Część druga
G
łębinowa koparka wyrzucała piasek i kamienie. Więźniowie wybierali skalne ułomki i ładowali je na ruchomy pas transportera. Tom schylał się po cięższe, mniejsze pozostawiając Ginie.
— Stop! — krzyknął pilnujący ich strażnik. — Cofnąć się!
Piach z gruzem leciał teraz w ich stronę i musieli poczekać, aż wędrujący w obie strony wysięgnik się przesunie. Na szczęście wykop był mokrawy i nie unosił się pył. Zdjęła robocze okulary, a potem rękawice i przetarła ręką załzawione oczy. Poprawiła nieco za duży kask. Mimo tego, że powietrze było dosyć chłodne, miała wilgotne od potu plecy. Od ciągłego pochylania się czuła tępy ból w krzyżach.
— Kiedyś tu będzie ładnie — blado uśmiechnęła się do Toma.
— Nie sądzę — wyprowadził ją z błędu. — Zasypią uzbrojenie, wyrównają tu teren, wypieszczą, a nad całym tym diabelstwem zasieją zieloną trawkę i nie pozwolą się w pobliżu osiedlać — ciągnął beznamiętnie. — To instalacja o znaczeniu strategicznym.
— A co tu właściwie będzie? — zapytała.
— Nie wiesz? — zdziwił się.
— Słyszałam tylko, że budujemy tu Station 2.
— Ładne słowo, budujemy — mruknął z ironią. — Ta potężna maszyna wiertnicza żłobi studnię o średnicy kilkudziesięciu metrów. Ma sięgnąć na głębokość blisko kilometra. Ściany wypełnia się czymś, co po zastygnięciu nabiera twardości pancerza statku kosmicznego. W ten kołnierz wpuszczą potem rdzeń modułu grawitacyjnego. To część dużego systemu, który będzie odpowiadać nie tylko za ciążenie na powierzchni, ale i za pogodę. Nie będzie tylu burz i tego ogromu chmur, które uniemożliwiają oglądanie rozgwieżdżonego nieba. Takich stacji na całym księżycu ma być kilkadziesiąt. Równomiernie pokryją całą powierzchnię globu. Również te rozmrożone oceany.
— A co sądzisz o tych cywilach?
Obojętnie wzruszył ramionami.
— Wieżę wiertniczą obsługują specjaliści. Nieźle tu zarabiają. Nas używają tylko do sprzątania...
— Wracać na stanowiska! — okrzyk strażnika przywołał ich do porządku.
Gina założyła kask. Nie nadawała się do tyrania w brudnym piachu i przeszło jej przez myśl, że ten odrażający psychol z fortepianem okazał się nad wyraz łaskawy. Wspaniałomyślnie poszedł jej na rękę. Cztery dni laby tygodniowo! Złożył jej ofertę nie do odrzucenia. A w tym podłym miejscu to się podwójnie liczyło. Tylko jaki miał w tym cel?
— Popatrzcie, Jowisz! — zawołał Bob, odwracając ich uwagę od sterty piachu i kamieni. Z euforią pokazywał ręką na niebo.
Gęste chmury zdawały się ustępować, a przez ich cienką powłokę przebijał się ogromny blady krąg planety, wokół której krążył ich księżyc.
— Nieczęsty widok — rzucił Tom, tłumiąc emocje. — Przy tych anomaliach pogodowych pewnie to się zdarza tylko raz na kilka miesięcy. Warto popatrzeć. Jest dużo większy niż z Ganimeda.
Inni więźniowie też ciekawie spozierali w górę. Strażnicy nie protestowali, więc katorżnicy mieli okazję, żeby na kilka minut oddać się błogiemu lenistwu. Potem z nosami na kwintę zabrali się do pracy.
Mieli zaległości. Cisnęła odłamkiem skalnym za silnie, odbił się od transportera i poleciał na drugą stronę. Usłyszała wiązankę soczystych przekleństw. Wyprostowała się, bezradnie filując w tamtą stronę.
— Przepraszam — zawołała zrozpaczonym głosem.
Pogróżki się urwały. Chwilę trwała elektryzująca cisza, a potem dobiegła ją hałaśliwa salwa śmiechu.
