Rozdział pierwszy
N
iepokojące impulsy pochodziły z peryferyjnego układu gwiezdnego, usytuowanego na dalekich obrzeżach pankosmicznego imperium. Kimi wyłowiła je z monotonnego kosmicznego szumu nie bez pewnej konsternacji i zażenowania. Poczuła się raptem podminowana. W monitorowanych przez nią częstotliwościach rzadko kiedy pojawiało się coś zajmującego, nie licząc kwitowanego skrzywieniem ust kosmicznego śmiecia, w związku z czym jej żmudna praca należała do bezbarwnych i usypiających. Brakowało nawet efemerycznych śpiewających gwiazd. Subtelnym solarnym symfoniom ze skupieniem przysłuchiwano się w sąsiedniej sekcji. Teraz coś z cicha zakołatało w sprawnie działającym mechanizmie.
— Siódemka do komputera — niepewnie wygęgała. — Proszę o sprzężenie zwrotne!
Sygnały były tak słabe, że z powodzeniem mogła je zignorować, nie odnotowując emisji w podręcznej neksotece. Mając już mentalną kontrolę nad terminalem, z lekka je wzmocniła, a na ekranie pojawiły się pulsujące krzywe, zaś obok nich kolumny cyfr. „Ktoś nieostrożny naruszył imperialne prawo!” — wykoncypowała, ze wzgardą wydymając wargi. Jednak nie zlekceważyła tej transmisji. Ktoś inny nie przejąłby się nią, bagatelizując ledwo uchwytny przekaz — ale nie ona, Jenarekitka z krwi i kości. Zamarła w bezruchu, wstrzymując oddech. Serce zaczęło walić jej jak młot, gdy sobie uzmysłowiła, jaki numer może wywinąć.
Ukradkiem zerknęła na Albrumutora, który z przymkniętymi oczyma posapywał przy sąsiednim stanowisku. Co rusz rozmywały mu się rysy twarzy. Nudy na pudy. Należał do zmiennokształtnych, ci zaś rozpływali się, kiedy zasypiali, zaś ich ciała obracały się w metaliczną niby-ciecz, do złudzenia przypominającą rtęć. Nie przepadała za jego podłym towarzystwem. No i nie znosiła, kiedy obrzydliwie skapywał na posadzkę. Fuj! Nic gorszego niż wdepnąć nogą w takie śliskie świństwo. A poza tym fatalnie się wysławiał, ostentacyjnie lekceważąc styracańską składnię. Nieco dalej czuwał Babtunor, któremu w przeciwieństwie do jej najbliższego sąsiada zależało na aparycji. Należał do niejakich przystojniaków, o ile w jego przypadku można było użyć tego określenia. Ale cóż z tego? Kanony urody Geomonów z Szesnastej Galaktyki różniły się od jenarekickich. Nie mógł więc być kimś na miarę jej marzeń. A poza tym przedstawiciele jego gatunku zwykle należeli do nosicieli. Kryli w swych ciałach inteligentne długowieczne symbionty, a to utrudniało zażyłość. W gruncie rzeczy nie było wiadomo, z którym z tych typków się konwersuje — z tym, którego miało się przed oczyma, czy z tym, który gnieździł się w środku.
Żaden z poziewujących przy monitorach dotąd się nie zorientował, że Kimi wykryła śladową emisję i że skrycie głowi się nad tym, jak przy tej okazji upiec własną pieczeń. Od dawna w czasie jej dyżurów w górnej konsoli nikt się nie palił do żadnej roboty. Nie było do czego. Tylko jak wyrwać się z marazmu bez narażania na szwank reputacji? Nie zniosłaby cierpkiego przytyku, że wystrzeliła na wiwat. Oparła się wygodniej i z niejaką obawą zaczęła dumać nad tym, czy nie rzuca się z motyką na słońce. Biła się z myślami. Miała opinię perfekcjonistki, jak prawie wszyscy reprezentanci jej dumnej rasy, a przy tym nie cierpiała partactwa. Bylejakość jej nie pociągała. Smutnawo obejrzała się za siebie, jakby w lęku, że ktoś ją podgląda i przyciężkawo westchnęła.
Potem znienacka dmuchnął jej wiatr w żagle i momentalnie się zmobilizowała.
