Kolory szablonu:

Część czwarta

U

słyszał umówione stuknięcie i cicho skrzypnęły w kiepsko naoliwionych zawiasach otwierane drzwi. Mimowolnie obejrzał się za siebie. Uniósł brwi.

— Tylko pół godziny? — zapytał z nutą ironii. — Aha, nie było Supermana.

Weszła do pokoju ze skwaszoną miną. Świetnie się prezentowała w obcisłej bluzeczce w paski.

— DrÄ™twi jacyÅ›. Bez polotu. Pewnie siÄ™ rozkrÄ™cÄ… dopiero okoÅ‚o północy. Zero fantazji.

Wrócił do klawiatury.

— Doskonale trafiÅ‚aÅ› — pocieszyÅ‚ agentkÄ™. — Intuicja ciÄ™ nie zawiodÅ‚a. WÅ‚aÅ›nie uporali siÄ™ z kolacjÄ… i idÄ… do siebie.

Zatrzymała się za jego plecami.

— PrzyniosÅ‚am ci puszkÄ™ coca-coli — wymamrotaÅ‚a. — A tu z powrotem te dwie dychy — podaÅ‚a mu przez ramiÄ™ wymiÄ™ty banknot.

Wziął i niespiesznie schował do wydobytego portfela.

— O, sÄ… już w Å›rodku — oznajmiÅ‚. — ZapaliÅ‚y siÄ™ boczne Å›wiatÅ‚a.

— To jego apartament? — próbowaÅ‚a siÄ™ upewnić.

— Uhm! — potwierdziÅ‚.

— ZadzwoÅ„ do Artura i zapytaj, czy nie zapomniaÅ‚ o afrodyzjaku.

— O czym? — zrobiÅ‚ wielkie oczy.

— Nie mówiÅ‚am ci? DostaÅ‚am ten Å›rodek od Waltera. DziaÅ‚a w bukiecie odÅ›wieżajÄ…co-zapachowym, który wkÅ‚ada siÄ™ do kontaktu.

— Serio? Nie mówiÅ‚aÅ›. Teraz już za późno, żeby mu o tym przypominać. Ale jak go znam, to na pewno tego nie przeoczyÅ‚. — UderzyÅ‚ siÄ™ rÄ™kÄ… w czoÅ‚o niby to w nagÅ‚ym olÅ›nieniu. — CoÅ› takiego i mnie by siÄ™ przydaÅ‚o — rzekÅ‚ z ożywieniem.

— Akurat — wycedziÅ‚a z przekÄ…sem. — Tobie? Wiem, co byÅ› z tym zrobiÅ‚.

— He, he, he! — zarechotaÅ‚. — Na wszelki wypadek posprawdzaj gniazdka elektryczne.

Odeszła od niego i szeroko otworzyła okno. Do pokoju wdarło się wieczorne powietrze. Z oddali dobiegał trel słowika.

— To jest zawsze najlepszy sposób — popisaÅ‚a siÄ™ pomysÅ‚owoÅ›ciÄ…. — Åšwieżutki Å‚yk tlenu.

Oparła się łokciami o parapet i zapatrzyła się w ciemne niebo. Widniał na nim blady sierp księżyca.

— Jasny gwint, zaczyna siÄ™... — Robert oderwaÅ‚ jÄ… od wieczornych medytacji. — Åšwieże powietrze w Warszawie? CaÅ‚ujÄ… siÄ™!

Odwróciła się od okna.

— Nie bÄ™dÄ™ na to patrzeć — mężnie postanowiÅ‚a. — Ty mi krótko mów, co siÄ™ tam dzieje.

Rypnęła całym ciałem na łóżko i ułożyła się wygodnie, podkładając sobie poduszkę pod głowę. Zaczęła się bawić pozostawionym sztyletem.

— No wiÄ™c... excusez du peu... kilka ciasnych figur. ObejmujÄ… siÄ™ i pieszczÄ…. On jÄ… zaczyna roz-bie-rać... — chÅ‚odno relacjonowaÅ‚. — Zero tremy przed wystÄ™pem. Musieli w siebie wlać morze wina.

— Ma pod spodem czarnÄ… haleczkÄ™?