— Gino, nie podrywaj facetów! — odkrzyknął niby to poszkodowany.
Tamci nie przestawali rechotać.
— On się pyta, czy dostanie za to za darmo... — usłużnie wyjaśnił piskliwy głos.
— Za darmo, to sobie sam możesz... — odbił piłeczkę oburzony Bob.
Nie robiły na niej wrażenia takie dowcipy.
— Ciekawe, któremu przyłożyłam? — pytająco rzuciła do Toma.
Olbrzym nie odpowiedział. Obojętnie wzruszył ramionami. Pochylił się po kolejny głaz. Rzucił go na taśmę, wyprostował się i nienawistnie syknął przez zęby — bardziej do swoich myśli niż do niej:
— Sielanka, psiamać.
— Co? — Gina go nie zrozumiała.
— Chyba niektórym tu jest za dobrze — niechętnie wymamrotał, odwracając się do niej plecami. — Jak u Pana Boga za piecem...
Zaniepokoił ją nie na żarty ten raptowny przypływ złego humoru dotąd życzliwego alfonsa. Zamarła w bezruchu. Chyba była temu winna. Uzmysłowiła sobie, że nie zatroszczyła się o to, by Tom przeleciał ją w pierwszej kolejności. A powinna była o to zadbać. Nabrała głęboko powietrza, chcąc się uwolnić od znienacka paraliżującego ją lęku. Solennie postanowiła, że nie będzie przeciągać struny.
— To nie pod twoim adresem — pocieszył ją Bob, widząc jej ściągniętą twarz. — On tak myśli o niektórych więźniach. Im jest lepiej w kiciu niż na wolności...
W
oda ściekała jej strugami po twarzy, zmuszając ją do ustawicznego przymykania oczu. Hans należał do pozbawionych uczuć prymitywów, a obchodził się z jej pięknym nagim ciałem jak z martwym manekinem w supermarkecie. Bezapelacyjnie liczył się w tym grajdołku, bo miał na swoje rozkazy co najmniej z piętnastu więźniów. Zażyczył sobie numeru z lalą pod prysznicem, ale miejsce nie okazało się najszczęśliwsze. Woda była za zimna, a kiepsko pieniący się żel zalatywał formaliną. Omal nie szczękała zębami, czekając na niego pod kapiącym natryskiem. Potem odrobinę ogrzał ją swoim zarośniętym torsem, lecz mimo to nie była zdolna do żadnych uniesień i wzlotów. Ani odrobiny fantazji. Wreszcie zaczęła jęczeć, udając rozkosz. To pomogło. Facet dobrnął do finału, uwalniając ją ze swoich objęć.
Opuściła go i nadąsana przeszła pod dmuchawę ze świadomością tego, że miłość jest dla tego debila wyłącznie prymitywną reakcją fizjologiczną — jak oddawanie moczu czy kału. Świszczało ciepłe powietrze, więc po chwili poczuła się lepiej. Tu dopadł ją drugi raz. "Co? Znowu?" Wziął ją tym razem od tyłu. Niefrasobliwie z nią się zabawiał, kilka razy zmieniając pozycje, wreszcie brutalnie zaciągnął ją z powrotem pod zimny prysznic.
Ledwo zdążyła się wyrobić z czasem do kolacji.
— Jak było? — rzucił ciekawie Tom, gdy wcisnęła się między niego a Boba.
Wzgardliwie wzruszyła ramionami.
— Co za palant — mruknęła. — Gdyby tu była zima, pewnie kazałby mi nago biegać po śniegu.
— Są chętni na obciągnie za dwa asy — kusząco podpowiedział.
Żołądek skoczył jej do gardła i przez chwilę wydawało się jej, że zwymiotuje. Z trudem przełknęła to, co miała w ustach. Umknęła myślami na Ziemię. Nie pojmowała, dlaczego wszystkowiedzący komputer właśnie ją uznał za najodpowiedniejszą do tej trudnej akcji, wyłuskując spośród blisko trzystu wstępnie wytypowanych agentek. Zgodziła się, bo szło o bardzo wysoką stawkę.
Przełamała się i ostrożnie zaprotestowała:
— Wiesz, co? — rzuciła prosząco. — Może nie rozmawiajmy o tym przy jedzeniu. To psuje mi apetyt.