— Już... Nic się nie bój, głupia... — dodała sobie otuchy. — Nie masz nic do stracenia!
Była szybka jak błyskawica. Zdecydowanym ruchem wcisnęła pomarańczowy przycisk programu alarmowego. Czerwonego nie tknęła. Opętańczo zawyło. Powietrze wypełnił jazgot, który podniósłby na nogi nawet zmarłego.
— Koledzy, ocknijcie się, do dzieła! Zgłaszam naruszenie bezpieczeństwa w kontrolowanym sektorze. Natrafiłam na zakazaną prawem emisję — zaterkotała jak nie mająca wyczucia początkująca agentka, z byle powodu wpadająca w histerię. — Przesyłam do centrum międzygalaktycznego polecenie włączenia dodatkowych echosond — bezceremonialnie obwieściła, raptem urastając we własnych oczach. — Obowiązuje nadzwyczajny tryb postępowania.
Dokumentnie zaskoczeni zerwali się z foteli, by niecierpliwie przyjrzeć się jej gównianemu odkryciu. Bo było gówniane. W ich oczach migotały złe błyski i zapewne tak jednemu jak drugiemu przyszło od razu do głowy, że słodka Jenarekitka postradała zmysły. Ależ dała plamę! No, ale nie mogli kazać jej wyłączyć tego wariactwa. Pomarańczowy alert nie miał wstecznego biegu. Coś tam pulsowało na jej ekranie i czy chcieli, czy nie, musieli ruszyć dupska i w piorunującym tempie zabrać się do rutynowych analiz. I to godzinę przed końcem dyżuru. Niechybnie tracili czas, ale kogo to obchodziło. Wysiadywali tam po to, żeby się zajmować takimi absurdalnymi wyzwaniami.
— Zaskorupiała formalistka! — warknął ze złością Albrumutor, ale Babtunor zaraz klepnął go ostrzegawczo w ramię.
— Cicho, sza! — złowieszczo syknął mu do ucha. — Chcesz się narazić?
Wpatrzona w ekrany, chyba tego nie słyszała. Synchronizowała echosondy. Z pozoru zachowała się dokładnie tak, jak to przewidywał rozdmuchany do niemożliwych granic regulamin. No, ale przepisy były przepisami, a życie życiem! Doskonale się orientowała, że za jej niewybaczalnym wyskokiem kryły się względy natury osobistej. Jeżeli umiała to zamaskować przed tamtymi, to jednak nie przed sobą. Jej płoche myśli pobiegły ku Mitosowi, który powinien był teraz siedzieć na miejscu Albrumutora. „Raz, dwa, trzy, gonisz ty!” Od kilkunastu dni nie zamieniła z nim ani jednego słowa. Podły drań zręcznie kluczył i lawirował, dbając o to, by ich drogi się nie skrzyżowały. Nie należał do jej gatunku, cieszącego się mocną pozycją w przeogromnym mocarstwie. Szczerze mówiąc, nie można go było przypisać do żadnej znanej w kosmosie rasy. Oryginał! Takich jak on w konfederacji galaktyk było nieledwie kilku i dawało się ich właściwie policzyć na palcach jednej ręki.
— Popieprzone unikalne egzemplarze, szlag by to trafił — mruknęła z przekąsem. Starała się z nim zaprzyjaźnić, ale bezskutecznie. I nie rozumiała, dlaczego tak uparcie jej się wymykał.
Pierwsza faza operacji polegała na skrupulatnym zbieraniu informacji o odkrytej anomalii — i tę miała już wkrótce za sobą. Zresztą tamci dwaj jej pomogli. Powoli wracała jej równowaga wewnętrzna. Kiedy wychodziła z szumem w głowie, wiedziała dokładnie tyle, ile chciała wiedzieć. Wychwyciła coś, co w intergalaktycznym słowniku nazywało się ekscytozą.
W śluzie mignęło seledynowe światło.
— Ekscytoza — błogo pieściła w myślach tę nazwę. Napawała się nią z radością jak mały dzikus z nietkniętej planety, umiejący cieszyć się byle czym. Na przykład latającymi nad nim ptakami lub rybami, krążącymi pod powierzchnią wody w zakolu potoku. — Eks-cy-to-za!