— A jak... — cmoknÄ…Å‚ z uznaniem. — Szczuplutka, ale z seksapilem. Ha! — po chwili dorzuciÅ‚ z dumÄ…, odsuwajÄ…c siÄ™ od laptopa. — Dali mi to wreszcie na caÅ‚y ekran. Jak w telewizji. Klasa! Z trzech kamer. No... — znaczÄ…co gwizdnÄ…Å‚. — Ona uklÄ™knęła przed nim i... Boże ty mój!.. — jego gÅ‚os przeszedÅ‚ w teatralny szept. UdaÅ‚, że w niewiarygodnym zawstydzeniu zasÅ‚ania sobie oczy, lecz nadal patrzyÅ‚ przez rozÅ‚ożone palce. — Ależ on ma wielkiego ptaka... Nie widziaÅ‚em takiego, jak żyjÄ™ — wychrypiaÅ‚ z zachwytem. — Niespotykana anomalia...

Nie wytrzymała i zwinie zerwała się z łóżka, stając mu za plecami. Rzuciła okiem na to, co działo się na ekranie.

W jednej chwili się połapała.

— Ty wredny Å›wintuchu! — parsknęła ze zÅ‚oÅ›ciÄ…. — PodpuÅ›ciÅ‚eÅ› mnie, chamie jeden. Normalnego ma, do diabÅ‚a! — WróciÅ‚a tak gwaÅ‚townie na łóżko, że aż jÄ™knęły sprężyny. — Zrób mi jeszcze raz taki numer, cwaniaku, a wyfruniesz przez okno — ostrzegÅ‚a go. — Z oberwanymi jajami — pogroziÅ‚a mu ostrym sztyletem. Lecz już po chwili dużo spokojniej dorzuciÅ‚a, nie kryjÄ…c determinacji: — Doskonale siÄ™ orientujesz, że seks bÄ™dÄ™ uprawiać tylko z facetem, który zostanie moim mężem. Nigdy wczeÅ›niej. WiÄ™c mnie nie prowokuj!

Mimowolnie przytaknął, nie przywiązując do jej wybuchu większej wagi.

— Teraz zaczynajÄ… na ostro — oznajmiÅ‚. Nagle ziewnÄ…Å‚, oparÅ‚ siÄ™ o krzesÅ‚o i z ulgÄ… zaÅ‚ożyÅ‚ rÄ™ce za gÅ‚owÄ™. SpoważniaÅ‚. — No, nie, nie chciaÅ‚em ci deptać po odciskach — zaczÄ…Å‚ siÄ™ usprawiedliwiać. — Dobrze wiesz, że ciÄ™ szanujÄ™ i tak dalej. Ale w każdym siedzi taki psotliwy chochlik, który czasami...

— Taki maÅ‚y skurwysynek — wpadÅ‚a mu w sÅ‚owa — który musi sprawdzić, czy nie da siÄ™ rozwalić zabawki, na którÄ… starzy wydali krocie...

— DokÅ‚adnie — potwierdziÅ‚ po chwili. — Już skoÅ„czyli. BÅ‚yskawicznie siÄ™ z niÄ… uporaÅ‚. Teraz zwlókÅ‚ siÄ™ z łóżka i czÅ‚apie do Å‚azienki. Szkoda, że nie byÅ‚o gÅ‚osu...

— Oj, krasnalu, krasnalu... GdybyÅ› mnie nie ceniÅ‚ — pobiegÅ‚a myÅ›lami za jego krótkÄ… spowiedziÄ… — byÅ‚by z nas zespół do kitu. Na tym stoimy od dwóch lat.

Pochylił się nad ekranem.

— Mam zbliżenie na jej Å›licznÄ… buźkÄ™ — kÅ‚apnÄ…Å‚. Zabawnie przekrzywiÅ‚ gÅ‚owÄ™. — Wydaje siÄ™... taka ludzka i... heh... szczęśliwa.

14 lutego 2005 r.


