U
słyszał umówione stuknięcie i cicho skrzypnęły w kiepsko naoliwionych zawiasach otwierane drzwi. Mimowolnie obejrzał się za siebie. Uniósł brwi.
— Tylko pół godziny? — zapytał z nutą ironii. — Aha, nie było Supermana.
Weszła do pokoju ze skwaszoną miną. Świetnie się prezentowała w obcisłej bluzeczce w paski.
— Drętwi jacyś. Bez polotu. Pewnie się rozkręcą dopiero około północy. Zero fantazji.
Wrócił do klawiatury.
— Doskonale trafiłaś — pocieszył agentkę. — Intuicja cię nie zawiodła. Właśnie uporali się z kolacją i idą do siebie.
Zatrzymała się za jego plecami.
— Przyniosłam ci puszkę coca-coli — wymamrotała. — A tu z powrotem te dwie dychy — podała mu przez ramię wymięty banknot.
Wziął i niespiesznie schował do wydobytego portfela.
— O, są już w środku — oznajmił. — Zapaliły się boczne światła.
— To jego apartament? — próbowała się upewnić.
— Uhm! — potwierdził.
— Zadzwoń do Artura i zapytaj, czy nie zapomniał o afrodyzjaku.
— O czym? — zrobił wielkie oczy.
— Nie mówiłam ci? Dostałam ten środek od Waltera. Działa w bukiecie odświeżająco-zapachowym, który wkłada się do kontaktu.
— Serio? Nie mówiłaś. Teraz już za późno, żeby mu o tym przypominać. Ale jak go znam, to na pewno tego nie przeoczył. — Uderzył się ręką w czoło niby to w nagłym olśnieniu. — Coś takiego i mnie by się przydało — rzekł z ożywieniem.
— Akurat — wycedziła z przekąsem. — Tobie? Wiem, co byś z tym zrobił.
— He, he, he! — zarechotał. — Na wszelki wypadek posprawdzaj gniazdka elektryczne.
Odeszła od niego i szeroko otworzyła okno. Do pokoju wdarło się wieczorne powietrze. Z oddali dobiegał trel słowika.
— To jest zawsze najlepszy sposób — popisała się pomysłowością. — Świeżutki łyk tlenu.
Oparła się łokciami o parapet i zapatrzyła się w ciemne niebo. Widniał na nim blady sierp księżyca.
— Jasny gwint, zaczyna się... — Robert oderwał ją od wieczornych medytacji. — Świeże powietrze w Warszawie? Całują się!
Odwróciła się od okna.
— Nie będę na to patrzeć — mężnie postanowiła. — Ty mi krótko mów, co się tam dzieje.
Rypnęła całym ciałem na łóżko i ułożyła się wygodnie, podkładając sobie poduszkę pod głowę. Zaczęła się bawić pozostawionym sztyletem.
— No więc... excusez du peu... kilka ciasnych figur. Obejmują się i pieszczą. On ją zaczyna roz-bie-rać... — chłodno relacjonował. — Zero tremy przed występem. Musieli w siebie wlać morze wina.
— Ma pod spodem czarną haleczkę?
— A jak... — cmoknął z uznaniem. — Szczuplutka, ale z seksapilem. Ha! — po chwili dorzucił z dumą, odsuwając się od laptopa. — Dali mi to wreszcie na cały ekran. Jak w telewizji. Klasa! Z trzech kamer. No... — znacząco gwizdnął. — Ona uklęknęła przed nim i... Boże ty mój!.. — jego głos przeszedł w teatralny szept. Udał, że w niewiarygodnym zawstydzeniu zasłania sobie oczy, lecz nadal patrzył przez rozłożone palce. — Ależ on ma wielkiego ptaka... Nie widziałem takiego, jak żyję — wychrypiał z zachwytem. — Niespotykana anomalia...
Nie wytrzymała i zwinie zerwała się z łóżka, stając mu za plecami. Rzuciła okiem na to, co działo się na ekranie.
W jednej chwili się połapała.
