Rozdział drugi
D
awno minęły czasy mających posmak legendy krucjat Styracydów, tak charakterystycznych dla wczesnego okresu istnienia ich federacji. Ich dumną rasę trawiła gorączka podróży, spełniali się więc, prąc naprzód i zachłannie sięgając po nowe terytoria. Ciągnęli z euforią z planety na planetę, najpierw penetrując rodzimy układ słoneczny, by następnie w fascynujących porywach sięgnąć gwiazd odległych o kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat świetlnych. Związany z postępem nauki wielki technologiczny przełom przyniósł nowe superszybkie krążowniki, a wyposażeni w nie Styracydzi szybko dotarli do granic własnej, a potem sąsiednich galaktyk. Imperium rozrastało się i potężniało, toczyło zwycięskie wojny i ujarzmiało słabsze cywilizacje. Czerń nieba podniecała dzielnych pogromców i triumfalnych zdobywców. Rzucanym na kolana przegranym gatunkom nieśli przesłanie o swej wyjątkowości. Wszystko jednak miało swój kres. Po stuleciach udanych podbojów szlachetna rasa zaczęła bowiem wyzbywać się potrzeby ekspansji, stopniowo wypalała się i traciła impet. Starzała się, co nieuchronnie przekładało się na jej oficjalną doktrynę, uznawane systemy wartości i propagowane teorie etyczne. Powstało przeogromne imperium, zdające się nie mieć granic, więc dalsze podboje nie miały sensu. Traciły rację bytu. Styracańscy ideolodzy zabrali się zatem za odkurzanie nauk dawnych mistrzów. Wydobywali z lamusa poglądy, wcześniej odrzucane ze wzgardą lub bagatelizowane. Ostrożnie odwoływali się do tego, co było na początku. To poranek był ważny, nie zmierzch. A w rezultacie tego zaczęli dezawuować podróże kosmiczne. W nowej ontologii zmiana była czymś wtórnym, mniej doskonałym od świętej flauty, od wszechwładnego boskiego spokoju, od stanu błogiej i doskonalej równowagi, a przemieszczanie się w przestrzeni — dowodem bolesnego wytrącenia i ułomnego ześlizgnięcia się na niższy poziom percepcji świata. Ruch był przejawem słabości, wynikiem tłumionego lęku przed źródłem prawdziwej wiedzy i ucieczką w iluzoryczne doznania zmysłowe. Wszechświat w oczach nowych nauczycieli właściwie się nie liczył — wszędzie taki sam, bezgranicznie jałowy, nijaki, nieefektowny i właściwie nie mający niczego cennego do zaoferowania. Tworzyły go bezkresne mroźne pustki ze znaczącymi się tu i ówdzie — niby samotne wyspy — żenująco ubogimi śladami życia organicznego, kaprysami ewolucji. Dostojny mędrzec nie wybierał się nigdzie w drogę, nie pędził przed siebie na łeb na szyję, ale wiódł spokojny żywot w rodzinnej enklawie, w zaciszach ogrodów oddając się medytacjom nad tym, co godziwe. Szukał odpowiedzi na pytanie o sens życia nie w dali, na obrzeżach imperium, ale w sobie, w swoim umyśle, w sferze uczuć, odruchów i pragnień oraz w przemożnej woli istnienia.
— Wszystko jest marnością... — w zadumie szepnęła Kimi. — Tylko myśl się liczy. I ten zadziwiający rytm, związany z regularnym biciem serca i spokojnym oddechem.