O

party rękami o umywalkę, ciężko dyszał, pomału się uspokajając. Była zadziwiająco uległa i nie pojmował, dlaczego pot leje się z niego strumieniami. Wąskie strużki płynęły po twarzy, po piersiach i plecach, docierając do posadzki. Czuł się tak, jakby właśnie samotnie zdobył Mount Everest. Triumfował. Genesis nie zamieniła się w potwora. Dała mu to, czego od wczesnej młodości bezskutecznie oczekiwał od kobiet, nie znajdując oddźwięku i zrozumienia. Nigdy w życiu nie zaznał takiej rozkoszy.

Wziął prysznic, wytarł się ogromnym ręcznikiem i wrócił do łóżka. Przytuliła się do niego.

— ByÅ‚o ci dobrze? — zapytaÅ‚a.

— Mhm! — wymruczaÅ‚.

— Teraz pójdÄ™ do siebie, bo nie mógÅ‚byÅ› zasnąć. Rankiem siÄ™ spotkamy — cmoknęła go w czoÅ‚o. — Dobranoc! — wyrzekÅ‚a.

— Dobranoc! — potulnie siÄ™ zgodziÅ‚.

Pozbierała swoje rzeczy i bezszelestnie opuściła jego apartament.

16 lutego 2005 r.


B

yła ciemna noc. Wskazówki zegara pokazywały pierwszą dwadzieścia cztery. Delikatnie pieścił jej ponętne gładkie ramię, wystające spod kraciastego koca.

— I znowu muszÄ™ ciÄ™ budzić, Å›piochu — szeptaÅ‚ jej przy uchu. — Wstawaj, sÅ‚odka Esmeraldo. Czeka nas żółty alarm. CaÅ‚y nasz misterny plan poszedÅ‚ w drzazgi.

Uniosła się na łokciu, prawie nie otwierając oczu. Kurczowo złapała go za nadgarstek, chcąc czym prędzej znaleźć się na powrót w jego bezlitosnym, ale realnym świecie. Przyśniło się jej, że jeszcze chodzi do college'u i że wybrała się z przyjaciółkami na rozkoszną plażę w Miami. A wcześniej jeździły na wrotkach.

Nie zapalał światła. Monitor laptopa rzucał słaby blask. Był nieomal Orfeuszem, wyprawiającym się po Eurydykę do Hadesu.

— Co siÄ™ staÅ‚o, Quasimodo? — wymamrotaÅ‚a. W tamtym sennym Å›wiecie nie byÅ‚o koszmarnych obcych z Syriusza.

— Osunęła siÄ™ lawina. Dziesięć minut temu odezwaÅ‚ siÄ™ ten popieprzony namayski komunikator — wyznaÅ‚ z przygnÄ™bieniem. — Mamy cholernego pecha — dorzuciÅ‚ z żalem. — WÅ‚aÅ›nie czekam na tÅ‚umaczenie.

— A co siÄ™ z niÄ… dzieje?

— Artur mówiÅ‚, że wpadÅ‚a w panikÄ™. Totalnie jej odbiÅ‚o. Rzuca siÄ™ po numerze hotelowym i omal nie chodzi po Å›cianach. Ale to nie wszystko — odkaszlnÄ…Å‚. — Centrala informuje, że jeden z namayskich patrolowców wchodzi wÅ‚aÅ›nie w atmosferÄ™. Chyba jakiÅ› starszy typ. OgÅ‚osili u siebie czarny alarm. Z analizy toru lotu wynika, że kieruje siÄ™ w stronÄ™ Warszawy. Ponieważ tu dziaÅ‚amy, sÄ… zainteresowani naszymi sugestiami. ZajmÄ… siÄ™ nim, jeÅ›li to nie wiąże siÄ™ z naszÄ… operacjÄ…. To znaczy: wykoÅ„czÄ… tych Namayów i zgarnÄ… ich sprzÄ™t.

Podniosła się i zaczęła się ubierać.

— Faktycznie, włącz żółty alarm! — powiedziaÅ‚a ze zniechÄ™ceniem. KochaÅ‚a porzÄ…dek i nie cierpiaÅ‚a takich nagÅ‚ych zwrotów akcji.

— Włączam żółty alarm dla Å›rodkowo-wschodniej Europy — oznajmiÅ‚, szybko uderzajÄ…c w klawisze. — Musisz tu wpisać swój osobisty kod...