— Taaak? — zdziwił się.
Zmarszczył brwi. Jakiś czas z wysiłkiem borykał się ze swoimi myślami. Budował i odrzucał kolejne karkołomne hipotezy. Wreszcie doznał olśnienia.
— Już wiem — po męsku wykoncypował. — Musi ci być ciepło. Spod natrysku wszyscy uciekają. Można tam wytrzymać góra trzy minuty.
— Genialne — z nieskrywaną ironią parsknęła. — Mogłeś na to wpaść wcześniej.
Zamilkli, oddając się smutnawym medytacjom. Z talerzy ubywało. W pewnej chwili poczuła na sobie czyjś wzrok i podniosła oczy. Siedzący przy sąsiednim stole jakiś szeregowy więzień intensywnie się w nią wpatrywał, czerwonym jęzorem oblizując ze wszystkich stron kubek z kawą. Wykrzywiła się z niesmakiem.
— Zgoda — wydusiła z siebie. — Dwa asy za obciągnięcie. Za wzięcie do ust — trzy, ale bez połykania.
Wydawało się jej, że Tom odetchnął.
— Oki.
— I przychodzę dziś do ciebie — dorzuciła z rozpędu.
Rozległ się gwizdek i podnieśli się zza stołów. Gruby Arystydes przedefilował przez salę, niby to przypadkiem zatrzymując się przy Ginie.
— Mam znakomity balsam pod prysznic. Opakowanie za jednego asa. Wkładkę antydepresyjną do poduszki za dwa asy. I coś ekstra... — zatarł ręce, jak przy większych transakcjach. Nie wyjawił jednak co, bo ujrzał zbliżającego się strażnika i w te pędy czmychnął w przeciwną stronę.
Uzbrojony ponuras przystanął przy dziewczynie i mruknął jej nad uchem:
— Jutro nie idziesz do pracy. Po śniadaniu masz zgłosić się do Szkota.
Zrobiła wielkie oczy, ale tamten nie miał ochoty niczego więcej dodawać. Jeżeli coś wiedział, to wolał to zachować dla siebie.
Tom znalazł się nagle obok ponętnej laski.
— W tym kącie w pralni są teraz dwa materace — rzucił konspiracyjnie, dzieląc się zdobytą wiedzą. — Podobno przyniesiono tam najwygodniejsze, jakie udało się znaleźć.
— Dzięki! — odrzekła, ale bez specjalnego entuzjazmu. Dbał o nią, to było widać.
Musiała się spieszyć i odfrunęła, żeby się przygotować. Miała na karku kolejnego klienta.
O
spale wspięła się po schodach na pierwsze piętro. "Zakwasy!" — syknęła. Obudziła się w nocy, czując, że bolą ją wszystkie mięśnie po dniu spędzonym na budowie. Przed drzwiami naczelnika poziewywał znudzony strażnik. Poderwał się, omal nie stając na baczność, kiedy ją ujrzał. Ze zniechęceniem pomyślała, że nie tak powinno się reagować w tym grajdołku na widok kajdaniarza. Przesadzali z nabożnym szacunkiem dla urodziwej kurewki. Z odrobiną niepokoju wparowała do gabinetu.
— O, znakomicie, że już jesteś — Szkot przyjął ją nadzwyczaj promiennie. Przerzucał na biurku jakieś papiery. Odziany był starannie, zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy z duszą na ramieniu pierwszy raz do niego wdepnęła. Wiedziała już, dlaczego przylgnęła do niego tak ksywa. Szła fama, że w przeszłości miał skłonność do obcinania funduszy na wyżywienie i morzenia więźniów głodem. W rzeczywistości był ponoć Irlandczykiem. — Polecisz ze mną do osiedla cywilów. Mam tam kilka spraw do załatwienia — rzucił, nie kryjąc podniecenia.
— Ja? — zdziwiła się. — Dlaczego ja? Jako kto?
— Jako osoba do towarzystwa — wyjaśnił, wykonując ręką taki ruch, jakby oganiał się od muchy. — Wejdź tam — wskazał głową mieszkanie. — Ta pierwsza szafa ścienna po prawej. Do drugiej nie zaglądaj. Wybierz sobie jakieś ciuchy.
