę. Potem dorosły intruz o zamazanej twarzy z ironicznym śmiechem jej ją odbierał. Wyciągała bezradnie ręce, ale piłka była za wysoko, by mogła jej dosięgnąć. Cofał się i trzymał ją nad głową. Czuła się wtedy jak martwa kukiełka, zaplątana w sceniczne sznurki i nie wiedząca, w jakim przedstawieniu ma grać. Z jej oczu płynęły łzy.
Dumała teraz nad tamtym strachem małej panienki z długim warkoczem. "Nie odwracaj się, nie łap chwil, które już odeszły, przepłynęły jak piasek między palcami!" — zdawał się ją instruować jakiś cichutki głosik, protestujący przeciw tego rodzaju wspomnieniom. "Po prostu zapomnij o wszystkim!" Przyłapała się na tym, że nie stosuje się do instrukcji, które otrzymała przed odlotem. Zagryzła do bólu wargi i siłą woli odfajkowała przeszłość. Tu ona się nie liczyła i nie miała prawa wstępu. Przemogła się i skupiła uwagę na czekającym ją zadaniu.
Nie chodziło o kolorową piłkę. Inicjator D3B był mocno spłaszczonym walcem o długości około osiemdziesięciu centymetrów i specyficznych występach, w tym wystających z obu stron wzdłuż osi iglicach. Tylko jak go dosięgnąć? Jego charakterystyczne kształty miała dobrze wryte w pamięć. Szukała igły w stogu siana, jednak solennie ją zapewniono, że na niego trafi. Właśnie tu, w tym fatalnym więzieniu na Europie. Jeszcze raz przeanalizowała możliwe trasy kontrabandy. Kto skumał się z terrorystami i uczestniczył w szmuglu, a kto nie? Czy to był gruby więzienny handlarz, mający wszędzie swoje ciche dojścia? A może naczelnik i ten Arab z osiedla? Ewentualnie zafajdana szajka, złożona z dozorców?
Łudziła się, że jeśli upora się z tym zadaniem, tamten koszmar minie bezpowrotnie. Opuści ją raz na zawsze. Odbierze we śnie piłkę złośliwemu draniowi. Musiałoby jednak sprzyjać jej niewiarygodne szczęście, a tego — niestety — jej brakowało. Tak przynajmniej sądziła.
Z
niezwykłym wdziękiem odegrał fragment Sonaty f-moll Ludwiga van Beethovena. Uwielbiał tego kompozytora. Oczy miał półprzymknięte, myślami umknął gdzieś daleko, pewnie na Czerwoną Planetę, gdzie się urodził. Stonowane światło wydobywało z półmroku stolik, nakryty śnieżnobiałym obrusem. Płonęły świece. Zastawie z najlepszej porcelany nie można było niczego zarzucić. Kieliszki do szampana, do wody, do wina czerwonego i białego stały tam, gdzie powinny. Sztućce wyglądały jak z rodowego srebra. W długiej wieczorowej sukni z lejącego się materiału stanowiła prawdziwą ozdobę tego zakątka. Była kwiatem na pustyni i prezentowała się o całe niebo lepiej niż tamta martwa kukła z szafy. Gdybyż to była prawdziwa paryska restauracja! Brakowało błyszczącego baru, kryształowych luster i pięknych boazerii. Miała również przymknięte oczy. Słuchała. Gdy skończył i ukłonił się przed wydumaną widownią, podniosła się i nie ściągając delikatnych koronkowych rękawiczek nagrodziła go bezgłośnymi oklaskami.