Dosyć dobrze znała to miejsce, więc nie liczyła na to, że na mieszczącej się na samym dnie paroli quasi-stacji przywita ją ożywiony ruch. I nie omyliła się, bo wybierających się w drogę można było właściwie policzyć na palcach. Kilku tajnych agentów w mylących kombinezonach służby porządkowej leniwie się kręciło wokół czarnego prostokąta jednego z przejść i od razu wpadła na to, że ci dranie urządzili sprytną zasadzkę. Z pewnością przyczaili się, cierpliwie czekając na parającego się przemytem naiwnego Sambitę, zaś szósty zmysł jej podpowiedział, że ten zafajdany oferma jak nic niedługo wpadnie im w łapy i już się im nie wywinie. Uzmysłowiła sobie, że jeśli ktoś chciał zajmować się pokątnie kontrabandą, powinien był jak ognia unikać najważniejszych parol. A szczególnie tej nobliwej, z numerem pierwszym, w której troska o ład była oczkiem w głowie Najwyższej Rady. W rozciągniętym na setki gwiazdozbiorów imperium nie było trudno o stosunkowo bezpieczne punkty przerzutowe i kto był cwany, a przy tym pazerny, ten z nich ochoczo korzystał, dorabiając sobie na boku z myślą o wyższym standardzie życia. Przy wylotach do najbardziej odległych galaktyk świeciło pustkami. Nie ujrzała tam właściwie nikogo, jeśli nie liczyć dwóch dystyngowanych Geomonów, którzy na nią nie zwrócili uwagi. Dumnie kroczyli, a za nimi cicho sunął automat z bagażami. Gnieżdżący się w prawie wszystkich parolach przedstawiciele tej przedziwnej rasy raz do roku pielgrzymowali do miejsc, z których się wywodziły ich symbionty, z czym wiązały się wyrafinowane rytuały. Opuściła smętny hol, nie wiadomo, dlaczego taki wielki, i udała się w stronę pomieszczeń obsługi, mijając jeszcze po drodze trzech pokrytych gęstą szczeciną Rodontów i jedną uroczą Marokitkę. Tamtej ostatniej dyskretnie się przyjrzała, podziwiając jej niezwykłą kreację. Pierwszy raz taką widziała i przyszło jej do głowy, że sama nieźle by się w niej prezentowała. Naturalnie, po kilku drobnych przeróbkach.
W wypełnionym parującą, błotnistą mazią i otoczonym niską balustradą niewielkim basenie nurzał się stwór, przypominający alifaratana. Kłęby mgły przysłaniały widok, jednak domyśliła się, że to Sarof we własnej osobie. Ten, gdy tylko dostrzegł swego gościa, szybko wydostał się na brzeg. Ależ on wyglądał? Człapał, pozostawiając mokre ślady. Przeszedł przez kabinę oczyszczającą, która zmyła z niego szlam. Skórę miał pomarańczowo-żółtą, z charakterystycznymi czarnymi cętkami, łapy mocne, postawę wyprostowaną, a w razie potrzeby podpierał się sporawym ogonem.
Przyjął pozycję prawie na baczność, zatrzymując się tuż przed nią zgodnie z wymogami regulaminu. Nie przestraszyła się jego smoczego pyska. Zaraz też przeszedł na „spocznij” i liznął ją przyjaźnie swoim długim jęzorem.
— Miło mi, Kimi, że tu zajrzałaś, o rany, jestem do twojej dyspozycji. Domyślam się, że skoro tu się pojawiłaś, to wybierasz się gdzieś w drogę. To dokąd tym razem? — z niekłamanym zainteresowaniem zapytał swoim nieco chrypliwym głosem. — Ależ ty masz życie! Pewnie czeka cię arcyciekawe polowanko z nagonką — sam sobie odpowiedział. — Będziecie pędzić za łajdackim uciekinierem przez kilka galaktyk, dopóki nie skończy mu się paliwo? Co za radość, mknąć przez kosmiczne próżnie! A może znowu jakiejś mało znanej rasie ukradkiem zwędzono planetę i jej przerażeni delegaci na kolanach błagają was o interwencję? Albo trzeba zrozpaczonego desperata wyciągać z czarnej dziury?
Ich dyżury operacyjne zbiegały się ze sobą, więc dobrze znał jej imię i nie musiał go wygrzebywać z zakamarków pamięci. Agenci z górnej konsoli pojawiali się u niego raczej regularnie. W gruncie rzeczy tylko ich zajmowało to, co działo się na antypodach, bo przeciętnego mieszkańca paroli raczej to nie interesowało. Warowali w centralnym punkcie rozciągniętej na całe mocarstwo i wrażliwej na każde drgnienie wywiadowczej pajęczyny. A w razie potrzeby wyprawiali się tam, gdzie srebrna nić niespokojnie dygotała, zdradzając zawirowania i nieporządek.
— Ech, Sarofie, żeby tak! Na razie nigdzie nie lecę — wyprowadziła go z błędu. — Nic z tego. I wiesz, jak jest. Czekam na mojego ślimaczącego się partnera. Na szesnastego. Nad wyraz dobrze znasz tego kolesia, więc nie powinieneś się dziwić. To na niego w pierwszej kolejności trzeba by zapolować. I dać mu niezły wycisk, żeby sobie pewne rzeczy wbił w głowę. Czy zdarzyło się, żeby się kiedykolwiek nie spóźnił? — zapytała z niejakim wyrzutem w głosie. — Jeśli się nie przytarga, co jest wysoce prawdopodobne, odłożymy wypad na jutro. No i tym razem — smętnie skwitowała — nikt nie porwał żadnego globu. Nie zapowiadają się, wyobraź sobie, żadne atrakcje.