— Ty wredny świntuchu! — parsknęła ze złością. — Podpuściłeś mnie, chamie jeden. Normalnego ma, do diabła! — Wróciła tak gwałtownie na łóżko, że aż jęknęły sprężyny. — Zrób mi jeszcze raz taki numer, cwaniaku, a wyfruniesz przez okno — ostrzegła go. — Z oberwanymi jajami — pogroziła mu ostrym sztyletem. Lecz już po chwili dużo spokojniej dorzuciła, nie kryjąc determinacji: — Doskonale się orientujesz, że seks będę uprawiać tylko z facetem, który zostanie moim mężem. Nigdy wcześniej. Więc mnie nie prowokuj!
Mimowolnie przytaknął, nie przywiązując do jej wybuchu większej wagi.
— Teraz zaczynają na ostro — oznajmił. Nagle ziewnął, oparł się o krzesło i z ulgą założył ręce za głowę. Spoważniał. — No, nie, nie chciałem ci deptać po odciskach — zaczął się usprawiedliwiać. — Dobrze wiesz, że cię szanuję i tak dalej. Ale w każdym siedzi taki psotliwy chochlik, który czasami...
— Taki mały skurwysynek — wpadła mu w słowa — który musi sprawdzić, czy nie da się rozwalić zabawki, na którą starzy wydali krocie...
— Dokładnie — potwierdził po chwili. — Już skończyli. Błyskawicznie się z nią uporał. Teraz zwlókł się z łóżka i człapie do łazienki. Szkoda, że nie było głosu...
— Oj, krasnalu, krasnalu... Gdybyś mnie nie cenił — pobiegła myślami za jego krótką spowiedzią — byłby z nas zespół do kitu. Na tym stoimy od dwóch lat.
Pochylił się nad ekranem.
— Mam zbliżenie na jej śliczną buźkę — kłapnął. Zabawnie przekrzywił głowę. — Wydaje się... taka ludzka i... heh... szczęśliwa.
O
party rękami o umywalkę, ciężko dyszał, pomału się uspokajając. Była zadziwiająco uległa i nie pojmował, dlaczego pot leje się z niego strumieniami. Wąskie strużki płynęły po twarzy, po piersiach i plecach, docierając do posadzki. Czuł się tak, jakby właśnie samotnie zdobył Mount Everest. Triumfował. Genesis nie zamieniła się w potwora. Dała mu to, czego od wczesnej młodości bezskutecznie oczekiwał od kobiet, nie znajdując oddźwięku i zrozumienia. Nigdy w życiu nie zaznał takiej rozkoszy.
Wziął prysznic, wytarł się ogromnym ręcznikiem i wrócił do łóżka. Przytuliła się do niego.
— Było ci dobrze? — zapytała.
— Mhm! — wymruczał.
— Teraz pójdę do siebie, bo nie mógłbyś zasnąć. Rankiem się spotkamy — cmoknęła go w czoło. — Dobranoc! — wyrzekła.
— Dobranoc! — potulnie się zgodził.
Pozbierała swoje rzeczy i bezszelestnie opuściła jego apartament.
B
yła ciemna noc. Wskazówki zegara pokazywały pierwszą dwadzieścia cztery. Delikatnie pieścił jej ponętne gładkie ramię, wystające spod kraciastego koca.
— I znowu muszę cię budzić, śpiochu — szeptał jej przy uchu. — Wstawaj, słodka Esmeraldo. Czeka nas żółty alarm. Cały nasz misterny plan poszedł w drzazgi.
Uniosła się na łokciu, prawie nie otwierając oczu. Kurczowo złapała go za nadgarstek, chcąc czym prędzej znaleźć się na powrót w jego bezlitosnym, ale realnym świecie. Przyśniło się jej, że jeszcze chodzi do college'u i że wybrała się z przyjaciółkami na rozkoszną plażę w Miami. A wcześniej jeździły na wrotkach.
Nie zapalał światła. Monitor laptopa rzucał słaby blask. Był nieomal Orfeuszem, wyprawiającym się po Eurydykę do Hadesu.
