EKSCYTOZA    mikropowieść SF

Edward Guziakiewicz

Z  tomu   Przyloty na Ziemię


eksc

3

Rozdział trzeci

Wobec zagadek UFO i Trójkąta Bermudzkiego



M

eafluoriańskie słońce skryło się już za poszarpaną linią horyzontu, a na niebie zabłysły pierwsze gwiazdy. Po całym dniu, wypełnionym nudnawymi zajęciami, którymi bez ładu i składu zarzucał ich z lekka podminowany Hagus, pragnący, ani chybi, opóźnić nieuchronną katastrofę, mogli wreszcie rozsiąść się w przestronnej altanie i z ulgą rozprostować kości. Tamtemu zabrakło w końcu konceptu. Był już najwyższy czas, żeby wyrzec się zabawy w kurtuazję i docisnąć śruby wyślizgującemu się grubasowi. Należały mu się baty. Drań pognał ich prawdziwą ścieżką zdrowia. Niby to w ramach oficjalnego protokołu powitalnego zmusił ich w pierwszej kolejności do dokładnego obejrzenia sięgającej głęboko w ziemię bazy. Poziom za poziomem. Kogóż to, do diaska, obchodziło? Budynek tylko z pozoru wyszedł spod rąk miejscowych architektów — wznieśli go Styracydzi, skrycie w nim instalując wymyślną aparaturę, służącą celom wywiadowczym i militarnym. Zabezpieczali się tak wszędzie, gdzie tylko mogli, w całym imperium. Kiedy z tym się uporał, naciągnął ich na zwiedzanie miasta. Zachowywał się jak lokalny władyka, nie wywiązujący się z kontrybucji i teraz robiący ze strachu w gacie. Cwaniak miał w grodzie wpływy i przewidział szereg niby to atrakcji, a w tym zawody w lokalnych dyscyplinach sportu. Musieli nawet obejrzeć coś, co mogło kojarzyć się z domem uciech cielesnych, zaś kulminacyjnym punktem programu dnia okazały się zapasy miejscowych osiłków. Żałosne popisy trwały całe popołudnie. Kimi przez cały czas grała rolę bardzo oficjalnej i wręcz niedostępnej. Była zimna jak głaz, czym wprawiała tamtego w prawdziwy popłoch, a Mitos dawno jej takiej nie oglądał.

Przyparty do muru Hagus podjął wreszcie niechciany temat. Zapadła złowróżbna cisza i byl zmuszony ją przerwać.

— Nie miałem powodu, żeby poświęcać czas tej nie zwracającej na siebie uwagi parze osobników — zaczął niemrawo i mętnie. — Pewnie nie uwierzycie, ale mam wiele innych ważniejszych spraw na głowie. Alarm? Nie! Larum z powodu jakiejś błahostki? Ot, dwie zabłąkane istoty opuściły gęstwiny ciągnącej się nieopodal puszczy — i tyle. Przywarowały na brzegu lasu. Są przerażone, więc nie wejdą nikomu w drogę. Nic tu nie znaczą, więc dlaczego miałyby nam mieszać szyki?

Kimi przestała kręcić nosem i Mitos mimochodem odnotował, że zsunęła się nagle z wysokiego piedestału. Gruby tańczył wreszcie jak mu zagrała.

— Dwóch tubylców? — zapytała z udawaną życzliwością. Zrobiła się raptem tak słodka, że przyłóż do rany.

— Dwoje — wydukał Hagus po chwili namysłu. — Oni są... obcy — ostrożnie dodał. — To znaczy... eee... na pewno nie są Meafluorianami.

— Pięknie, a co ze sobą przytargali? Może nośnik z silnie emitującą inteligencją? — Kimi ciągnęła go za język, układnie podsuwając odpowiedzi.

Hagus czuł się coraz bardziej nieswojo. O pewnych rzeczach wolałby nie mówić. Jego tonące w tłuszczu oczka czujnie ich lustrowały, gotowe wychwycić każdą zmianę nastroju.