Był bardziej przystępny niż Mitos, mimo odpychającego wyglądu, więc chwilę z nim jeszcze pogawędziła, a potem opuściła zaplecze. Niestety, jej nieprzewidywalnego kompana nadal nie było widać. Bezmyślnie kręciła się po pustawych peronach i w rezultacie tego zaczął się jej udzielać nastrój panującego tam przygnębienia. Agenci w kombinezonach służby porządkowej dawno znikli, zapewne ciągnąc ze sobą przerażonego Sambitę. Wolała sobie nie wyobrażać, co tego biedaka mogło teraz czekać, o ile faktycznie go złapali na gorącym uczynku. Zwykle ciało takiego palanta patroszono, a jego nagi mózg wlepiano na pięćdziesiąt lat w system zarządzania mieszczącej się w jakiejś głuszy kopalni. Kary za przemyt były okrutne, gdyż miały odstraszać i działać prewencyjnie.
Ziało nudą, a bezczynność była nie do zniesienia.
— Zero! Ono było zawsze najdoskonalszą liczbą... — w pewnej chwili wyszeptała, doznając niejakiego olśnienia. — Dlaczego nie jestem zerem?
Myliła się. Była zerem. Całkowicie zbędnym elementem w hierarchicznej układance zarządzania imperium. Nikt nigdy nie stukał palcem w ten sensor. Uprzytomniła to sobie z bólem, bezmyślnie wystając przy jednej z gładkich ścian. I dobrze wiedziała, dlaczego. Kult grup szybkiego reagowania dawno już wygasł, bowiem w czasach niebiańskiego pokoju światłemu mocarstwu nie byli potrzebni dzielni wojownicy i bohaterscy obrońcy. Bez takich pionków jak ona, siódma w specjalnym tajnym zespole, z powodzeniem mogło się ono obyć. I, co gorsze, faktycznie się obywało, choć wmawiała sobie, że tak nie jest.
U
słyszała krótki charakterystyczny dźwięk, winda grawitacyjna niespodziewanie wypluła kolejnego pasażera i z wrażenia zabiło jej mocniej serce.
— Jesteś, draniu jeden! — szeroko się uśmiechnęła, choć sobie zaplanowała, że będzie wyniosła i oschła jak przystało na szefa zespołu. Przytelepał się i pojęła, że nie pomyliła się w swoich rachubach. Miała go teraz tylko dla siebie. Przynajmniej na pewien czas.
Mitos był pełen energii i radości życia, jakby się raptem odrodził jak rajski ptak z popiołów. Nie palił się jednak do rozmów z agentką i od razu pognał do centrum odpraw, by przywitać się z Sarofem. Depresja, którą poprzedniego dnia straszył Kimi na dachu paroli, znikła bez śladu. Widocznie potrzebował odmiany, a dzięki nowej misji nieoczekiwanie ją znalazł.
Z dyżurującym przywitał się wylewnie. Uścisnął kordialnie jego prawicę.
— I tobie kończy się już zapas cierpliwości, bracie? — żartobliwie go zapytał, nie bacząc na to, że ciągnąca za nim jak cień Kimi wszystko słyszy. — Nie spodziewaliśmy się, że aż tak sobie z nas zakpią, kiedy decydowaliśmy się na tę podłą promocję. Obiecywali nam złote góry i daliśmy się złapać na lep ich pięknych słów — walił prosto z mostu. — Miały nas czekać atrakcyjne posady, a rzucono nam jakieś ochłapy. To oszukańcze mocarstwo jest nie dla takich jak my...
Puściła tę impertynencką wiązankę mimo uszu. Prał imperialne brudy. Nie interesowały ją kulisy polityki. Pamiętała, że Sarof był podobnie jak Mitos członem jaźni kolektywnej na Psyfarozie, zagubionej planecie w Trzysta Siedemnastej Galaktyce. Kiedyś więc wiele ich łączyło, a i później zapewne z racji wspólnych wspomnień nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. Wyczuła, że swobodniej będzie im się gawędzić bez obecności niewygodnego świadka. A poza tym, wolała nie słyszeć, o czym tam sobie szepczą do ucha. Tak było bezpieczniej.