Przysiadła na jego krześle w figach i półkoszulce, a on odebrał telefon. Od dzieciństwa miał świra na punkcie komputerów i radził sobie ze wszystkimi możliwymi protokołami sieciowymi.

— Artur mówi, że ona ubraÅ‚a siÄ™ i zjeżdża na dół. Pewnie do garaży.

— Dobra, niech zmyka. I tak daleko nie ucieknie — mruknęła z przekÄ…sem. — I co masz?

Ustąpiła mu miejsca i mógł ponownie przypiąć się do klawiatury.

— Jest ta instrukcja. Na wstÄ™pie zwyczajowe pozdrowienia namayskie. Potem treść: "Zabieramy ciÄ™, siostro, z Ziemi. Wracasz do swoich!" NastÄ™pnie mówiÄ…, gdzie ma czekać i o której. DokÅ‚adne parametry... — zerknÄ…Å‚ na zegarek. — Dysponuje pewnym zapasem czasu, nie musi siÄ™ szaleÅ„czo spieszyć. Tylko gdzie to jest? Potrzebna mapa.

— PrzyszÅ‚o jeszcze coÅ› z centrali — cicho zauważyÅ‚a.

Odebrał komunikat.

— To takie same indeksy — skonstatowaÅ‚. — Wykryty przez naszych NA-13, czyli innymi sÅ‚owy UFO, wylÄ…duje... eee... to jest gdzieÅ› miÄ™dzy Sulejówkiem a Halinowem. Godzina też siÄ™ zgadza.

Przetarł zmęczone oczy i zatrzymał wzrok na agentce. Szykowała się do włożenia sportowych butów na protektorach.

— No, piÄ™kna, rusz gÅ‚owÄ…. W tobie ratunek. WciÄ…gnęło nas to bagno po uszy!

Zamarła w bezruchu, dotykając palcami skroni. Niczym odurzona wyziewami ze szczeliny skalnej Pytia z Delf musiała zajrzeć w przyszłość.

— Po pierwsze, nadasz do centrali, żeby nie ruszali tej namayskiej maszyny. Ma bezpiecznie wylÄ…dować i odlecieć... — rzekÅ‚a po chwili wahania.

— Chcesz tego cudaka wypuÅ›cić z rÄ…k? — na jego czole pojawiÅ‚y siÄ™ dwie poziome bruzdy. — Tyle zachodu i raptem walkower? Poddasz siÄ™ bez walki?

Z przekonaniem przytaknęła.

— Nie dramatyzuj. WidzÄ™, że umierasz ze strachu. Z duszÄ… na ramieniu niczego nie dokonasz. Jestem pewna, że ona wróci. Qui ne risque rien, n'a rien. Ale musi siÄ™ sama przekonać, że tam już nic nie ma. Za wyjÄ…tkiem tych żaÅ‚osnych niedobitków ich flotylli w paÅ›mie planetoid. Kapujesz? Po drugie, niech Artur umożliwi jej dotarcie do zaplanowanego miejsca lÄ…dowania obcych. Może Genesis bÄ™dzie w stanie zwÄ™dzić jakiÅ› wóz? JeÅ›li nie, niech jej zaofiaruje któryÅ› z naszych. StojÄ… tam chyba ze trzy. On to potrafi.

— Oki!

— Poczekaj, jeszcze chwila. Kiedy już siÄ™ z tym upora, niech Å›ciÄ…gnie z łóżka komisarza i zabierze go ze sobÄ… na lÄ…dowisko. Niepostrzeżenie polecimy za niÄ… naszym Å›migÅ‚owcem.

— Z tym francuskim glinÄ…? Po co?

— To ważne. Musi na wÅ‚asne oczy ujrzeć, że jego urocza laska daje dyla z Ziemi. Jest w niej zadurzony, wiÄ™c nam nie uwierzy. BÄ™dzie mu chodziÅ‚o po gÅ‚owie, żeÅ›my jÄ… sprzÄ…tnÄ™li. A powinniÅ›my go mieć gotowego pod rÄ™kÄ…, kiedy ona wróci.