Nie byłaby sobą, gdyby nie zajrzała do tej drugiej. Rzuciła tam okiem i serce skoczyło jej do gardła. Omal z przestrachu nie krzyknęła. Zasłoniła sobie dłonią usta. Nie, nie chował trupa w szafie. Drżącą ręką rozchyliła wiszące kiecki. Spomiędzy czarnych wieczorowych kreacji wystawał damski manekin. Taki jak dawniej u krawca. Co tu robiła ta kukła? Błyskawicznie ochłonęła. W mig pojęła, po co mu była plastikowa lala. Zarozumiały dupek odziewał ją, sadzał na krześle i dla niej koncertował, popisując się niecodzienną wirtuozerią. Jego samotność musiała sięgać zenitu. Z ulgą zaglądnęła do pierwszej wnęki. Odsapnęła. Tu damskie ciuchy były mniej reprezentacyjne, ale wygodne. Przeważały sportowe. Przejrzała kilka kreacji. Prawie wszystkie były na jej rozmiar. Czarny fortepian stał tam, gdzie powinien i pieszczotliwie przejechała dłonią po obudowie. Na pewno jej się nie przyśnił.
— Masz być seksy — dobiegł ją głos naczelnika.
Postarała się, żeby korzystanie wyglądać. Przede wszystkim nogi i biust. A kiedy stanęła przed tamtym, była już nie tą samą kobietą.
Znieruchomiał, gdy ją ujrzał i omal nie zagwizdał z wrażenia. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język. Wreszcie rzucił krótko:
— Idziemy!
Więźniów już nie dostrzegła, pociągnęli w dwóch kolumnach do pracy, więc nikt oprócz dwóch strażników nie był świadkiem ich nieoczekiwanej wyprawy. Kiedy usadowili się w minilocie, podał jej delikatny damski naszyjnik.
— Włóż to! — polecił.
Nieszczególnie pasował i skrzywiła się pod nosem.
— Po co? — zapytała.
— Jest ze specjalnym chipem i blokuje impulsy identyfikatora — niechętnie mruknął. — W osiedlu mają zabezpieczenia. Gdyby któryś z tych tumanów usiłował tam uciec, błyskawicznie zajęłaby się nim ochrona.
Ślizgacz oderwał się od ziemi, uniósł się i wartko pomknął nad dachami szarych więziennych bloków. Nabrał prędkości. Później przesuwał się pod nimi tylko zryty pomarańczowy grunt. Minęli dwa małe lśniące jeziorka, w których odbijało się zachmurzone brudnozielone niebo.
— Zapnij pasy! — ostrzegł ją Szkot. — Wychodzimy ze sztucznego pola.
Wykonała jego polecenie.
— Ma taki mały zasięg? — zdziwiła się.
— To prowizorka — wyjaśnił. — Istna partyzantka. Każdy tu się zabezpiecza w własnym zakresie. Cywile mają dość przyzwoity emitor grawitacyjny, ale nie obejmujący Station 2. Nasz jest do kitu. Mieliśmy awarie.
Dopływali do osiedla. Ciążenie wróciło do normy i wynosiło znowu 0, 98 g. Zakonotowała sobie, że przelecieli nieledwie dwa kilometry. Pojazd znalazł się w strefie pozornego horyzontu i znienacka otoczenie się zmieniło. W ułamku sekundy wzrosło natężenie światła. Odniosła wrażenie, że raptem znaleźli się na innej planecie. Na czystym błękitnym niebie widniało teraz ziemskie słońce. Wokoło osiedla znaczyły się porosłe wirtualnymi lasami łagodne zielone wzgórza.
— Nieźle się urządzili, nie?
— To fakt — odrzekła z podziwem. — Musiało to kosztować krocie.
Kaprawy naczelnik bywał tu chyba częstym gościem, bo gładko spłynął w dół, bez cienia wahania wybierając miejsce do lądowania. Osadził ślizgacz na parkingu przed najwyższym świecącym szkłem budynkiem. Napis wskazywał na to, że mieści się w nim siedziba konsorcjum. Stało tu już kilka podobnych maszyn. Jeszcze jedna tuż za nimi zgrabnie zeszła do lądowania, ale póki co nikt z niej nie rwał się do wysiadania.