Odeszła więc na chwilę, pozwalając, by się sobą zajęli. Przystanęła na końcu długiego korytarza przed świecącymi na ścianach kolorowymi tablicami pierwiastków, występujących w przyrodzie. Pierwsza zawierała wszystkie, którymi dysponowała natura, natomiast druga i trzecia te, które stworzyli Styracydzi w swych laboratoriach naukowych. Znalazła wzrokiem sydon, z którego były zbudowane powłoki parol, a także pancerze statków kosmicznych, zastanawiając się nad tym, jak uzyskano tak wysoką twardość, odporność na uderzenia i przeciążenia grawitacyjne oraz wytrzymałość termiczną.
Wróciła, gdy poczuła, że jest znowu potrzebna.
— Dokąd więc tym razem się wybieracie? — zapytał życzliwie Sarof, trzymający po kumotersku łapę na ramieniu Mitosa. Nagadał się z nim do syta.
— Udajemy się na planetę Meafluorię, znajdującą się w Galaktyce Sto Siedemdziesiątej Piątej — powiedziała. — Sprawa z pozoru błaha — kątem oka zerknęła na partnera — ale nie na tyle, żebyśmy mogli ją zlekceważyć. Wiesz, te nasze regulaminowe zadania. Musimy wyeliminować jakiegoś dokuczliwego smutasa. O ile nie zapadnie się gdzieś pod ziemię, bo i tak się może zdarzyć...
Niespiesznie poprowadził ich do kabin teleportacyjnych, wybierając właściwy peron. Wyrecytowała mu z pamięci kod celu. Skorzystał z terminala ściennego, by wprowadzić dane. Błyskały światełka.
— Brykacie tam oficjalnie czy incognito?
— Incognito.
— Ooo, to w takim razie w czasie emisji ulegnie zmianie wasz wygląd zewnętrzny. Czy jesteście do tego przygotowani?
Podał im wyglądające jak żuki chipy podróżne. Mitos przyłożył maleńki procesor do przedramienia, a ten z nagła ożył i wtopił się w skórę, nie zostawiając śladu.
— A jak myślisz? — impulsywnie rzekła Kimi. — Przecież wiesz, że jako agenci jesteśmy po solidnym treningu sytuacyjnym. Potrafimy bezbłędnie wcielić się w rolę przedstawiciela każdej znanej w naszym mocarstwie rasy...
Niepotrzebnie się uniosła. Przy Sarofie nie musiała się chełpić.
— No, wiadomo, wiadomo... — natychmiast uspokajająco odpowiedział. — Ostrzegam, bo to należy do moich najświętszych obowiązków. Nigdy nie śmiałbym wątpić w twoje umiejętności.
— He, he... umiejętności... — uszczypliwie zachichotał stojący za nim Mitos.
— Hi, hi!.. — nieoczekiwanie zawtórował mu Sarof, zapominając o powadze chwili.
Kpili sobie z niej w żywe oczy, ale się nie obraziła.
— Dowcipnisie! — parsknęła. — Też mi coś?
Raptem uświadomiła sobie, że Mitos pod jej krótką nieobecność zdążył już z powodzeniem obrobić jej tyłek. Jednak spłynęło to po niej jak woda po kaczce. Pewna siebie ulokowała się na podeście kabiny, sprawdzając kątem oka, czy partner znalazł się na sąsiedniej. Przeczuwała, że i tak będzie górą, bo radziła sobie w każdych okolicznościach. Zabierali ze sobą odzienie i broń. Nie stchórzył, co zdarzało się tylko początkującym agentom. W subiektywnym odczuciu transfer trwał nieledwie kilka sekund, ale mimo tego nie należał do szczególnie przyjemnych.
— A zatem do zobaczenia — rzekła do Sarofa, starając się ukryć rosnące podniecenie. — O wszystkim z detalami ci opowiemy, gdy tylko wrócimy.
Za każdym razem mu to obiecywała, lecz potem o tym zapominała. Ale nie miał o to do niej pretensji.
Z
e wszystkich stron otaczała go senna dżungla. Witała go leniwie, z cicha o czymś poszeptując. Było parno, a tu i ówdzie przy poszyciu znaczyły się obłoki gęstej mgły. Chmury komarów unosiły się nad pokrytymi kroplami rosy pierzastymi łodygami paproci. Przez nieuporządkowaną plątaninę lian i bluszczy o osobliwych kształtach liści i kwiatów z trudem przezierało blade światło słońca. Mokre pnie drzew pięły się ostro w górę, tworząc u szczytu ginące w półmroku sklepienie. Między rozrosłymi skrzypami jakaś niby-ćma rozpostarła ogromne skrzydła, a w chwilę później znikła w gęstwinie.