— Aha, rozumiem. Helikopter na które lÄ…dowisko?

— No, bezsprzecznie na to w pobliżu. Na VS2. Niech przyleci dokÅ‚adnie o... eee... Oki, za chwilÄ™ zgramy czasy... — zaciÄ…gaÅ‚a pasek przy spodniach. — Mamy stÄ…d tam pieszo siedem minut.

Rozłożył papierową mapę.

— JeÅ›li dorwie sprawny wóz i niczego nie pokrÄ™ci, to pewnie uda siÄ™ w stronÄ™ Mostu Poniatowskiego, potem pogna GrochowskÄ…, PÅ‚owieckÄ…, Czecha i Traktem Brzeskim. To wylot na Terespol. Poradzi sobie? A może zÅ‚apie taksówkÄ™? — podniósÅ‚ wzrok na Betty.

— ProÅ›ciutka trasa, trudno zabłądzić. Z jej wewnÄ™trznym kompasem? O tej porze nie ma dużego ruchu. W Paryżu jakoÅ› sobie radziÅ‚a. Ani razu nie miaÅ‚a stÅ‚uczki, pominÄ…wszy kilka mandatów za parkowanie — sumowaÅ‚a wczeÅ›niej zdobytÄ… wiedzÄ™. — O cholera, wreszcie to do mnie dotarÅ‚o... Na pewno nie umie ukraść samochodu. Jeszcze rozwali szybÄ™ i narobi haÅ‚asu, Å›ciÄ…gajÄ…c sobie na kark policjÄ™... Wszystko, tylko nie to...

— Może wiadomymi kanaÅ‚ami dać cynk, żeby drogówka jej nie ruszaÅ‚a?

— Co ty? Nie. To byÅ‚oby równoznaczne z dekonspiracjÄ…...

— Racja!

Zaświeciły się jej oczy.

— Otwórz, znowu masz coÅ› z centrali.

— PeÅ‚na kultura — oznajmiÅ‚ po chwili. — Co za kurtuazja? Potwierdzili nasze dyspozycje i odwoÅ‚ali u siebie czarny alarm. Widzisz, jakÄ… masz wÅ‚adzÄ™? — z podziwem rzekÅ‚ do agentki. — Dozgonne bÅ‚ogosÅ‚awieÅ„stwo NASA. OgÅ‚oszÄ… ciÄ™ Å›wiÄ™tÄ… za życia.

— ZÅ‚udzenia — mruknęła, mimo to z ulgÄ… odetchnęła. — Koreluj czasy i wynosimy siÄ™ stÄ…d — zadecydowaÅ‚a. — Momencik — powstrzymaÅ‚a go. — Zaczekamy na to, co ona zrobi...

18 lutego 2005 r.


Z

jechał windą do garaży i jakby przecząc prawom fizyki w te pędy znalazł się na środku parkingu. Zaczął gwizdać pod nosem i omal nie stepować, nonszalancko próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Szczęśliwym zrządzeniem losu od razu wpadła mu w oczy.

— La marquise sortit à cinq heures — ironicznie mruknÄ…Å‚ do siebie, mimowolnie nawiÄ…zujÄ…c w myÅ›lach do historycznego manifestu surrealizmu. Tak wyglÄ…daÅ‚ stereotypowy poczÄ…tek konwencjonalnej powieÅ›ci. W rzeczywistoÅ›ci minęło pół do drugiej, a Genesis nie byÅ‚a markizÄ…, ale kosmitkÄ…. A do tego kurewkÄ…. — Witaj, Å›liczna Paryżanko! — z szeroko rozpostartymi ramionami tubalnie zawoÅ‚aÅ‚, olewajÄ…c zasady konspiracji i nie liczÄ…c siÄ™ z tym, że jest Å›rodek nocy. — Klaustrofobia? Nie możesz zasnąć w nowym miejscu? — Z mety podpÅ‚ynÄ…Å‚ do niej, jakby intymne tête-à-tête z tÄ… wÅ‚aÅ›nie niedawno poznanÄ… madonnÄ… miaÅ‚o być jego przeznaczeniem.