Usiadł w skrojonym na miarę i jak spod igły czarnym surducie przy stoliku. Dlaczego nie miał zabójczego wąsika? Umoczyli wargi w szampanie. Cicho zbliżył się ponury strażnik wbity w nieco przyciasny uniform kelnera i usłużnie podsunął oprawione w cienką skórę menu. Z gracją je otwarła. Pojęła już, co Kurt pierwszego wieczora miał na myśli, chrypiąc, iż spodziewa się po niej, że okaże się przekonująca. Czekała ją rola wyniosłej damy z wyższych sfer. A raczej ekskluzywnej kurewki, cieszącej się wykwintnymi manierami. Nie było ważne, jak taka niby-przyjaciółka wypadnie z rozłożonymi nogami, zademonstruje chłód czy namiętność, spokój aż do końca czy szalony orgazm od pierwszego muśnięcia warg, liczyły się natomiast elegancja, szyk i styl. Faceci przy kosmicznym szmalu cenili zrobione na bóstwo laski, bo pozwalały im zabłysnąć w towarzystwie. Seks tak bardzo się nie liczył. Szczytem sukcesu było dorwać modelkę, która nadawała się ponadto na powiernicę mrocznych męskich sekretów. Zatem umiejącą słuchać i okazywać współczucie. Jednak o takie było trudniej. Z olśniewającą urodą chadzało często w parze staranne wychowanie. Delikatność i wrażliwość — o wiele rzadziej.
— Na co się decydujemy? — z kurtuazją zapytał Szkot.
— Na przystawkę proponuję pasztet z wątróbek kurzych i ten aperitif — jechała palcem po menu, niby to się wahając. — Białe wino z odrobiną likieru z czarnych porzeczek. Następnie zupę cebulową i udziec jagnięcy z ziemniakami. Do tego czerwone bordeaux. Na deser rumowe babeczki i kawa — niespiesznie cedziła, doskonale widząc, że strażnik może podać tylko te potrawy, które wyliczyła, bo tylko takie ściągnął w podgrzewanym pojemniku z osiedla dla cywilów. Wybieranie z karty było tylko pustym ceremoniałem, rodzajem gry. Gdyby usiłowała zamówić coś innego, na przykład — jagnię po pirenejsku z kapustą i musem z homara z papryką, zepsułaby naczelnikowi zabawę.
— Dobrze — O'Shea zwrócił się do kelnera. — Dla mnie to samo!
Przez chwilę myślała, że parsknie śmiechem, ale się opanowała. Nie drgnął jej żaden mięsień twarzy.
Skinęła głową, tamten odwrócił się i cicho odszedł. W chwilę później przytoczył stolik barowy z potrawami.
Szkot dużo pił. Rozmawiali jakiś czas o sprawach banalnych, przerzucając się z tematu na temat. Gdy miał już lekko w czubie, przeszli do jego sypialni. Nie uległ ochocie na tańce, mimo że strażnik puszczał nastrojowe melodie. Chciał się urżnąć. W barku chował baterię butelek i wyciągnął brandy.
Nie rwał się do niej i nie kazał jej się rozbierać. Był w takim nastroju, że musiał się przed kimś wywnętrzyć. Przysiadła na łóżku, trzymając w ręku szklanicę.
— Na pewno dziwi cię, że wrażliwy muzyk znalazł się na takim zadupiu — zaczął, wyciągając się obok niej i podsuwając sobie poduszkę. — Robisz wielkie oczy i pytasz siebie w duchu: Co tu robi taki wirtuoz? I dlaczego jest naczelnikiem pierdla dla czubków z całego systemu solarnego? Sądzę, że ci się to nie mieści w głowie — wychrypiał.
— To prawda — ostrożnie odrzekła. — Los bywa często niesprawiedliwy...
Ironicznie się roześmiał. Potem wychylił wszystko, co miał.