— Myślę, że dojdę do tego, co to jest. Powolutku. Wiem, że chodzi wam o paranormalne zdolności tego obiektu. Inaczej nie powiadamiałbym o tym władz na Arze... — urwał i skwapliwie pociągnął ze szklanicy tutejszego piwa, którego oni jeszcze nie tknęli. — Tyle tylko, że nie sądziłem — cmoknął i rozwodził się dalej — iż tak banalna sprawa kogoś w centrali do żywego poruszy. I że osobiście pofatygują się do tego zaścianka agenci spod skrzydeł Najwyższej Rady. To dla was za niskie progi. I nie jest przy tym wcale tak, jak myślicie — uniósł pulchną dłoń, nie pozwalając Kimi dojść do słowa. — Przez kilka ostatnich kadencji nikt z Pierwszej Galaktyki nie raczył tu zajrzeć choćby na chwilkę, by rzucić okiem na to, co tu się dzieje — obłudnie się żalił. — Wszystko zwalano na moją głowę, nie przejmując się, co z tego wyniknie. Musiałem więc zdawać się na improwizację. I nie zawsze oglądałem się na obowiązujące procedury. Tych zresztą jest bez liku i trudno z góry przewidzieć, które z nich okażą się ważne, a które nie. I kogo za co pociągną w efekcie do odpowiedzialności. Wierzcie mi, można w nich utonąć jak w bagnie.

Kimi gwałtownie się poruszyła.

— Nie od ciebie uzyskaliśmy informację o ekscytozie. Obudziłeś się dopiero wtedy, kiedy otarło się o twe parszywe uszy, iż coś już wiemy... — zasyczała jak żmija, znienacka porzucając rolę słodkiej idiotki.

— Zaraz, zaraz, nie pojmuję — Mitos tarł w zamyśleniu czoło. — O czym wy mówicie? Do licha, oni nie są tubylcami? Nie pochodzą z Meafluorii? Na moce niebios, kim zatem są i skąd przybyli? — zaniepokoił się nie na żarty. — Czyżby spoza granic imperium?..

Hagus był zafrasowany, a jego wściekle zielona skóra jeszcze bardziej pozieleniała. Rozmowa w altanie nie przebiegała po jego myśli. Nie spodziewał się, że jego goście będą aż tak dociekliwi i drobiazgowi. Wiercili mu dziurę w brzuchu. Było widać, że musi się usprawiedliwić.

— To moja wina — wydukał przepraszająco, uderzając się dłonią w piersi. — Moja, a raczej mojego poprzednika na Meafluorii, Gibausara. Chodzi o to, że ani on, ani ja nie powiadomiliśmy na czas centrali o tym, że tu, w pobliżu — w tym układzie solarnym — znaczy się drobna osobliwość kosmologiczna. Ot, taka sobie niewielka autogeniczna szczelina w tym, no... w przestrzeni. Jakoś tak wyszło. Maleńki bałaganik w dokumentacji. Tyle spraw na głowie, więc o takich drobnostkach się nie pamięta. A archiwum i tak się rozrasta, więc mało kto potem... eee...

— Otwarta czy zamknięta? — szybko zapytała Kimi. Wydarła Hagusowi z gardła bezcenną informację i to ją wyraźnie uspokoiło. Gdyby nie wyprawiła się na Meafluorię, nie usłyszałaby o tym wstydliwym sekrecie byczącego się na niej darmozjada. Odprężyła się, a nawet uśmiechnęła się do Mitosa. Jej promienne oczy zdawały się mówić: „Widzisz? Warto było tu wyskoczyć. A ty przecież nie miałeś ochoty!” Cóż, triumfowała. Dowiodła, że intuicja jej nie myliła. Jenarekici nie popełniali rażących błędów.