— Co się stało, Quasimodo? — wymamrotała. W tamtym sennym świecie nie było koszmarnych obcych z Syriusza.
— Osunęła się lawina. Dziesięć minut temu odezwał się ten popieprzony namayski komunikator — wyznał z przygnębieniem. — Mamy cholernego pecha — dorzucił z żalem. — Właśnie czekam na tłumaczenie.
— A co się z nią dzieje?
— Artur mówił, że wpadła w panikę. Totalnie jej odbiło. Rzuca się po numerze hotelowym i omal nie chodzi po ścianach. Ale to nie wszystko — odkaszlnął. — Centrala informuje, że jeden z namayskich patrolowców wchodzi właśnie w atmosferę. Chyba jakiś starszy typ. Ogłosili u siebie czarny alarm. Z analizy toru lotu wynika, że kieruje się w stronę Warszawy. Ponieważ tu działamy, są zainteresowani naszymi sugestiami. Zajmą się nim, jeśli to nie wiąże się z naszą operacją. To znaczy: wykończą tych Namayów i zgarną ich sprzęt.
Podniosła się i zaczęła się ubierać.
— Faktycznie, włącz żółty alarm! — powiedziała ze zniechęceniem. Kochała porządek i nie cierpiała takich nagłych zwrotów akcji.
— Włączam żółty alarm dla środkowo-wschodniej Europy — oznajmił, szybko uderzając w klawisze. — Musisz tu wpisać swój osobisty kod...
Przysiadła na jego krześle w figach i półkoszulce, a on odebrał telefon. Od dzieciństwa miał świra na punkcie komputerów i radził sobie ze wszystkimi możliwymi protokołami sieciowymi.
— Artur mówi, że ona ubrała się i zjeżdża na dół. Pewnie do garaży.
— Dobra, niech zmyka. I tak daleko nie ucieknie — mruknęła z przekąsem. — I co masz?
Ustąpiła mu miejsca i mógł ponownie przypiąć się do klawiatury.
— Jest ta instrukcja. Na wstępie zwyczajowe pozdrowienia namayskie. Potem treść: "Zabieramy cię, siostro, z Ziemi. Wracasz do swoich!" Następnie mówią, gdzie ma czekać i o której. Dokładne parametry... — zerknął na zegarek. — Dysponuje pewnym zapasem czasu, nie musi się szaleńczo spieszyć. Tylko gdzie to jest? Potrzebna mapa.
— Przyszło jeszcze coś z centrali — cicho zauważyła.
Odebrał komunikat.
— To takie same indeksy — skonstatował. — Wykryty przez naszych NA-13, czyli innymi słowy UFO, wyląduje... eee... to jest gdzieś między Sulejówkiem a Halinowem. Godzina też się zgadza.
Przetarł zmęczone oczy i zatrzymał wzrok na agentce. Szykowała się do włożenia sportowych butów na protektorach.
— No, piękna, rusz głową. W tobie ratunek. Wciągnęło nas to bagno po uszy!
Zamarła w bezruchu, dotykając palcami skroni. Niczym odurzona wyziewami ze szczeliny skalnej Pytia z Delf musiała zajrzeć w przyszłość.
— Po pierwsze, nadasz do centrali, żeby nie ruszali tej namayskiej maszyny. Ma bezpiecznie wylądować i odlecieć... — rzekła po chwili wahania.
— Chcesz tego cudaka wypuścić z rąk? — na jego czole pojawiły się dwie poziome bruzdy. — Tyle zachodu i raptem walkower? Poddasz się bez walki?
Z przekonaniem przytaknęła.
— Nie dramatyzuj. Widzę, że umierasz ze strachu. Z duszą na ramieniu niczego nie dokonasz. Jestem pewna, że ona wróci. Qui ne risque rien, n'a rien. Ale musi się sama przekonać, że tam już nic nie ma. Za wyjątkiem tych żałosnych niedobitków ich flotylli w paśmie planetoid. Kapujesz? Po drugie, niech Artur umożliwi jej dotarcie do zaplanowanego miejsca lądowania obcych. Może Genesis będzie w stanie zwędzić jakiś wóz? Jeśli nie, niech jej zaofiaruje któryś z naszych. Stoją tam chyba ze trzy. On to potrafi.