— Niesprawiedliwy, ładnie powiedziane... — uniósł się, sięgając po butelkę. — Ze mną było tak... — pociągnął ten wątek, dolewając sobie brandy. — Wyobraź sobie, że popieprzyli coś w klinice w Memphis przy zapłodnieniu. Ci pyszałkowaci technicy medyczni! Wyszło to dopiero wtedy na jaw, kiedy miałem cztery lata. Zmasakrowałem twarz chłopakowi w przedszkolu. I spuściłem niezłe lanie kilku dziewczynkom. Zabierali mi zabawki. Dorośli przerazili się, zdecydowali się na dokładne badania i okazało się... — jego głos się na chwilę załamał. — Defekt Jeffersona — zdradził Ginie, ciężko oddychając. — Rzadkie uszkodzenie genetyczne — dorzucił, widząc po jej zdziwionej twarzy, że nie rozumie. Zrezygnowany wychylił szklanicę. — Moi starzy zaskarżyli klinikę — ciągnął — i wydębili krociowe odszkodowanie. Usiłowali mi to zrekompensować, ładując zdobyty szmal w wykształcenie. I tuszując incydenty, których im nie szczędziłem. Lata leciały, dość dobrze mi szło, rysowała się przede mną świetlana przyszłość i pewnie by mi się powiodło, gdyby nie ten nieszczęsny konkurs szopenowski. Wiesz, te głośne imprezy na południu Marsa, wzorem ziemskim celebrowane co cztery lata. Miałem szansę dojść do finału. Wkurzył mnie jednak zadufany Japończyk. Wydawało mu się, że jest ode mnie lepszy. Dopadłem go i połamałem mu palce... U obu rąk — dodał, widząc przerażenie w oczach Giny.
— Połamałeś... palce... pianiście? — nie mogła ukryć tego, że że to ją zaszokowało. Wstrząsnął nią do głębi.
Cynicznie przytaknął. Podsunął jej fistaszki.
— A, widzisz, ruszyło cię, nareszcie, jestem potworem — pociągnął znowu ze szklanicy. W butelce znaczyło się już dno. — Wrzawa była straszna. Nie dało się zatuszować popisowego wyskoku młodego Kurta — wyjawił z nutą goryczy w głosie. — Od tamtej pory męczy mnie pech. Wyjątkowa podłość. To już dziesięć lat. Wystawiono mi wilczy bilet i wszędzie się mnie pozbywano. Znajomi mnie unikali. Próbowałem swoich sił poza Marsem. Na Ziemi, na Księżycu, potem na stacjach orbitalnych. Wreszcie wylądowałem w Układzie Jowisza. I cały czas zsuwałem się coraz niżej. Aż trafiłem tutaj, czyli na samo dno.
— Współczuję ci — szepnęła. — Nie można tego wyleczyć?
— Nie — zaprzeczył. — Przy tym cholernym defekcie zmiana płci to małe piwo.
— Nie wiedziałam — odrzekła skruszona.
— Nie musisz się nade mną użalać, mała — wymamrotał, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w pustą butelkę. — Sama nie jesteś lepsza — łypnął na nią okiem, nagle się ożywiając. — Znam się na ludziach — buńczucznie się chełpił — więc od razu odkryłem w tobie bratnią duszę. Co tu dużo mówić, jesteś przeżarta złem, tyle tylko, że o tym nie wiesz. Nie chcesz wiedzieć, przeto do ciebie to nie dociera. Rękami i nogami bronisz się przed prawdą...
Zadrżała. Poczuła, że przeszywa ją chłód. Przypomniała sobie książkę, wertowaną w czasach college'u. Uznany behawiorysta pisał: "Może być ktoś zepsuty do szpiku kości, jednak jeśli wychowa się go w przekonaniu, że jest dobry, będzie postępować szlachetnie". Potem przyszła jej na myśl skarga Szawła z Tarsu, uczącego w "Liście do Rzymian" o dwoistości ludzkiej natury: "Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo mi przychodzi chcieć tego, co dobre, ale wykonać — nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę."
— Antonio! — zadarł się naczelnik, niecierpliwie przywołując strażnika.
Ten przyczłapał, z zażenowaniem spuszczając wzrok i starając się nie patrzeć na Ginę. Odetchnął z niejaką ulgą, bo dziewczyna szefa jeszcze nie zdążyła zrzucić z siebie tego, co miała na sobie. Bluzka się rozpięła, ale delikatny jak mgła koronkowy biustonosz nadal okrywał kształtne piersi.
— Słucham? — ulegle zapytał. Pozbył się już przyciasnego uniformu, w którym usługiwał do kolacji.