— Nie, nie została zamknięta — niechętnie wyjawił Hagus, gdy tylko poradził sobie z napadem konwulsyjnego kaszlu, który go męczył dobrą chwilę. Znowu umoczył usta w tutejszym piwie. — Nie wpadliśmy na to, żeby zasklepić ten mierny prześwit. Mój poprzednik, Gibausar, doszedł do przekonania, że tą drogą nic groźnego nie może wedrzeć się w granice naszego wspaniałego państwa. Oby boskie imperium trwało wiecznie! I chyba się nie pomylił. Co prawda, nie miał kompetencji, by o tym rozstrzygać, ale mnie z kolei jakoś niezręcznie było mu to złośliwie wytykać — przedstawiał swoje racje. — Przecież to drobne potknięcie. Postawiłbym go w kłopotliwej sytuacji — dukał, pocąc się — gdybym podjął jakieś kroki zaradcze. A przy tym wyszedłbym na podłego donosiciela. Niestety, rzecz w tym, że od czasu do czasu jakieś kosmiczne śmieci przez tę szczelinę wpadają... — wychrypiał.

— Skandal — warknął Mitos, który natychmiast zaangażował się emocjonalnie. — Tego nie będzie można ukryć. Niech to piekło pochłonie! — Sprawa wyglądała poważnie. — Zaraz, zaraz... — coś sobie uprzytomnił. — A dokąd wiedzie ta szczelina?

Hagus bezradnie rozłożył ręce. Wydawało się, że za chwilę padnie na kolana przed agentami z Pierwszej Galaktyki, by błagać o litość i wybaczenie.

— Do przestrzeni kosmicznych, odległych od granic naszego imperium o wiele milionów lat świetlnych. Niczego tam nie ma, wierzcie mi. Szkoda fatygi. A przynajmniej niczego, co mogłoby zainteresować tak światłych i przenikliwych agentów jak wy. Nawet najmniejszych śladów wrogiej cywilizacji!

Kimi nie była zaciekawiona dalszymi krętactwami Hagusa. Łgał jak najęty i robił uniki. To, co dotąd usłyszała, w zupełności jej wystarczało. Dyskretnie ziewnęła, przysłaniając sobie usta. Potem z ulgą się podniosła.

— Do obcych, którzy tu się nieopatrznie znaleźli, wyślemy kryształy informacyjne — zdecydowanie rozstrzygnęła. — Niech ustalą, co jest z tą ekscytozą. My zaś we troje — obwieściła z triumfem — spenetrujemy tę diabelską szczelinę. Obejrzeliśmy sobie bazę, zwiedziliśmy gród, przyglądaliśmy się pracom i rozrywkom zielonoskórych Fluorian, teraz zaś rzucimy okiem za kulisy teatru Hagusa. Innymi słowy, przypatrzymy się temu, czego nie chciał nam pokazać. Sądzę, że czeka nas przednia zabawa — zakończyła kąśliwie.

Tamten otworzył szeroko usta, jakby chciał zaprotestować, ale niczego nie wybąkał na swoją obronę. Przygarbił się i wydawało się, że będzie potrzebować kostura, by podnieść się i tchórzliwie powlec za Kimi i za jej towarzyszem. Miał pecha i przegrał z kretesem. Dobiegał już końca jego drugi dyżur na Meafluorii, bo o pozostawienie go tu po pierwszym sam prosił zwierzchność na Arze. Nie spodziewał się, że nagle znajdzie się na równi pochyłej.

Gnąc się w ukłonach, opuścił agentów, by zająć się przygotowaniami do podróży. Dość długo nie wracał, grzebał się jak mucha w smole, wreszcie błysnęło przytłumione światło, a na podeście, który wyłonił się spod ziemi, pojawił się gotowy do odlotu niewielki pojazd. Maszyna przypominała odwrócony spodek. W centralnych galaktykach tego typu środki transportu, nadające się do kosmicznych eskapad w obrębie kilkudziesięciu minut świetlnych, dawno już wyszły z użycia. Na peryferiach sporo ich jednak pozostało. Tam się jakoś przydawały.

— O, zgrozo! — rzekła do siebie Kimi, nie kryjąc zdziwienia. — Jak żyję, nigdy nie siedziałam w takim gruchocie. Czy to dziwo nie rozleci się po starcie?

Nie zrezygnowała jednak z zaplanowanej wyprawy.