Bezradna sterczała za czerwonym volvo w popielatych bojówkach, wygodnych półbutach i jakimś luźnym swetrze. Obeszła zaparkowane wozy, mając płonną nadzieję, że któryś z kierowców okazał się na tyle lekkomyślny, żeby zostawić uchylone drzwiczki lub kluczyki w zamku. Nie szarpała klamek, lękając się, że uruchomi alarm.

— A ty? Co ty tutaj robisz? — nieżyczliwie zapytaÅ‚a. — Przyzwoici faceci już Å›piÄ…... — fuknęła jak osaczone zwierzÄ™. ZamierzaÅ‚a pozostać sama i nie przewidywaÅ‚a żadnego mÄ™skiego towarzystwa. ZresztÄ… byÅ‚a już z jednym w łóżku tej nocy.

Miała jakieś nieprzytomne spojrzenie, więc nie próbował wdawać się w wyjaśnienia ani w pertraktacje. Nie odstraszyła go. Śmiało do niej się zbliżył i z filuternym uśmiechem pomachał jej kluczykami przed oczyma.

— Znam ten ból — omal nie zaÅ›piewaÅ‚ z przejÄ™cia. — DomyÅ›lam siÄ™, że chcesz siÄ™ stÄ…d wyrwać. Te biurowce przytÅ‚aczajÄ…. Weź mój! — rzekÅ‚ zachÄ™cajÄ…co. — To tamten ciemny citroen. Bak jest prawie peÅ‚ny.

Na taką chrupiącą marchewkę od razu dała się złapać. Podprowadził ją do wozu i zachęcająco uchylił przed nią bramy niby-raju. Zerwał zakazany owoc i wepchnął jej do rąk.

— Mam szczęście, że na ciebie trafiÅ‚am — pociÄ…gnęła nosem. OkazaÅ‚ siÄ™ zaczarowanÄ… zÅ‚otÄ… rybkÄ…, speÅ‚niajÄ…cÄ… jej życzenia. — W Paryżu szlajaÅ‚am siÄ™ bardzo podobnym.

Nerwowo zasiadła za kierownicą i nagle ustąpiło męczące ją napięcie. Włożyła kluczyk do stacyjki.

— Nie ma sprawy — rzuciÅ‚ niefrasobliwie. — Musimy sobie pomagać, maleÅ„ka. To obcy kraj. A tam w skrytce masz mapkÄ™ tej metropolii — skwapliwie dodaÅ‚. — To na wypadek, gdybyÅ› siÄ™ zagubiÅ‚a w tym labiryncie...

— Jeszcze raz dziÄ™ki! — powiedziaÅ‚a i zatrzasnęła drzwiczki. — To faktycznie klaustrofobia — rzekÅ‚a do niego, opuÅ›ciwszy szybÄ™. — Nie lubiÄ™ siÄ™ do tego przyznawać, ale... — udaÅ‚a nadzwyczaj szczerÄ…. Niestety, nie byÅ‚ jej psychoterapeutÄ…, a przecież nadawaÅ‚ siÄ™ do tej roli. — Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo mi pomogÅ‚eÅ›.

Ostrożnie ruszyła, kierując wóz na powierzchnię, a w lusterku w ostatniej chwili zauważyła, że facet z Genewy życzliwie macha jej ręką na pożegnanie.

20 lutego 2005 r.


P

ozostawili za sobą otulony snem Sulejówek. Śmigłowiec minął pokryty drzewostanem teren poligonu wojskowego i powoli zaczął obniżać lot. Czerń lasu ustąpiła ciemnej szarzyźnie łąk. Nisko zawiśli nad sporawą polaną, otoczoną z trzech strony linią boru. Zgasły światła sygnalizacyjne. Po drugiej stronie nitki szosy znaczyły się połyskujące w świetle księżyca stawy. Na niższych obrotach silnik pracował dużo ciszej.

— Jest jakieś... trzysta metrów stąd — zawyrokował Robert, podając komisarzowi lornetkę z noktowizorem. — Jeśli zależy ci na tym, żeby jej się dokładniej przyjrzeć, możemy niby to przypadkiem koło niej przelecieć. Mało prawdopodobne, żeby zwróciła na nas uwagę. Na pewno sterczy obok wozu i przeczesuje wzrokiem niebo.