Z wdziękiem wyskoczyła na zewnątrz i ciekawie rozejrzała się dokoła.
— O, rety! Mają tu trawniki i drzewka — zdębiała z wrażenia. — Prawdziwe cyprysy.
— To wszystko paskudnie sztuczne — wyprowadził ją z błędu, cedząc ze znawstwem. — Papierowo-plastikowe kwiaty jak w dwudziestym wieku na strzelnicach. — Czuł się w jej towarzystwie odrobinę skrępowany, ale zaraz pokonał onieśmielenie. Wziął głębszy oddech. — Wejdziemy głównym wejściem — pokazał jej dłonią, przełamując milczenie. — W mig pozałatwiam interesy, a potem skoczymy do knajpki na najwyższym poziomie. Mają tam niezłe żarcie. I świetne desery.
Poszli, pakując się w stronę oszklonych drzwi. Po kobiecemu zajęła miejsce u jego boku. Musiała uznać, że należał do przystojnych facetów, jednak nadal mroziło ją budzące respekt spojrzenie jego oczu. Kilka osób kręciło się w holu. Strażnik z ochrony nie zwrócił na nich uwagi.
— Czwarte piętro — szepnął bardziej do swoich myśli niż do asystującej mu laski. Winda ruszyła. Chwilę stali w skupieniu naprzeciw siebie. — Pchamy się do działu handlowego — wyjaśnił, zaglądając jej w twarz. — Tam pracuje mój koleżka.
Korytarz nie różnił się od innych. Sekretarka wpuściła ich bez słowa. Siedzący za biurkiem w nowocześnie urządzonym gabinecie młody szczupły Arab rozłożył szeroko ręce w geście powitania.
— O'Shea? Miło, że wpadłeś — rzucił. — A to?.. — zająknął się, a jego brwi powędrowały wysoko.
— Gina — Szkot rzucił takim tonem, jakby chodziło o osobę, z którą spędził wieki i którą jego rozmówca powinien dobrze znać.
— Aha! — tamten jak debil przytaknął, ale nadal niczego nie rozumiał. Potem raptem doznał olśnienia, bo jego oczy dziwnie błysnęły. — To zabieramy się do interesów... Drinka? — zwrócił się w stronę milczącego bóstwa. — A kiedy nieśmiało odmówiła, w te pędy zaproponował: — To może moja sekretarka oprowadzi cię po gmachu, wtajemniczając w sekrety naszej firmy? Bo przy nas zanudzisz się na śmierć...
Nie miała ochoty na włóczenie się po biurowcu, co babka z sekretariatu wyczytała z jej twarzy. Zamiast tego zaproponowała jej kawę i ciasteczka. A mając nieoczekiwanego słuchacza, zaczęła się jej zwierzać ze swoich spraw sercowych. Jej chłopak pracował na Ganimedzie i widywali się tylko raz w miesiącu. Obawiała się, że ma kogoś na boku i że przed nią to skwapliwie ukrywa. Gina bezmyślnie słuchała i grzecznie przytakiwała, ale jej to nie zajmowało. Łykała ślinkę na kwitnącą gałązkę rozmarynu, zanurzoną w stojącym na blacie flakonie z wodą i przeszedł jej przez myśl więzienny grubas, który wcisnął jej za trzy asy maleńką doniczkę z miniaturowym kaktusem. Potem usiłowała dociec, jaką ta młodziutka blondyneczka miałaby minę, gdyby się dowiedziała, ilu facetów jej gorliwa powierniczka z konieczności musiała ostatnio zaliczyć. I ilu jeszcze czekało w kolejce. Jaki sens miały rozmowy o wierności i zdradzie? Szkot po kilkunastu minutach wybawił ją z kłopotu. Dała mu się zaholować na dach gmachu do kawiarenki, a tam namówić na truskawki z kremem waniliowym. Później czekał ich niechciany powrót.
— Będziesz mieć tę swoją wiolonczelę za jakieś trzy lub cztery dni — obiecał zamyślonej ślicznotce, gdy już ślizgacz poderwał się z parkingu.
Ożywiła się na moment.