T

ajemnicza szczelina w przestrzeni, dziw natury, miała kształt wydłużonego trójkąta i wyglądała jak ślad po cięciu ostrym narzędziem do fechtunku. Można było sobie od biedy wyobrazić, że przed milionami lat kosmiczny gigant z nieznanego wymiaru trenował tu, zajmując się transfiguracjami wierzchniej warstwy wszechświata, tnąc przejścia i tworząc połączenia odległych stron. Kimi próbowała się otrząsnąć i odsunęła od siebie te zamazane obrazy. Grubas był zajęty pilotowaniem maszyny, a Mitos z uwagą śledził tor lotu.

— Jakim cudem udało się wam ją odkryć? — zapytała.

Oderwali się już od powierzchni Meafluorii, przebili się przez atmosferę i osiągnęli zamierzoną orbitę. Prześwit był ledwo widoczny, ale strażnik trafił nań bez trudu, a ich miniaturowy kosmolot w okamgnieniu przebił się do nieznanego gwiazdozbioru. Znaleźli się w wykonującej powolne obroty spiralnej galaktyce. Mieli przed sobą słońce, przeciętną żółtawą gwiazdę, usytuowaną w pobliżu wewnętrznego brzegu jednego z ramion spirali. Tuż pod nimi jaśniała obca planeta.

— Złożyły się na to dwie przyczyny — tamten półgębkiem odpowiedział, gdy uporał się z manewrem przejścia. Poza granicami imperium czuł się pewniej, ale i tak było widać, że nawet na torturach nie zdradzi wszystkiego, co wie. — Systemy kontrolne na Meafluorii odnotowywały obecność meteorów niewiadomego pochodzenia, a Gibausar usiłował dociec, skąd pochodzą. A poza tym w lasach meafluoriańskich zalegały wraki różnych maszyn, których nie zbudowali tubylcy. To mu dawało do myślenia.

Mitos oglądał z góry nową planetę. Była większa od Psyfarozy, a pod pewnym względem przypominała Arę. Zeszli na niższą orbitę i systemy nawigacyjne ich latającego wehikułu wyłowiły liczne małe satelity, służące głównie do celów naukowych i informacyjnych.

— Sporo krążącego złomu... — mruknął. — Nie są w stanie tego jakoś uporządkować? — zdziwił się. A potem zwrócił się do Hagusa: — Zaskakujesz nas na każdym kroku. Ciekawie sobie poczynasz, to prawda, nie zmienia to jednak w niczym faktu, że wikłasz się w niebezpieczną grę. Zatem mieszkańcy tego globu już wielokrotnie odwiedzali Meafluorię?

Włączyły się samoczynnie niezbędne zabezpieczenia i mogli wejść lotem ślizgowym w górne warstwy bogatej w azot i tlen atmosfery, całkowicie niewidoczni dla naziemnych systemów obserwacyjnych.

— Od czasu do czasu kogoś przerzuca — wyjawił. — Ruchliwość tej szczeliny jest widoczna. Niekiedy więc obie planety, Gea i Meafluoria, niemal się stykają — tłumaczył zrezygnowanym głosem. — Jednakże temu niecodziennemu zjawisku nie towarzyszą żadne wyczuwalne oddziaływania grawitacyjne.

Majestatycznie płynęli nad półkulą południową, oglądając sporawy kontynent, pokryty białymi lodowcami i wieczną zmarzliną. Planeta obfitowała w wodę. Mitosowi skojarzył się ten widok ze skrzącymi się w pogodne dni w słońcu zaśnieżonymi górami na Arze.

— Jak Fluorianie i ich pobratymcy reagują na obcych? — zapytała Kimi. — Polują na nich, zabiją ich i pożerają, czy też obchodzą się z nimi bardziej humanitarnie? Odnotowują chyba ich obecność?

Hagus odchrząknął.

— No, nie, nigdy ich nie mordowali — głos miał nadal żałosny, choć starał się wywołać wrażenie, że nie przejmuje się klęską. — Nie wiedzieli, skąd oni pochodzą, a to sprawiało, że przyjmowali ich jak przybyszy z niebios. Prawo gościnności jest tam silne i respektują je wszystkie plemiona na Meafluorii.