— Oki!
— Poczekaj, jeszcze chwila. Kiedy już się z tym upora, niech ściągnie z łóżka komisarza i zabierze go ze sobą na lądowisko. Niepostrzeżenie polecimy za nią naszym śmigłowcem.
— Z tym francuskim gliną? Po co?
— To ważne. Musi na własne oczy ujrzeć, że jego urocza laska daje dyla z Ziemi. Jest w niej zadurzony, więc nam nie uwierzy. Będzie mu chodziło po głowie, żeśmy ją sprzątnęli. A powinniśmy go mieć gotowego pod ręką, kiedy ona wróci.
— Aha, rozumiem. Helikopter na które lądowisko?
— No, bezsprzecznie na to w pobliżu. Na VS2. Niech przyleci dokładnie o... eee... Oki, za chwilę zgramy czasy... — zaciągała pasek przy spodniach. — Mamy stąd tam pieszo siedem minut.
Rozłożył papierową mapę.
— Jeśli dorwie sprawny wóz i niczego nie pokręci, to pewnie uda się w stronę Mostu Poniatowskiego, potem pogna Grochowską, Płowiecką, Czecha i Traktem Brzeskim. To wylot na Terespol. Poradzi sobie? A może złapie taksówkę? — podniósł wzrok na Betty.
— Prościutka trasa, trudno zabłądzić. Z jej wewnętrznym kompasem? O tej porze nie ma dużego ruchu. W Paryżu jakoś sobie radziła. Ani razu nie miała stłuczki, pominąwszy kilka mandatów za parkowanie — sumowała wcześniej zdobytą wiedzę. — O cholera, wreszcie to do mnie dotarło... Na pewno nie umie ukraść samochodu. Jeszcze rozwali szybę i narobi hałasu, ściągając sobie na kark policję... Wszystko, tylko nie to...
— Może wiadomymi kanałami dać cynk, żeby drogówka jej nie ruszała?
— Co ty? Nie. To byłoby równoznaczne z dekonspiracją...
— Racja!
Zaświeciły się jej oczy.
— Otwórz, znowu masz coś z centrali.
— Pełna kultura — oznajmił po chwili. — Co za kurtuazja? Potwierdzili nasze dyspozycje i odwołali u siebie czarny alarm. Widzisz, jaką masz władzę? — z podziwem rzekł do agentki. — Dozgonne błogosławieństwo NASA. Ogłoszą cię świętą za życia.
— Złudzenia — mruknęła, mimo to z ulgą odetchnęła. — Koreluj czasy i wynosimy się stąd — zadecydowała. — Momencik — powstrzymała go. — Zaczekamy na to, co ona zrobi...
Z
jechał windą do garaży i jakby przecząc prawom fizyki w te pędy znalazł się na środku parkingu. Zaczął gwizdać pod nosem i omal nie stepować, nonszalancko próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Szczęśliwym zrządzeniem losu od razu wpadła mu w oczy.
— La marquise sortit à cinq heures — ironicznie mruknÄ…Å‚ do siebie, mimowolnie nawiÄ…zujÄ…c w myÅ›lach do historycznego manifestu surrealizmu. Tak wyglÄ…daÅ‚ stereotypowy poczÄ…tek konwencjonalnej powieÅ›ci. W rzeczywistoÅ›ci minęło pół do drugiej, a Genesis nie byÅ‚a markizÄ…, ale kosmitkÄ…. A do tego kurewkÄ…. — Witaj, Å›liczna Paryżanko! — z szeroko rozpostartymi ramionami tubalnie zawoÅ‚aÅ‚, olewajÄ…c zasady konspiracji i nie liczÄ…c siÄ™ z tym, że jest Å›rodek nocy. — Klaustrofobia? Nie możesz zasnąć w nowym miejscu? — Z mety podpÅ‚ynÄ…Å‚ do niej, jakby intymne tête-à-tête z tÄ… wÅ‚aÅ›nie niedawno poznanÄ… madonnÄ… miaÅ‚o być jego przeznaczeniem.