— Znakomicie — ziewnęła, zasłaniając dłonią usta.
— A propos — zmienił temat. — Spodobał ci się Ali? — zapytał. — Ma ochotę na miłosne rendez-vous.
Ramiona jej nagle opadły.
— Za dwa dni laby? — złośliwie mruknęła. Nie chciała mieć nowego alfonsa.
Rubasznie się roześmiał.
— Żartowałem, ma się rozumieć — odrzekł chełpliwie. — Nie mam zamiaru nikomu cię oddawać. Zresztą, nie pójdziesz już na budowę — próbował poprawić jej humor. — Mam dla ciebie spokojną i czystą pracę w zaopatrzeniu.
Zrobiła wielkie oczy.
— Serio? — nie chciało się jej wierzyć.
— Jak najbardziej — z nieskrywaną powagą potwierdził. A potem z odrobiną zamyślenia i nostalgii dorzucił, cedząc słowa: — Nie rzuca się pereł między wieprze...
S
truchlały Szkielecik nie dał się namówić na sprężynujący materac. Biedaczyna najwyraźniej w świecie miał pietra przed numerem ze zmysłową panienką. Pewnie na obciąganie zdecydował się dla szpanu. Stał spięty jak diabli, więc nie wiedziała, jak ma się do niego zabrać, żeby odpracować te dwa asy. Brakowało jej doświadczenia. Ksywa wzięła się stąd, że był przeraźliwie chudy. Tylko skóra i kości. Sterczał, z uporem klejąc się do ściany i musiała tam przed nim przyklęknąć. Z trudem rozpięła mu spodnie, bo nie próbował jej w tym pomagać. "Flak!" — szepnęła do swoich myśli. Jak pobudzić niebotycznie znerwicowanego faceta? Zmusiła go do tego, by położył sztywne i wilgotne z wrażenia dłonie na jej piersiach. Męczyła się kilka minut, nim jej zabiegi przyniosły efekty. Penis powoli dźwignął się do góry.
Ożywił się dopiero, gdy dochodziło do finału. Jego ciało wygięło się w łuk, a gardło zaczęło wydawać nieartykułowane dźwięki. Liche więzienne bojówki zsunęły się na posadzkę, odsłaniając pokryte drobnymi włoskami dygocące piszczele. Charczał jak pomyleniec i wydawało się, że za chwilę z jego ust potoczy się piana. Wreszcie zaczął rzucać się jak w padaczce i detonował. Spazmatyczne skurcze ustąpiły.
— Uuuu... — piskliwie zaskomlał i zmęczony jak po szaleńczym maratonie osunął się po ścianie na posadzkę. Tu jak kot zwinął się w kłębek i natychmiast zasnął.
Przeszyła ją trwożna myśl, że niechcący to chuchro wykończyła. Pochyliła się nad jego szczupłą końską twarzą. Głęboko spał, oddychał i cichutko posapywał jak dziecko. Założyła bluzkę i przysiadła obok przy ścianie. Apatycznie przemedytowała z dziesięć minut. Wreszcie pochyliła się nad nim i poklepała go po policzku.
— Obudź się, Szkieleciku. No, już, wstawaj, zwierzaczku — rzekła prawie pieszczotliwie. — Niestety, czeka na korytarzu następny wygłodzony matołek — dodała, gdy nieprzytomnie otworzył oczy. — Do wydojenia. Może nie taki pomylony jak ty.
M e n u
- Część pierwsza
- To miejsce wywoływało nie najlepsze wrażenie. Niepewny wzrok Toma...
- Część druga
- Głębinowa koparka wyrzucała piasek i kamienie. Więźniowie wybierali skalne ułomki...
- Część trzecia
- Wyrwana raptem z głębokiego snu, nerwowo uniosła się na łokciu.
- Część czwarta
- Kończyły segregować koce, składały je osobno dla więźniów, osobno dla strażników.
- Część piąta
- W zielonym lekarskim kitlu przysiadł na kozetce przy jej wąskim łóżku z plikiem spiętych spinaczem wyników w ręku.
Przyloty na Ziemię
Tom mikropowieści SF
• Afrodyta
• Banita
• Ekscytoza
• Genesis
• Przerwany lot
• Syreny z Cat Island