— Mamy jeszcze brandy? — w ręce Szkota tańczyła pijana pusta flaszka.
Strażnik pogrzebał w barku z doświadczeniem starego kamerdynera, nieomylnie natrafiając na pękaty skarb.
— To ostatnia — zapobiegliwie go ostrzegł.
— Napij się! — Kurt nagle stał się bardzo wylewny. Napełnił szklanicę Giny, gdy famulus wyszedł. O dziwo, nie uronił ani kropli. — Pij! Tyle nam zostało...
— Byłeś żonaty? — zapytała, chcąc podtrzymać rozmowę. Zamoczyła wargi w brandy.
— Byłem — potwierdził, myślami uciekając gdzieś daleko. Dotknęła jego czułej struny. — Kiedy mnie tu przenieśli, dała się namówić i przyleciała się rozejrzeć. Ale to miejsce wywoływało w niej obrzydzenie. Któregoś dnia zabrała się stąd, zostawiając manele i bezzwłocznie wystąpiła o rozwód.
— Ach, tak?
— Dostała go w okamgnieniu — wygęgał.
— A czy jestem do niej... — domyślała się nieśmiało. Określenie "podobna" nie chciało jej przejść przez usta.
— A tak. I to bardzo.
— Serio? — zrobiła naprawdę wielkie oczy. Zaskoczył ją tym wyznaniem. Odstawiła szklanicę.
— Jednak pod pewnym względem nad nią górujesz — plątały mu się już słowa. — Rita... nie umiała grać... na żadnym instrumencie. Na żadnym, wyobrażasz sobie?
Nieporadnie usiłował się podnieść. Zatoczył się i musiała go podtrzymać.
— Do diabła, nic już dzisiaj ze mnie nie będzie — wybełkotał ze osłupieniem, gdy odzyskał wątłą równowagę. Pomogła mu się ułożyć z powrotem na łóżku. Nie bronił się. Poprawiła poduszkę. — Idź już! — polecił jej po chwili, wykonując wymowny ruch ręką. Ciężko oddychał. Przycisnął do piersi butelkę i zrezygnowany przymknął oczy. — I zgaś światło — stęknął.
— Dobranoc — powiedziała, dotykając kontaktu. — Dziękuję za kolację!
— Idź, idź! — wycharczał. — Wirtuoz musi wypocząć. Ech, nie przejmuj się mną, mała, wyrwę się stąd, i to wkrótce — dalej gadał. Marudził, nie przejmując się, czy Gina go jeszcze słyszy, czy nie. — Góra do Mahometa, też coś?.. I nie obawiaj się, ciebie też wyciągnę z tej nory... — ciągnął rozwlekle. — Kurt zrobi dla ciebie znacznie więcej niż przypuszczasz.... — dobiegło ją, gdy po ciemku przymykała drzwi. — Odbije się od dna. Przekonasz się. I to wkrótce!.. Wszyscy się przekonają...
Nie słyszała, co dalej mu się plotło. Poszła przebrać się w więzienne ciuchy.
O
cknął się, kiedy kapo konwojował Ginę. Usłyszał stukot nóg, a potem szczęk stalowych krat przy celi. Bob spał i cicho posapywał przez sen. Krata szczęknęła po raz drugi, a kroki powoli się oddaliły. Odetchnął z niejaką ulgą. Póki co, nie działo się nic, co budziłoby niepokój. Przeszło mu przez myśl, że popieprzeni dozorcy mogliby się nocą tak nie popisywać. Te cholerne podkute buty! Ci, którzy tu dłużej siedzieli, mieli wyczulony słuch i potrafili rozpoznać po chodzie każdego strażnika, nawet jeśli by się skradał, on — nie. Założył ręce pod głowę i niewidzącym spojrzeniem wpatrzył się w chropowaty sufit.
— Jutro szósty dzień... — miauknął bezdźwięcznie. Mimowolnie zadumał się nad szczegółami misji, w której brał udział z Giną i ze swym partnerem, grającym rolę brata. Na Ziemi przewidywano, że najpóźniej w dwa tygodnie uporają się z tajną operacją. Nie groził im zatem dłuższy pobyt w tym pierdlu.