Bezradna sterczała za czerwonym volvo w popielatych bojówkach, wygodnych półbutach i jakimś luźnym swetrze. Obeszła zaparkowane wozy, mając płonną nadzieję, że któryś z kierowców okazał się na tyle lekkomyślny, żeby zostawić uchylone drzwiczki lub kluczyki w zamku. Nie szarpała klamek, lękając się, że uruchomi alarm.
— A ty? Co ty tutaj robisz? — nieżyczliwie zapytała. — Przyzwoici faceci już śpią... — fuknęła jak osaczone zwierzę. Zamierzała pozostać sama i nie przewidywała żadnego męskiego towarzystwa. Zresztą była już z jednym w łóżku tej nocy.
Miała jakieś nieprzytomne spojrzenie, więc nie próbował wdawać się w wyjaśnienia ani w pertraktacje. Nie odstraszyła go. Śmiało do niej się zbliżył i z filuternym uśmiechem pomachał jej kluczykami przed oczyma.
— Znam ten ból — omal nie zaśpiewał z przejęcia. — Domyślam się, że chcesz się stąd wyrwać. Te biurowce przytłaczają. Weź mój! — rzekł zachęcająco. — To tamten ciemny citroen. Bak jest prawie pełny.
Na taką chrupiącą marchewkę od razu dała się złapać. Podprowadził ją do wozu i zachęcająco uchylił przed nią bramy niby-raju. Zerwał zakazany owoc i wepchnął jej do rąk.
— Mam szczęście, że na ciebie trafiłam — pociągnęła nosem. Okazał się zaczarowaną złotą rybką, spełniającą jej życzenia. — W Paryżu szlajałam się bardzo podobnym.
Nerwowo zasiadła za kierownicą i nagle ustąpiło męczące ją napięcie. Włożyła kluczyk do stacyjki.
— Nie ma sprawy — rzucił niefrasobliwie. — Musimy sobie pomagać, maleńka. To obcy kraj. A tam w skrytce masz mapkę tej metropolii — skwapliwie dodał. — To na wypadek, gdybyś się zagubiła w tym labiryncie...
— Jeszcze raz dzięki! — powiedziała i zatrzasnęła drzwiczki. — To faktycznie klaustrofobia — rzekła do niego, opuściwszy szybę. — Nie lubię się do tego przyznawać, ale... — udała nadzwyczaj szczerą. Niestety, nie był jej psychoterapeutą, a przecież nadawał się do tej roli. — Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo mi pomogłeś.
Ostrożnie ruszyła, kierując wóz na powierzchnię, a w lusterku w ostatniej chwili zauważyła, że facet z Genewy życzliwie macha jej ręką na pożegnanie.
P
ozostawili za sobą otulony snem Sulejówek. Śmigłowiec minął pokryty drzewostanem teren poligonu wojskowego i powoli zaczął obniżać lot. Czerń lasu ustąpiła ciemnej szarzyźnie łąk. Nisko zawiśli nad sporawą polaną, otoczoną z trzech strony linią boru. Zgasły światła sygnalizacyjne. Po drugiej stronie nitki szosy znaczyły się połyskujące w świetle księżyca stawy. Na niższych obrotach silnik pracował dużo ciszej.
— Jest jakieś... trzysta metrów stąd — zawyrokował Robert, podając komisarzowi lornetkę z noktowizorem. — Jeśli zależy ci na tym, żeby jej się dokładniej przyjrzeć, możemy niby to przypadkiem koło niej przelecieć. Mało prawdopodobne, żeby zwróciła na nas uwagę. Na pewno sterczy obok wozu i przeczesuje wzrokiem niebo.