Ich kosmiczna bryka zmieniła kierunek lotu i wkrótce pojawiły się pod nimi archipelagi wysp i wysepek. Zmierzali w stronę równika.

— Nic tu po nas — rozstrzygnęła naraz Kimi. — Wracamy.

Strażnik skwapliwie podporządkował się poleceniu. Chyba odetchnął z ulgą. Latający spodek zawrócił i pomknął w górę, by po pewnym czasie oddalić się od zamieszkałego globu.

— Mam nadzieję — rzekł groźnie Mitos — że nigdy nie lądowałeś na tej planecie, nie ujawniałeś się przed istotami rozumnymi, które na niej się rozwinęły, ani nie ingerowałeś w ich życie?

— Nie, nie lądowałem — odpowiedział potulnie. — Po co miałbym to czynić? Docierający na Meafluorię bladolicy sami dostarczali wielu informacji — objaśnił, starając się, by brzmiało to wiarygodnie.

— A jak oni wyglądają? — zapytała Kimi. — Są humanoidami?

— Najbardziej przypominają Terocypów z Dziewięćdziesiątej Drugiej Galaktyki. Ot, tacy sobie, mało oryginalni — ciągnął Hagus. — Są wyżsi od Fluorian, mają krótkie nosy i krótkie uszy, no i bardzo jasną cerę, chociaż nie wszyscy. Na tej planecie jest kilka ras, zróżnicowanych pod względem koloru skóry.

— A jak przekraczają szczelinę? Czy o niej wiedzą?

Oglądali teraz naturalnego satelitę Gei. Był martwy i pozbawiony atmosfery, a jego powierzchnia nosiła liczne ślady uderzeń meteorów.

— Właściwie nie są świadomi tego, że mają do czynienia z osobliwością kosmologiczną. Tajemniczy obszar, w którym najczęściej dochodzi do zaginięć, nazywają Trójkątem Bermudzkim. To teren morski, rozciągający się między południową Florydą, wyspami Bermudami i wyspą Puerto Rico — bez kłopotu rzucał lokalnymi nazwami geograficznymi. — Znikają tam ich statki, a także maszyny latające, zwane samolotami. Ziemianie nie umieją tego wyjaśnić naukowo. Niemniej z dużym zainteresowaniem badają to zjawisko oraz wszystkie towarzyszące mu okoliczności. Takie jak gwałtowne burze z wyładowaniami atmosferycznymi, ściany mlecznej mgły czy zakłócenia w działaniu przyrządów nawigacyjnych i urządzeń elektrycznych. Szczelina jest dość ruchliwa, jak już wcześniej powiedziałem, więc styczne między ich a naszym światem pojawiają się w bardzo różnych miejscach. Czasami giną nawet ludzie z ulic dużych miast...

Kosmolot Hagusa dotarł do niewidocznego progu osobliwości i łagodnie wpłynął w prześwit. Ponownie zmieniła się mapa wszechświata. Znajdowali się znowu w obrębie imperium, widząc przed sobą jaśniejącą Meafluorię.

— Nielicho narozrabiałeś — Mitosowi nie mieściło się to w głowie. — Postępowałeś tak, jakby te strony były twoim prywatnym ranczem. Prawdopodobnie będziesz odpowiadać przed Najwyższą Radą z kanonu o ukrywaniu informacji o znaczeniu strategicznym dla imperium. Ostatnio publikowane instrukcje wyraźnie precyzują, co w tym zakresie jest dopuszczalne, a co nie. Nie powiesz, że ich nie wertowałeś. Na pewno nieźle skopią ci tyłek — snuł domysły, puszczając wodze fantazji. — Może zdegradują cię, odbiorą związane z promocją przywileje i skażą na banicję?

Kimi milczała, a Hagus też już się nie odzywał. Nie chciał tych pogróżek komentować. Wbił wzrok w ekrany, jakby tam kryło się dla niego wybawienie.