Jakiś czas trwało, nim w okularach znalazł właściwy skrawek gruntu. Zabiło mu serce. Wyłowił zastygłą w bezruchu postać na tle przechylonego na bocznej bitej drodze samochodu osobowego. Naprowadziły go światła postojowe.

— To ona — wyszeptał. Głowę miała zadartą do góry. Kontemplował ten widok dłuższą chwilę. — Nie da się poprawić obrazu? — zapytał.

Betty majstrowała przy sprzęcie.

— Teraz będzie lepiej...

Wziął od niej i znowu przyłożył do oczu.

— Jeszcze cztery minuty — ostrzegł go rudzielec. — Powinni być punktualni. Jeśli dotąd nie widziałeś UFO, to właśnie masz okazję. Przestań ściągać ją wzrokiem, a śledź lornetką niebo. Przylecą ze wschodu — pokazał mu kierunek. — Z reguły się nie spóźniają.

Posłuchał go i skierował lornetkę wyżej. Księżyc był już nisko.

— Co z czujnikami? — zapytała Betty.

Robert podniósł na nią wzrok.

— Jak dotąd, nic. Mówiąc o nocy, mieli pewnie na myśli noc u siebie. Czyli po drugiej stronie Atlantyku.

— To prawda — westchnęła.

— Jezu Chryste! — wpadł jej w słowa Delorme.

Nadlatująca maszyna obcych rosła w oczach. Mający kształty sporawego spodka pojazd coraz bardziej opadał, aż wreszcie znieruchomiał nad zaparkowanym citroenem. Zachwycał zapierającą dech w piersiach tajemniczą symfonią świateł.

Genesis niby aktor na scenie znalazła się w omiatającym grunt jasnym stożku z reflektora.

— Mają ją! — szepnęła Betty.

Oczekująca wyciągnęła do góry rękę w geście, który miał pewnie wyrażać powitanie. W dół spłynął niby winda półprzejrzysty różowawy walec. Uczyniła ze trzy kroki i dała się pochłonąć świetlnej toni. Uniosło ją ku otwartemu wlotowi.

— Odrodziła się jak feniks z popiołów i uleciała w gwiazdy — ocknął się dotąd milczący Artur, poziewując w rękaw i przypominając o swojej obecności. — Bajeczny ptak — sennie podsumował tę przedziwną laskę. Nie robiło na nim wrażenia to, co się tam działo.

W minutę później NA-13 zakołysał się jak lekko wytrącony z równowagi wirujący bączek, zgrabnie poderwał się do lotu i poszedł w górę. A po następnej wtopił się w pokryty gwiazdami nieboskłon, zamieniając się w świecący punkt.

— Jeśli chcesz, możesz zabrać swój wóz — niemrawo rzekła Betty do Szwajcara. — Zmywamy się stąd, nic tu po nas!

Wtulony w fotel, wyraźnie się nudził. Skrzywił się, kiedy to usłyszał. Nie miał zamiaru wysiadać ze śmigłowca, ładować się za kierownicę samochodu i po nocy rwać samotnie do stolicy. Niby to było tylko 25 kilometrów, ale...

— A bo ja wiem? — wzruszył ramionami, ostentacyjnie nie wyjmując rak z kieszeni. — Skąd mogę wiedzieć, czy pozostawiła kluczyki w stacyjce? — próbował się bronić. — Może je wzięła ze sobą?

— Podlecimy tam i zobaczymy — rozstrzygnęła.

Robert zarżał. Akurat z ulgą zamykał laptopa. Był po pracy.

— Zadzwoń do niej i zapytaj! — zażartował.

Ten udał, że bierze ten wątpliwy dowcip za dobrą monetę.

— Mówisz o komórce? Już jest poza zasięgiem — niby to ze śmiertelną powagą odbił piłeczkę. A potem przesądził: — Rankiem ściągnie mi go pomoc drogowa. Zresztą, po co zaprzątasz sobie tym głowę? — zwrócił się do agentki. — Przecież to nie twój budżet.

— Faktycznie — przyznała się do porażki Betty.

22 lutego 2005 r.