Z zaniepokojeniem rozglądał się za Kimi, która powinna była wynurzyć się obok niego z czerni nadprzestrzeni. Niestety, nigdzie jej nie dojrzał. W tej zamglonej głuszy był sam jak palec.
— Hej, hej, gdzie jesteś? — odważył się i zakrzyknął, składając w trąbkę zielone ręce. Nie miał pojęcia, w którą stronę wołać. — Gdzie cię poniosło? — zagrzmiał, świętokradczo naruszając niemal sakralną ciszę tego dzikiego zakątka i niepokojąc kryjące się w półmroku demony. Reagujące na dźwięki ruchome pnącza obracały się w jego stronę kielichami kwiatów, zdając się go z zaciekawieniem obserwować. Tu wszechpotężna przyroda kierowała się własnymi prawami i czuł przez skórę, że dla własnego bezpieczeństwa powinien je respektować. — Kiiii-miii, odezwij się! — jeszcze raz się rozdarł, coraz bardziej podminowany. — Nie kryj się, idę cię szukać!
Następnie sprawdził, czy nie zginęła mu broń.
— Tuuu... — dżungla przyniosła mu z oddali przytłumioną odpowiedź. — Utknęłam — chmurnie odkrzyknęła. — Do diabła, chodź i pomóż mi!
Błądził z wysiłkiem po niewielkiej polanie, tonąc po kolana w porośniętym zielonym mchem grząskim gruncie. Chlup, chlup! Mógł ją obejść. Przedarł się przez szeroki pas drobnych żółtych kwiatów, których ciągnące się łodyżki były wyposażone w ostre kolce. Zaszeleściło w pobliżu, choć nie było wiatru. Nieopodal niego zafalowały krzewy.
— He, he, he! — roześmiał się, uspokojony, gdy rozgarnął zarośla. Agentka na dobre ugrzęzła. Nieporadnie próbowała wyplątać się z porostów. Zaborcze ziele nie chciało jej wypuścić. Szarpała się z przyczepnymi kłączami. — To scenka, godna uwiecznienia, trzeba mieć szczęście, żeby coś takiego zobaczyć — używał sobie, ale był rad, że ją odnalazł. — Siódemka wpadła w zieloną pułapkę. Należy o tym czym prędzej powiadomić Eukalipanusa — kpił sobie z partnerki. — Nie, złapać w kadr i pokazać we wszystkich parolach. — A gdy nieco ochłonął, dodał już z nieco większą rozwagą: — Wydaje mi się, że Sarof coś przeoczył. Ciepłe kluchy. Mógłby być bardziej skrupulatny i z większą uwagą sczytywać dane.
Pomógł jej, podniosła się i otrzepała z traw, mchów i rozgniecionych cuchnących grzybów. Była odrobinę niższa niż przedtem, no i dawała po oczach wściekłą zielenią meafluoriańskiej skóry. Trochę się wstydziła nowej fizys.
— Nie zapomnę mu tego... Co za podstępny drab, uważam, że uczynił to złośliwie — wybąkała rozżalona. — A i ty, Mitosie nie rób sobie ze mnie pośmiewiska!
Próbował odgonić od siebie uparcie bzyczące owady, które nieustannie krążyły mu wokół głowy, dopóki nie pojął, że jego kryształom informacyjnym również przydano nowe wyrafinowane kształty. Mistyfikacja była doskonała — jak przystało na wszystko, co miało na sobie metkę imperium.
— Tu jest przejście... — usłużnie jej pokazał.
Podał jej dłoń, przeprowadzając przez barykadę z połamanych gałęzi. Jakaś gadzina miała tu niegdyś nocne legowisko.
— Dzięki! — odrzekła, gdy się wydostała.
Stanęła wreszcie przed nim w całej fluoriańskiej krasie. Oj, było co oglądać! Uszy miała spiczaste, nos zwisający jak trąbka, a na jej czole znaczyły się wypustki, które niechybnie pełniły rolę zmysłu powonienia. Natura na Meafluorii dobrała w taki sposób proporcje ciała, aby ono nieodparcie wywoływało pożądanie.
Kimi również z uwagą go lustrowała. Wreszcie wymownie zachichotała. Przez moment miał wrażenie, że agentka myli go z palącym się do spółkowania zgłodniałym tubylczym samcem, który w poszukiwaniu chętnej samicy nieomylnie trafił na tę bagnistą leśną polanę.