Rychło dotarła do kanału komunikacyjnego, w którym panował niewielki ruch.
Z rozkoszą powtórzyła to słowo jeszcze kilka razy, a potem zreflektowała się i usiłowała się opanować. Nie powinna była ulegać emocjom. Transporter niósł ją powoli do centrum paroli i w skupieniu zastanawiała się nad tym, co było źródłem wykrytej emisji. Mogły być za nią odpowiedzialne nadmiernie dociekliwe istoty rozumne, usiłujące powoływać do życia sztuczne inteligencje. Rzadko kiedy skutecznie ekranowano tej klasy eksperymenty, z powodzeniem podejmowane w różnych zakątkach imperium. Ale w grę mogły też wchodzić inne, bardziej prozaiczne przyczyny. A jeśli nikt tu nie zawinił? Jeżeli to był tylko przypadek? Poczuła przykre ukłucie w sercu, gdy sobie to uzmysłowiła. Liczyła na coś więcej. Na to, że uda się jej kogoś złapać za rękę i nakryć na gorącym uczynku. Głęboko westchnęła i odepchnęła od siebie zwątpienie. Nie należała do tych, którzy z byle powodu się załamują.
Po południu miejscowego czasu jej nieodgadnieni i nieprzewidywalni szefowie doszli do zaskakującego wniosku, że siódemka zachowała się jak należy. Dziwnym trafem ją rozgrzeszyli, usprawiedliwiając jej wybryk. Miała podjąć tę misję. Spadł jej kamień z serca i mogła już oficjalnie nawiązać kontakt z pokazującym jej plecy Mitosem. Skwapliwie powróciła do siedziby sekcji, by skorzystać ze służbowych łącz. Zgodnie z wymogami procedury czekało ją teraz kompletowanie zespołu interwencyjnego. Wystarczał jej w zupełności jeden agent do pomocy i nie zamierzała ciągnąć za sobą całej armii.
Miała swój styl, a może trochę ją poniosło, i z rozpędu zaproponowała temu malkontentowi, by spotkał się z nią na pancernej powłoce, na zewnątrz stacji, w atmosferze planety, zamiast w przytulnych pomieszczeniach sekcji. Było to cokolwiek przewrotne z jej strony — zdradzała się bowiem przed nim z tym, że nad podziw dobrze zna jego nawyki i że doskonale wie, gdzie i w jaki sposób ten ekscentryk spędza wolny czas. Później zaczęła żałować, że nie zdecydowała się na coś innego, mniej zwariowanego. Nie powinna była wystawiać nosa z paroli. Rzadko kiedy po martwym pokryciu plątali się szanujący się mieszkańcy dysku, gdyż nie było tam niczego ciekawego. Chyba, że kogoś chorobliwie zajmował widok sunących po niebie białych obłoków, ciemnych chmur deszczowych, burz z gwałtownymi wyładowaniami atmosferycznymi lub rysujących się nisko w dole zielonych wyżyn i nizin dziewiczej planety bazy, której nikt nigdy nie skolonizował.
B
arwiąca szkarłatem niebo ciemniejąca kula Rumulusa kryła się za poszarpaną linią horyzontu, a przy umówionej burcie Mitos z niezwykłym skupieniem kontemplował zachód słońca. Panowała błoga cisza. Na tej wysokości cały dzień wiał świszczący wiatr, jednak tuż przed zmierzchem ustawał. Łajdak wyczuł obecność agentki, ale nawet nie drgnął. Nie odwrócił się, żeby się upewnić. Zresztą któż inny mógłby się pojawić obok niego na tej pustej gładzi?
Myślami nieobecny i sterczący jak kołek, wydawał się ją ze wzgardą odpychać i Kimi w mig się zorientowała, że zapowiada się drętwa wymiana zdań. Nadawała na zupełnie innej fali i nie mogła liczyć na miłą pogawędkę. Nie bawiła się więc w powitania i z samozaparciem przeszła do rzeczy. Niewinnie zaczęła tak, jakby powracała do przerwanej przed chwilą rozmowy.
— Nie mogę sobie uzmysłowić, który z wybitnych Styracydów odkrył to osobliwe zjawisko i dlaczego nazwał je ekscytozą — rzekła z udawaną swobodą, jak to sobie zaplanowała, markując przy tym odrobinę konsternacji. — Ale może to nie jest ważne?.. — ustąpiła mu placu, pozostawiając prowokujący znak zapytania.