Jakiś czas trwało, nim w okularach znalazł właściwy skrawek gruntu. Zabiło mu serce. Wyłowił zastygłą w bezruchu postać na tle przechylonego na bocznej bitej drodze samochodu osobowego. Naprowadziły go światła postojowe.
— To ona — wyszeptał. Głowę miała zadartą do góry. Kontemplował ten widok dłuższą chwilę. — Nie da się poprawić obrazu? — zapytał.
Betty majstrowała przy sprzęcie.
— Teraz będzie lepiej...
Wziął od niej i znowu przyłożył do oczu.
— Jeszcze cztery minuty — ostrzegł go rudzielec. — Powinni być punktualni. Jeśli dotąd nie widziałeś UFO, to właśnie masz okazję. Przestań ściągać ją wzrokiem, a śledź lornetką niebo. Przylecą ze wschodu — pokazał mu kierunek. — Z reguły się nie spóźniają.
Posłuchał go i skierował lornetkę wyżej. Księżyc był już nisko.
— Co z czujnikami? — zapytała Betty.
Robert podniósł na nią wzrok.
— Jak dotąd, nic. Mówiąc o nocy, mieli pewnie na myśli noc u siebie. Czyli po drugiej stronie Atlantyku.
— To prawda — westchnęła.
— Jezu Chryste! — wpadł jej w słowa Delorme.
Nadlatująca maszyna obcych rosła w oczach. Mający kształty sporawego spodka pojazd coraz bardziej opadał, aż wreszcie znieruchomiał nad zaparkowanym citroenem. Zachwycał zapierającą dech w piersiach tajemniczą symfonią świateł.
Genesis niby aktor na scenie znalazła się w omiatającym grunt jasnym stożku z reflektora.
— Mają ją! — szepnęła Betty.
Oczekująca wyciągnęła do góry rękę w geście, który miał pewnie wyrażać powitanie. W dół spłynął niby winda półprzejrzysty różowawy walec. Uczyniła ze trzy kroki i dała się pochłonąć świetlnej toni. Uniosło ją ku otwartemu wlotowi.
— Odrodziła się jak feniks z popiołów i uleciała w gwiazdy — ocknął się dotąd milczący Artur, poziewując w rękaw i przypominając o swojej obecności. — Bajeczny ptak — sennie podsumował tę przedziwną laskę. Nie robiło na nim wrażenia to, co się tam działo.
W minutę później NA-13 zakołysał się jak lekko wytrącony z równowagi wirujący bączek, zgrabnie poderwał się do lotu i poszedł w górę. A po następnej wtopił się w pokryty gwiazdami nieboskłon, zamieniając się w świecący punkt.
— Jeśli chcesz, możesz zabrać swój wóz — niemrawo rzekła Betty do Szwajcara. — Zmywamy się stąd, nic tu po nas!
Wtulony w fotel, wyraźnie się nudził. Skrzywił się, kiedy to usłyszał. Nie miał zamiaru wysiadać ze śmigłowca, ładować się za kierownicę samochodu i po nocy rwać samotnie do stolicy. Niby to było tylko 25 kilometrów, ale...
— A bo ja wiem? — wzruszył ramionami, ostentacyjnie nie wyjmując rak z kieszeni. — Skąd mogę wiedzieć, czy pozostawiła kluczyki w stacyjce? — próbował się bronić. — Może je wzięła ze sobą?
— Podlecimy tam i zobaczymy — rozstrzygnęła.
Robert zarżał. Akurat z ulgą zamykał laptopa. Był po pracy.
— Zadzwoń do niej i zapytaj! — zażartował.
Ten udał, że bierze ten wątpliwy dowcip za dobrą monetę.
— Mówisz o komórce? Już jest poza zasięgiem — niby to ze śmiertelną powagą odbił piłeczkę. A potem przesądził: — Rankiem ściągnie mi go pomoc drogowa. Zresztą, po co zaprzątasz sobie tym głowę? — zwrócił się do agentki. — Przecież to nie twój budżet.
— Faktycznie — przyznała się do porażki Betty.