— Co? Źle wyglądam? — zaniepokoił się, lustrując wzrokiem swój korpus i kończyny. Nie palił się do obłędnego tańca godowego.
Przestała chichotać.
— Na szczęście, nie jesteśmy ociekającymi trującym śluzem ohydami, jak rabatynice na Aprobatarii — wyjaśniła z dużą pewnością siebie. — Okazale się prezentujesz, nie martw się — dodała pojednawczo. — Przecież nie będziemy wiecznie tkwić na tej śpiącej planecie. Zrobimy swoje i zmykamy.
Nieśpiesznie założyli skórzane stroje, które wyciągnęli z niezbędników, a gdy byli gotowi, Jenarekitka przejęła inicjatywę.
— Czeka nas odrobina improwizacji — oznajmiła, rozglądając się z namysłem dookoła. — Musimy znaleźć drogę do naszej bazy. Ten łobuz, Sarof, wyrzucił nas obok punktu zerowego. Trzeba wziąć na to poprawkę. Gdzieś tu nieopodal sytuuje się tubylczy gród, do którego mieliśmy trafić. Ani chybi, mamy tę osadę tuż pod nosem. Tylko z której strony?
Przez jakiś czas szli na azymut. Półmrok dżungli powoli ustępował, a teren stawał się mniej grząski. Ubywało zwisających konarów, zaś korony drzew przepuszczały więcej słońca. Omijali zdradliwe kępy mchów, w które łatwo było się zapaść.
— Miejmy nadzieję, że nie skompromitujemy się przed tutejszymi — z lekką zadyszką odnotował Mitos, gdy dojrzał wreszcie przed sobą wąską wydeptaną ścieżkę. Trwożliwie podskoczył, bo spod jego nóg wyprysł obrzydliwy jaszczur. W gęstwinie pewnie czaiły się podobne stwory.
— Nie jest groźny — popisała się znajomością tutejszej fauny Kimi, łapiąc go jednak w panicznym lęku za ramię.
Kryształy tworzyły dwa skupiska, jedno — przy Mitosie, a drugie — przy Jenarekitce. W paroli nie musiała ona korzystać z ich pomocy, kiedy jednak ruszała w drogę była zmuszona zabierać je ze sobą. Misje agentów wymagały przewidzianych regulaminem zabezpieczeń.
Trakt, do którego w mig dotarli, okazał się brukowany. Biegł brzegiem lasu, prowadząc ku rysującym się w oddali murom grodu. Kiepsko ociosane, luźno ułożone kamienie stanowiły podłoże, po którym mogli poruszać się dużo szybciej niż w dżungli. Po drugiej stronie drogi grunt był zdradliwie podmokły i przechodził w połyskujące w słońcu, porośnięte przy brzegach roślinnością stawy i niewielkie jeziorka.
— Nie jest tak źle. To niczego sobie planeta — orzekła Kimi, zatrzymując się na chwilę, żeby odsapnąć. — Raczej przyjazna. — Otarła pot z czoła. — A rozumni na niej ponoć bezkonfliktowi i życzliwi. — Z zaciekawieniem obejrzała się za siebie, słysząc jakieś hałasy. — O, rany! Pierwsze spotkanie z kosmitami — palnęła trochę na wyrost.
Z tyłu za nimi żałośnie pobekiwało juczne zwierzę z długim ryjem, popędzane przez dwójkę tubylców, odzianych podobnie jak oni.
Mitos obojętnie wzruszył ramionami.
— Trochę za gorąco, jak na mój gust — odpowiedział. — Wolę chłodniejsze ustronia.
Myślami umknął na dziewiczą Arę, z której właśnie przygnało ich przez gwiezdne bezdroża. Na tamtej pokrytej bujną roślinnością planecie, z jasnobłękitnym niebem zdobionym szarymi dyskami Styracydów, nie pojawił się w wyniku ewolucji żaden gatunek rozumny. Składając wizyty w uroczych górskich kotlinach i lądując w niewielkiej kapsule na zaśnieżonych przełęczach, mógł więc zachwycać się nią, w myślach brać ją w wyłączne posiadanie i w dojmującej samotności kontemplować jej piękno. W zasadzie Ara do nikogo nie należała i nikt nie ingerował w to, co się na niej działo. Natomiast Meafluoria nie była opustoszałym globem. Fluorianie, Epimeryci i Mealanie czuli się jej faktycznymi suwerenami. Na kilka dni na niej zagościł, zmuszony do tego, by liczyć się z jej dysponentami. Odwiedzał należące do nich ziemie. Oglądając się na podążającą ich śladami dwójkę zielonych, w nagłym przebłysku uprzytomnił sobie, że w przeciwieństwie do nich nie ma prawdziwego domu i że bardzo mu brakuje pożegnanej na zawsze Psyfarozy.