Swą wyjściową kreację sprytnie dobrała. Pasowała do tego nijakiego miejsca, mimo że Mitos — jak się orientowała — raczej za takimi egzotycznymi osłonami nie przepadał. Upodobniła się do efemerycznych systyk złocistych, gatunku żyjącego na kilku gorących planetach w Dziewięćdziesiątej Szóstej Galaktyce i przypominała dużą kroplę żywej cieczy o wysokim poziomie wewnętrznej organizacji. Ruchliwa powierzchnia mieniła się wszystkimi barwami tęczy. Unosiła się swobodnie w powietrzu, nie dotykając podłoża i leniwie tańcząc.
Skrzywił się, ale nie oderwał wzroku od zachodzącego słońca, które wydawało się działać na niego dziwnie hipnotycznie. Prymitywne cywilizacje oddawały cześć jaśniejącym na firmamencie ciałom niebieskim, uznając je za emanacje bóstw.
— Chodzi ci o Remagnusa IV. Swe odkrycie ogłosił w 6592 roku — ochryple odpowiedział. — A potem z rozwagą pokiwał głową. — Masz rację — nieoczekiwanie zgodził się z Jenarekitką. — Nazwa nie jest ważna, diabła tam! I cała ta wycyzelowana oprawa historyczna — kto, kiedy, z kim i w której galaktyce. Wystarczy, że nie traci się z oczu istoty zjawiska.
Był zabójczo przystojny i męski. Stał pewnie na przypominającej z dala wielki dysk szarej płaszczyźnie paroli, dając Kimi do zrozumienia, że fascynuje go siła grawitacji. Rzadko który gatunek był od niej wolny. W przeciwieństwie do agentki pozwalał, by krążyły mu wokół głowy kryształy informacyjne. Odpowiadała mu obecność tych mikroskopijnych stworów, powstałych ze skrzyżowania sztucznej inteligencji ze światem drobnych owadów z właściwym im instynktem przetrwania. Paradował z nimi wszędzie, gdzie się tylko dało. Przeszło jej przez myśl, że to dowód samotności, bezradności i zagubienia. Chyba jeszcze się nie odnalazł w nowym dla siebie świecie, w którym tkwił od niedawna, a na pewno krócej niż ona.
W takich momentach mu współczuła. Na krótką chwilę wyłoniła się z kropli cieczy, eksponując gładką twarz. Chciała nakłonić Mitosa do współpracy i wykrzesać z niego choćby iskrę zapału. I ostro się do tego zabrała, ale z niewłaściwej strony.
— Natrafiłam dziś, Mitosie, wyobraź sobie, na rzadkie indywiduum, posiadające wybitne umiejętności psychokreatywne — podzieliła się z nim swym odkryciem, tworząc dlań od razu ideologiczną otoczkę. — Wydaje mi się, że ktoś bezprawnie wtargnął na terytoria imperialne, przyczaił się i przygotowuje się do ataku, wywierając niedopuszczalny wpływ na umysły istot rozumnych — składnie objaśniła, jednak mocno przesadzając z oceną zagrożenia.
Syknął, gdy usłyszał jej ostatnie zdanie, brzmiące jak wyzwanie i z nagła się odwrócił. Obrzucił ją niechętnym spojrzeniem, dopiero teraz ze zdumieniem sobie uzmysławiając, że upodobniła się do systyk. Samice tego gatunku miały półprzeźroczyste otuliny, te jednak ciemniały, kiedy w pobliżu pojawiały się samce. Jeśli chciałby ją sobie lepiej obejrzeć, musiałby się odrobinę cofnąć.
Ruszyli powoli brzegiem paroli, mając wciąż przed sobą gasnące słońce. On stawiał wyważone kroki, ona swobodnie płynęła obok niego.
— Eee... Nonsens. Nie sądzę... — wzgardliwie wzruszył ramionami. — Galaktyki są pod dobrym nadzorem — drętwo zripostował. — Nikt nie jest w stanie przekroczyć naszych granic i nie zwrócić na siebie uwagi. A uzbrojone po zęby patrolowce?