Agentowi nagle zrobiło się go żal. Przez krótką chwilę wyobrażał sobie, że sam znalazł się na jego miejscu — i w rezultacie tego poczuł się raptem jak zaszczute zwierzę. Niewyraźnie zamruczał coś pod nosem. Aż do lądowania małego pojazdu w ogrodzie Hagusa medytował nad tym, czy nie przesadził z oskarżeniami. Wina była winą, niemniej przy ocenie postępku strażnika planety należało wziąć pod uwagę liczne okoliczności łagodzące. Każdy miał prawo do obrony.

Ich kosmiczna taksówka osiadła na ledwo widocznym podeście, a potem szybko zapadła się pod ziemię, trafiając do hangaru bazy. Wydostali się windą na górę. Była ciepła noc i świeciły gwiazdy. Śpiewały meafluoriańskie ptaki.

Kimi zagapiła się na czarne niebo, na którym znaczył się blady sierp księżyca.

— Nie przeholowałem z zarzutami? — zapytał jej partner.

Obejrzała się i obojętnie wzruszyła ramionami.

— To się jeszcze okaże. Zobaczymy, co nam przyniosły wysłane do obcych kryształy — gardłowo powiedziała. — Chyba czas, by i to zbadać, nie sądzisz?



Ś

wieciło złote słońce, na niebie nie było chmur i zapowiadał się pogodny dzień. Ściana lasu zbliżała się coraz bardziej, znacząc się wyrazistą gęstwiną krzewów i drzew. Wybrali się do obcych na piechotę, decydując się na niezobowiązującą poranną przechadzkę. Mitos kroczył przed siebie z uwagą, co rusz zezując w stronę Kimi. Przypominające skupisko goniących się w powietrzu owadów kryształy usłużnie wskazywały drogę. Chodziły mu po głowie różne zwariowane myśli. Mimochodem wyobraził sobie, że jest tutejszym kmiotkiem i że wybrał się w niedaleką podróż w towarzystwie świeżo poślubionej żony. Czy Jenarekitka nadawała się do takiej roli? Hagus z markotną miną ociężale ciągnął za nimi. Nie miał za grosz ochoty na spotkanie z bladolicymi. Wyglądał fatalnie i agenci domyślili się, że niewiele spał ostatniej nocy. Według kryształów w pobliżu fluoriańskiego miasta pojawiło się nie dwoje, lecz troje Ziemian. Byli to mężczyzna, kobieta i dziecko. To właśnie ono, stanowiąc źródło zarejestrowanej aż na Arze zdumiewająco silnej emisji, ściągnęło na Meafluorię agentów z Pierwszej Galaktyki.

— Dzieciak — z niedowierzaniem mruknął do siebie Mitos. — Szkrab. Skąd się takie biorą? I dlaczego ten tak mocno emituje?

Zaledwie trzy lub cztery razy w życiu natknął się na bawiących się maluchów. Rzecz zrozumiała, na Psyfarozie nie było dzieci, zaś w styracańskim imperium reprodukcja dawno znikła z obszaru społecznych zainteresowań. Owszem, powoływano do życia pojedynczych przedstawicieli różnych gatunków — w miarę tego, jak najstarsi decydowali się na ostateczne odejście. Posługiwano się najczęściej wybranymi technikami klonowania, jednak kreując głównie dojrzałych osobników. Zasadniczym sposobem pozyskiwania nowych obywateli imperium była promocja wybitnych reprezentantów niżej stojących w rozwoju gatunków i ras. Na smyków natrafiał Mitos jedynie w czasie wypraw, w których uczestniczył jako agent specjalny. Niezmiernie go intrygowały — jednak nie na tyle, by się mógł nimi dłużej zajmować. Gromada brudnych i byle jak odzianych berbeci pędziła za nimi poprzedniego dnia, kiedy pod okiem Hagusa zwiedzali miasto. Budziły jego współczucie.

— Co zrobimy z tym maluchem? — zapytał partnerki.

Kimi nie ulegała sentymentom.

— Należy go odesłać na Ziemię — szczeknęła bez wahania. — A szczelinę zablokować.

Spłoszony przytaknął, godząc się bez sprzeciwu. Było to jedyne możliwe do przyjęcia rozwiązanie.