Przez uchyloną bramę weszli do miasta, przez nikogo o nic nie indagowani i wmieszali się w uliczną gawiedź. Oglądani przez nich Fluorianie stroje mieli nieokazałe i odziewali się bez przepychu. Mijane kobiety skromnie spuszczały oczy na widok obcych, jednak przyzwyczajone do tego, że tacy co rusz tu się kręcą. Frontony budynków zdobiły płaskorzeźby z kamienia, a drzwi do domostw cieszyły oczy misterną plątaniną wzorów w drewnie. Tubylcy przywiązywali dużą wagę do estetyki i piękna, co dobrze o nich świadczyło, ale na pewno nie znali jeszcze elektryczności, nie mówiąc o takich rzeczach, jak wiązania atomowe czy równania na pole grawitacji. Byli prymitywni. Ta rasa mogła liczyć na wejście do międzygalaktycznego imperium na prawach członka z głosem doradczym w Najwyższej Radzie nie wcześniej niż za kilka tysięcy lat. Daleko było tej planecie nawet do tego, by objąć ją programem promocji pojedynczych wybitnych osobników.
Willa Hagusa mieściła się w sporawym ogrodzie, który okalał solidny mur z dobrze spojonych ze sobą niby-cegieł. Zatrzymali się na moment przed na głucho zatrzaśniętą furtą, na której nie zawieszono kołatki. Kryształy nie miały jednak żadnego kłopotu z pokonaniem przemyślnych zabezpieczeń. Masywne drzwi w te pędy ustąpiły i nie czekając na niczyje usilne zaproszenie wślizgnęli się na zastrzeżony teren.
Hagus bezsprzecznie oczekiwał przybycia agentów, nie był więc zaskoczony tym, że dwoje obcych poradziło sobie z zamknięciem i że wdarło się do jego włości. Jednak chyba nie trafili na sprzyjający moment, bowiem wcale nie uradował się na ich widok. Wyglądał podobnie jak Sarof w stacji podróży nadprzestrzennych, bo również posługiwał się posturą alifaratana. Ujrzawszy ich, skrył się natychmiast we wnętrzu domostwa, jakby chciał uciec.
Mitos z odrobiną niepokoju łypnął na Kimi, dziwiąc się taktyce strażnika Meafluorii. Ten postąpił mało dyplomatycznie. Zmieszany stanął jak wryty, nie wiedząc, co począć.
— Na moce styracańskich niebios — zawarczał pod nosem. — To tak się wita gości z planety matki?
Zaraz jednak Hagus naprawił swój błąd. Powrócił, tyle tylko, że w odmienionej postaci. Podobnie jak Kimi i Mitos był teraz do przesady zieloniutkim tubylcem, górującym jednak nad przybyłymi wiekiem i tuszą. Tak przygotowany, szeroko rozłożył ręce i wylewnie przywitał się z nimi. Czuło się jednak przez skórę, że za jego niby to serdecznością i przychylnością kryją się przewrotność i fałsz. Zachowywał się na pokaz, nazbyt ceremonialnie i obłudnie. Niedomówienia od samego początku wisiały w powietrzu, zwiastując burzę, która wcześniej czy później musiała nadejść.
S
tali w cieniu sterczącej niczym maczuga wysokiej skały, odziani w szaty podróżne. Żółtawa pustynia ciągnęła się aż po horyzont, żar lał się z nieba, a oczy raził oślepiający blask słońca. Ta niewielka planeta od niedawna miała atmosferę, lecz nadal była bezludna. Ktoś zaczął ją zagospodarowywać, ale potem porzucił podjęty projekt. Na odległym wzniesieniu znaczyły się zarysy przypominającej zamczysko surowej budowli. Strzelały w górę niby-baszty. Wykonane z prawie przeźroczystego sydonu dwa niepokaźne pojazdy kosmiczne spoczywały nieopodal, oczekując na powrót gawędzących ze sobą dostojników.