Chmara drobnych ptaków przefrunęła obok paroli.
— Tak ci się tylko mówi, Mitosie — odcięła się, zezując na niego spoza świetlistej zasłony. — Założono przed wiekami, że układy gwiezdne są znakomicie strzeżone, to prawda — cierpliwie ciągnęła — ale cząstką tego założenia było błędne przeświadczenie, że w głąb naszego imperium mogą się wdzierać jedynie słabsze rasy, zatem dysponujące uboższą techniką. Czy nie sądzisz — zwróciła się do niego — że wcześniej czy później możemy nadziać się jak na widelec na cywilizację, przewyższającą nas poziomem rozwoju, a przy tym wcale nie nastawioną pokojowo?
Krążące wokół głowy Mitosa kryształy skupiły się przy jego uchu, przekazując mu pilną wiadomość. Przystanął, w skupieniu marszcząc brwi. Potem ruszył dalej. Znamienitej społeczności styracańskiej nie cechował kompleks niższości. Od stuleci pompatycznie uznawano, że powstałe imperium jest tworem najdoskonalszym we wszechświecie i — jak dotąd — nic nie było w stanie zachwiać tym przeświadczeniem.
Parsknął z niechęcią.
— A zatem mamy do czynienia z inwazją? Z początkiem nowej wojny po wiekach niebiańskiego pokoju? — spytał z niejaką ironią. — Może jesteśmy od dawna inwigilowani, lecz o tym nie wiemy, a wróg skutecznie opanował nasze systemy zarządzania, dopiero teraz nierozważnie się demaskując?
Kropla cieczy poruszyła się jak uderzona i zaczęła zmieniać barwy. Drań zaczynał się z nią kłócić. Był spięty, a przez to nadpobudliwy. Jenarekitka jednak nie przypuszczała, by jej partner umiał prawidłowo odczytać mimowolnie wysyłane przez nią sygnały. Nie znał przecież świetlnego języka systyk złocistych.
Stali tuż przy krawędzi dysku, zerkając ciekawie w przepaść. Milcząco poszła za jego gniewnym spojrzeniem. Na błękitnym niebie znaczyły się już dwa księżyce, oba w nowiu, a wkrótce miał wzejść trzeci. Nie wiedziała, że często bywał na jednym z nich. Powierzchnia paroli była nagrzana słońcem. Materiał, z którego została wykonana, oddawał teraz ciepło do atmosfery przy akompaniamencie cichych i melodyjnych pogwizdywań. Oblane czerwienią obłoki kusząco zachęcały do akrobacji. Kilkunastu śmiałków z przyczepionymi do kończyn miniaturowymi technograwami popisywało się w oddali. Tuż nad horyzontem znaczyły się zarysy sąsiedniej paroli i zapewne z niej pochodzili.
— Być może, przesadzam w ocenie tego zjawiska — niby to ustępliwie rzekła Kimi, zmieniając nagle taktykę. Nie chciała, by czupurnie skakał jej do oczu. — Ale skoro włączyłam już pomarańczowy program alarmowy, a ciebie wyznaczyłam do tego zadania, nie pozostaje ci nic innego, jak ochoczo zabrać się do pracy... — po kobiecemu ucięła, przywołując go do porządku.
W obliczu takiej argumentacji musiał ulec. Z żalem pożegnał w myślach ciągnący się pod parolą potężny masyw górski. Strzelające ku niebu majestatyczne szczyty pokrywała wieczna zmarzlina. Uwielbiał ten zakątek planety i kilka razy spłynął na dół, by odwiedzić dzikie przełęcze. Właśnie po jednym ze zboczy ruszyła śnieżna lawina i ta na chwilę przykuła jego uwagę.
— Trudno — niechętnie mruknął. — Dałem się wrobić w rolę agenta sił imperialnych, więc nie mam wyboru. Muszę wywiązywać się z obowiązków. Gdybym się jeszcze raz decydował... — zawiesił głos, nie kończąc.