Pobiegł myślami ku lasce z siedemnastki. Niepokoił się z jej powodu, bo nie był pewny tego, czy wytrzyma konfrontację z więzienną rzeczywistością. Niby szło jej gładko, ale... Znalazła się w dużo gorszej sytuacji niż oni, bo starannie przed nią ukryto, że poleci z obstawą. Nie wiedziała, że są świetnie przygotowanymi agentami, cieszącymi się dużym stażem w firmie. Inaczej nie byłaby stuprocentowo autentyczna. Bez trudu wykoncypował, dlaczego wytypowano ją do tej kolczastej misji. Była stosunkowo świeżym nabytkiem. Mało jeszcze doświadczona i dopiero co przeszkolona w zakresie działań operacyjnych, mogła łatwo ulec panice. W sytuacjach podbramkowych stawała się kłębkiem nerwów. Zresztą ciągle się czegoś bała.
— Współczynnik histerii z górnych dopuszczalnych rejestrów — bezgłośnie wyszeptały jego wargi.
A jednak tu ją wysłano, gwarantując, że zgodnie z symulacją akcja ma dziewięćdziesiąt pięć procent powodzenia. Słabe punkty okazywały się niekiedy niezastąpionymi atutami. Wprowadzały w błąd przeciwnika i stanowiły przekonujący parawan.
— Sztuka kamuflażu — wystękał. — Wiecznie przerażone oczy.
Nikomu przez myśl by nie przeszło, że ta upodlona przez los babka z seksapilem może mieć coś wspólnego z Agencją Bezpieczeństwa Solarnego, której ciche macki rozciągały się aż po orbitę Plutona. Pod jego nosem zaigrał zabawny półuśmiech. Nawet kuty na cztery nogi naczelnik dał się na to nabrać.
Jednak nie to go najbardziej gryzło. Jako jej rzekomo z przypadku alfons musiał zabawić się z nią kilka razy. Takie były bezlitosne reguły gry. Nie mógł powiedzieć, żeby nie sprawiło mu to przyjemności. Wręcz przeciwnie, gdyż była naprawdę świetna w łóżku. Jednak już na Ziemi miał obiekcje, z nią związane. Obawiał się, że laska nie wybaczy mu tego po akcji. Jak się zachowa? Czy po babsku nie dojdzie do wniosku, że ją cynicznie wykorzystywał? Jeśli tak, miałby się z pyszna. A nie chciał, by widziała w nim wroga.
Przewrócił się na bok i usiłował zasnąć. Nic z tego. Po kilku minutach zapaliły się światła i zawyła syrena.
— Co jest, do diabła? — rzucił do Boba.
Tamten uniósł się i przetarł zaspane oczy.
Rychło się okazało, co się stało. Ktoś wykradł z magazynu miniaturowy układ elektroniczny, blokujący identyfikatory. Rozpoczęło się drobiazgowe przeszukiwanie cel. Po godzinie przerwano to bezsensowne zajęcie, bo okazało się, że niczego nie brakuje w składzie. Strażnik pomylił się w liczeniu.
M e n u
- Część pierwsza
- To miejsce wywoływało nie najlepsze wrażenie. Niepewny wzrok Toma...
- Część druga
- Głębinowa koparka wyrzucała piasek i kamienie. Więźniowie wybierali skalne ułomki...
- Część trzecia
- Wyrwana raptem z głębokiego snu, nerwowo uniosła się na łokciu.
- Część czwarta
- Kończyły segregować koce, składały je osobno dla więźniów, osobno dla strażników.
- Część piąta
- W zielonym lekarskim kitlu przysiadł na kozetce przy jej wąskim łóżku z plikiem spiętych spinaczem wyników w ręku.
Przyloty na Ziemię
Tom mikropowieści SF
• Afrodyta
• Banita
• Ekscytoza
• Genesis
• Przerwany lot
• Syreny z Cat Island