— Nie przypuszczam, żeby na Meafluorii doszło do czegoś niepokojącego, co uzasadniałoby to larum — nieśpiesznie cedził Eukalipanus, debatujący z Feoorontem, który już trzecią kadencję pełnił funkcję przewodniczącego Najwyższej Rady. — Zupełnie nie pojmuję, co się stało z tą zdyscyplinowaną agentką, Kimi. Była zawsze taka zrównoważona. Instrukcje instrukcjami, a regulamin regulaminem, jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie wszczynałby alarmu z powodu jakiejś błahostki. To była ledwo uchwytna i przypadkowa emisja. Po co stawiała sekcję na nogi?
Feooront był rdzennym Styracydą. Tylko tacy zresztą mogli kierować Radą. Przytaknął z namysłem. Mrużąc oczy, wpatrywał się w dal.
— To fatalny skutek za daleko idących promocji — wykoncypował. — Weszło nam w krew wyróżnianie byle kogo. W dobie wielkich konfrontacji musieliśmy się wspierać na niższych rasach, to smutna prawda, trudno było swoich rzucać do walki. A stuletnia wojna też sporo nas kosztowała i teraz musimy za to płacić — cmoknął. — Ech, ciężko wykorzenić stare nawyki! — stęknął z niezadowoleniem. — Niejednemu z wypromowanych nie trafia do głowy, że otrzymał znacznie więcej niż mogła mu dać jego planeta. Takich jest zresztą coraz więcej. Nie potrafią tego docenić i utyskują. Wydaje im się, że dostali za mało. Co za pech? Nie rozumieją ducha styracańskiej kultury — raptem się zaperzył, zapominając na moment, kim jest. — Zachłanni i nienasyceni barbarzyńcy! — wyrwało mu się w zacietrzewieniu i wzburzeniu. Jeszcze chwilę sapał, tłumiąc rosnące podniecenie, potem poirytowanie przeszło mu jak ręką odjął. Był znowu panującym nad sobą i uderzającym dobrocią wysokim rangą dostojnikiem.
Zelus gorliwie przytaknął. Poprawił nakrycie głowy, spoglądając na żółty piasek pod stopami.
— Należało te prymitywne, śmierdzące globy pozostawić ich losowi i nie wtrącać się w to, co się na nich działo — cynicznie skonstatował.
Jego rozmówca z przekąsem się roześmiał, bo z czymś zabawnym mu się to skojarzyło.
— Niewykluczone, że wcześniej czy później powrócimy do szczytnych idei, które w zamierzchłej przeszłości głosił szlachetny Efemerydan. Zależało mu na tym, by powstało silne państwo, ale złożone tylko ze Styracydów. Sugerował, ażeby porzucić zamysł rozbudowywania i podtrzymywania rozległej federacji, a pozwolić, by we wszystkich skupiskach gwiazd potworzyły się niezależne od siebie i słabe ośrodki władzy.
Eukalipanus znowu przytaknął.
— Masz rację, wszakże na dłuższą metę takie rozwiązanie mogłoby okazać się niebezpieczne. Kto wie? — rzucił do swoich myśli. — A co by się stało, gdyby oni wszyscy sprzymierzyli się przeciw Styracydom? — pytanie było retoryczne, chociaż dotyczyło niebłahej kwestii. — A wracając do tych nadmiernie gorliwych agentów, Mitosa i Kimi... — zapytał. — Może by... jakoś ostudzić ich zapały?
Przewodniczący Rady się skrzywił.
— Nie ma powodu — zawyrokował. — Ich dyżury bowiem i tak wkrótce się skończą. Potem wypada im znaleźć mniej eksponowane zajęcia, aby nie mogli się więcej czupurnie popisywać. Należy ich odsunąć, ale dyskretnie.
Wracali do pozostawionych pojazdów kosmicznych.
— Obawiam się, Feooroncie, że promowani wcześniej czy później wyrwą się spod kontroli i że przyjdzie im ochota, aby narzucić nam swoje prawa. Mogą się zbuntować i rozsadzić od wewnątrz całe mocarstwo. Nie jest to wesoła perspektywa... — rzekł Zelus. — Stare cywilizacje, takie jak twoja czy moja, powinny się wspierać i trzymać się razem.
Przewodniczący taktownie nie odpowiedział. Dotknął szczupłą dłonią nagrzanej pokrywy włazu.
— Milutka ta planeta — roztropnie zauważył. — Dobre miejsce do wypoczynku i kontemplacji. Powinniśmy się tu częściej spotykać. Nikt tu nie jest w stanie nas nakryć i podsłuchać. — Potem dorzucił z namysłem: — Cichy alians Styracydów i Zelusów? Czemu nie? To warte przemyślenia.