Popadł w chwilową zadumę. Wiedział o tym, że silnych oddziaływań telepatycznych nie wolno lekceważyć. Pochodzący z Szesnastej Galaktyki Euremerowie posługiwali się dawniej tą złośliwą bronią w walce z innymi gatunkami. Na orbitach planety, którą zamierzali podbić, umieszczali najpierw nośniki z silnie dezorientującymi programami psychicznymi. Wywoływali chaos, a gdy już doszło do zbiorowej histerii, a w rezultacie do całkowitej dezorganizacji życia społecznego, lądowali w krążownikach na powierzchni, przejmując władzę i bezwzględnie dyktując rzuconej na kolana rasie swoje prawa. Niekiedy obywało się bez jednego wystrzału.
Zdecydowali się na powrót do paroli. Goniące wokół głowy Mitosa kryształy jakby czekały na tę chwilę. Wpadły do ledwo widocznego otworu w płaszczyźnie dysku. Szare podłoże natychmiast się załamało, a miękki ciąg pola siłowego sprawił, że agenci znaleźli się bezpiecznie w kanale komunikacyjnym.
R
ola bezpośredniego kontrolera przypadła w udziale Eukalipanusowi. Ten był pogodnym Zelusem, otwartym i życzliwie nastawionym do otoczenia. Nie miał zadatków na kąśliwego i zgryźliwego starca, czerpiącego radość z zatruwania innym życia. Kimi skrycie się ucieszyła, gdy dowiedziała się, że tego właśnie dostojnika wyznaczono, by czuwał nad jej pochopnym przedsięwzięciem. Chociaż należał do Najwyższej Rady, to jednak władza nie przewróciła mu w głowie, a podległym sobie agentom z reguły pozostawiał wolną rękę, pozwalając im działać według własnego uznania. Tego dnia zrezygnował z zamiaru odwiedzenia górnej konsoli, zwykle to czynił przed każdą akcją, a zamiast tego wezwał Kimi i Mitosa, by stawili się w jego prywatnych apartamentach. W szacownej osi paroli mieściły się najważniejsze instytucje. Zaskoczeni zaproszeniem, wybrali się tam z duszą na ramieniu, licząc na to, że wpływowy dygnitarz ograniczy się do krótkiej kurtuazyjnej rozmowy i że na tym poprzestanie. Nie byli nawykli do składania wizyt w tak wysokich progach. Zabiegających o obywatelstwo niby to w dobrej wierze półgębkiem przestrzegano, by kręcąc się w pobliżu tego pilnie strzeżonego pionu na siebie uważali, gdyż ci którzy poważą się tam lekkomyślnie wejść, mogą już nie wrócić, ale na doświadczonych agentach takie kpiarskie opowiastki nie robiły wrażenia. Nie brali ich strachliwie za dobrą monetę. Tym niemniej licho nie spało. Tylko ktoś nierozważny narzucałby się imperialnym prominentom i zakłócał ich spokój.
Jak dobrych znajomych przyjął ich poufale w zaciszu domowego niby-sanktuarium, dając tym samym subtelnie do zrozumienia, że darzy ich niejakimi względami. Kimi uznała to za sprzyjającą wróżbę. Gdyby im się przypadkiem podwinęła noga, mogli liczyć na to, że dyskretnie stanie w ich obronie. Jak wszyscy Zelusowie, wyglądem przypominał sporawego pomarszczonego grzyba. Jego głowa rozszerzała się u góry, tworząc szeroki kapelusz. Duże brązowe oczy spoglądały otwarcie i szczerze.
Pozwolił im usiąść. Przy portalu mocy migotało czerwone światełko.
— Mówicie zatem, że doszło do ekscytozy? — zapytał łagodnym śpiewnym głosem, który wydawał się trochę nie pasować do jego topornej postury. Podciągnął szerokie rękawy purpurowej szaty. I nie czekając na potwierdzenie, zaczął niespiesznie dzielić się posiadaną wiedzą — jakby po to, by udowodnić dwójce agentów, że trzyma rękę na pulsie i że jest przygotowany do nadzoru nad tą misją: — Ekscytoza jest stanem zdradliwego pobudzenia, któremu ulega organiczne otoczenie emitującego obiektu. Okazuje się szczególnie niebezpieczna dla istot o silnie rozwiniętym systemie nerwowym, takim jak my, zatem podatnym na różne koniunkturalne wpływy. Kto się w porę nie zabezpieczy, może stracić kontrolę nad sobą i wyczyniać różne cuda. Odkąd wiemy, że te silne oddziaływania telepatyczne są uchwytne — między innymi — na poziomie subprzestrzennym, odtąd analizując źródła emisji uwzględniamy również bardzo odległe obiekty. Zdaje się, że Kimi na jedno takie niezdrowe medium natrafiła...
Jenarekitka milcząco przytaknęła. Faktycznie, Eukalipanus orientował się, co zaszło. Było jej to na rękę. Miała cichą nadzieję, że Mitos nie będzie wtrącać się do wywodu członka Najwyższej Rady, ale się pomyliła. Dowcipniś musiał się popisać.
— Zdradliwa? Niebezpieczna? Niezdrowa? Ekscytoza nie musi być groźna — jej partner parsknął niecierpliwie, zabierając głos w najmniej odpowiednim momencie. — To zależy od tego, ku czemu zmierza ów silnie emitujący podmiot. A niekiedy wchodzą w grę godne pochwały intencje... — zerknął na pobladłą Kimi, która zrobiła wielkie oczy i wreszcie ugryzł się w język.
Nie należało nachalnie przerywać członkowi Najwyższej Rady i kwestionować jego punktu widzenia. „Więcej taktu, młocie!” To było niefortunne, Mitos miewał pomysły z piekła rodem, jednak Eukalipanus nie poczuł się urażony. Nie usiłował okazać, że dotknął go ten afront. Cichuteńko się roześmiał, odsłaniając rzędy perłowych zębów, a jego kapelusz zaczął kiwać się na wszystkie strony.
— He, he, he... Jaka szkoda, że nie tworzymy jaźni kolektywnej — z ubawieniem i wirtuozerią odbił piłeczkę. — Może wtedy nie skakalibyśmy sobie do oczu!
Riposta była celna i jego rozmówca dziwnie się skurczył. Przed laty Mitos był przecież członem jaźni zespolonej, do czego wstydził się przyznawać przed otoczeniem. Przelewający się galaretowaty mózg wypełniał niecki zagubionej planety i tworzył jej gęste morza i oceany. Niemal cała aktywność tego zagubionego w kosmosie myślącego tworu o niewiadomym pochodzeniu wiązała się z kreacjami różnych wewnętrznych modeli rzeczywistości. Powstawały one i ginęły, niby pod ręką kapryśnego demiurga, dostarczając podniet pięciu przenikającym się monadom, których w ogóle nie zajmował świat zewnętrzny. Po interwencji Styracydów psychoczłony rozdzielono i nasycono wiedzą o kosmosie. Miał wystarczające predyspozycje psychiczne, by ostać się w międzygalaktycznej społeczności. Został oficjalnie wypromowany przez władze i nadano mu obywatelstwo. Pozostałe monady spotkał zresztą podobny los.
— No tak. Wygłupiłem się. Przepraszam! — wyjąkał, godząc się z tym, że momentami brakuje mu taktu.
Eukalipanus skinął wielkodusznie. Mógł sobie pozwolić na wspaniałomyślność, bo dysponował druzgoczącą przewagą, o czym dobrze o tym wiedział. Złożył dłonie w geście, który miał wyrażać zastanowienie.
— Wybierzecie się we dwoje do... Galaktyki Sto Siedemdziesiątej Piątej, by przyjrzeć się z bliska temu zjawisku — skwitował, nie mając już ochoty na kontynuowanie wykładu. — I przypuszczam, że będzie to dla was bardzo pouczająca wyprawa. Co mówię, ekscytująca wycieczka... — dodał z lekkim przekąsem, który tym razem odnosił się do Kimi. — Przyjrzycie się temu intruzowi, a potem zdacie mi relację z tego, do czego żeście doszli — zakończył, dostojnie podnosząc się z miejsca i wygładzając dłonią fałdy szaty. — Szczegóły strategii już mnie nie obchodzą, to wasza sprawa. I oby nikt się na was nie skarżył, bo byłbym w nie lada kłopocie — przewidująco dorzucił. — No i żebyście sami nie wpadli w strefę wpływów tego maszkarona. Chyba wszystko jasne, nie?..
Zgodzili się z nim bez słowa i podnieśli się, kłaniając się ceremonialnie.
— Niech moc będzie z wami! — rzucił na pożegnanie, odprowadzając ich do wyjścia.
