Temat z pozoru wyświechtany i banalny — miłość klonowanego androida i człowieka, rzecz nie taka niezwykła we współczesnej prozie science fiction, eksploatującej wszelkie możliwe motywy.
Dla autora tej mikropowieści
jest on wszakże pretekstem,
by zająć się ostrożną psychologiczną analizą związku olśniewająco pięknej młodziutkiej kobiety i dużo starszego od niej mężczyzny.
M e n u
Mikropowieści
Czytaj...
Zamarła przy wejściu do wyłożonego marmurem wysokiego salonu. W milczeniu stała, z oddaniem wpatrując się w pochłoniętego myślami Raoula. W takich chwilach czas się dla niej nie liczył.
więcej...>Profesor przywitał go z miną zwycięskiego wodza, tryskał energią i emanował niezwykłą pewnością siebie.
więcej...>Siwobrody kapitan majestatycznego „Olafa” z wyczuciem wcielił się w podniosłą rolę urzędnika stanu cywilnego. To nie był jego debiut.
więcej...>Stateczna i chłodna dama była stryjenką Raoula. Podstarzała rezydencja, którą od lat zajmowała, kojarzyć się mogła z zamierzchłym okresem neosecesji.
więcej...>Niecierpliwie tłumił w sobie tę pokusę. Niepokoiła go od czasu do czasu, powracając niby targana wiatrem fala i drażniąc jego zmysły, ale nie pozwalał jej dojść do głosu.
więcej...>Mikropowieść SF z tomu «Przyloty na Ziemię»
Część piąta
N
iecierpliwie tłumił w sobie tę pokusę. Niepokoiła go od czasu do czasu, powracając niby targana wiatrem fala i drażniąc jego zmysły, ale nie pozwalał jej dojść do głosu. Były bowiem granice, których dbający o zachowanie twarzy facet nie przekraczał. Nie chodziło o wielkie słowa, o przyzwoitość i uczciwość, o moralność i obyczajność, o etos wojskowego z dużą klasą, czy o zasady, wiążące nobliwego dżentelmena, ale o najzwyklejszy pod słońcem szacunek dla samego siebie. Pewnym zachciankom się nie ulegało — i tyle! Tego dnia jednak przekonał się, że wznosił iluzoryczny domek z piasku. Niestety, był żałosnym samcem, idącym za głosem prymitywnego instynktu. Nie umiał oprzeć się żądzy, mimo że szczycił się zawsze tym, iż jest opanowany i powściągliwy. Czy nie powinien był czuć odrobiny obrzydzenia do samego siebie?
Owiraptory ścigały się jak szalone dookoła basenu i spoczywając obok Afrodyty przez dobrą minutę śledził w napięciu ich harce. Potem zebrał się na odwagę. Usiadł przy niej po turecku. Wstydliwie odkaszlnął i zapytał, przezwyciężając zażenowanie:
— A gdybym nie poprzestał na tobie i zafundował sobie jeszcze jedną panienkę do towarzystwa? Drugą przyjaciółkę od serca i niby-żonę? Co byś na to powiedziała? Sprawiłbym ci tym przykrość?
Podzielił się z nią tym, co go nurtowało, płochliwie umykając zaraz wzrokiem i usiłując sprawić wrażenie, że interesują go tylko obłoki, rysujące się na tle błękitu. Obawiał się, że kompromituje się w jej oczach. Dopadło go wrażenie, że te kretyńskie pytania zawisły gdzieś w próżni i że nigdy nie usłyszy na nie odpowiedzi.
Nie kazała mu długo czekać. Niepewnie zatrzepotała powiekami, bo wybił ją z rozkosznego półsnu. Skierowała twarz w jego stronę, jednak nie znikł z niej wyraz słodyczy.
— To ty decydujesz, drogi Raoulu, nie ja — nie namyślając się, cichutko odrzekła. — Liczy się twoje szczęście i tylko ono jest dla mnie ważne... — z oddaniem zaszczebiotała.
Rzuciła tę kwestię gładko i z czarem, a zabrzmiała tak jak dawno temu wbite do głowy credo. Boże ty mój, grzechem byłoby je zapomnieć! Umiała się znaleźć w każdej sytuacji i pod tym względem okazywała się zawsze bez zarzutu. Wiadomo, savoir-vivre androida klasy zerowej...
Podejrzliwie jej się przyjrzał. Nie traciła nigdy stoickiego spokoju i to go niekiedy irytowało. Gdyby chciał w ten perfidny sposób wbić jej szpilę, to dokumentnie minąłby się z celem. Spłynęło to po niej bowiem jak woda po kaczce. Przeszło mu przez myśl, że gdyby ugrzązł w związku z krewko reagującą kobietą, taką o diablo ognistym temperamencie, ta pewnie w porywie złości przylałaby mu w mordę, na odlew, raz i drugi, nie czekając na to, czym jeszcze w samczych porywach będzie próbował ją zaskoczyć.
— Niemożliwe! Zaakceptowałabyś jej obecność? — nie chciało mu się wierzyć i z uporem maniaka zaczął wiercić jej dziurę w brzuchu, a jego brwi powędrowały wysoko w wyrazie niebotycznego zdumienia.
— Jasne! Ma się rozumieć. Jeżeli ty ją pokochasz, to ja też — z anielską cierpliwością potwierdziła, zaś jej oczy zdradzały, że mówi najszczerszą prawdę.
— Aha! — mruknął z niejaką ulgą. Przestał nerwowo kręcić młynka i wyciągnął się obok niej na plecach. Stopniowo godził się z tą myślą i wracała mu pewność siebie. Jednak zaraz niespokojnie się poderwał, nadal drążąc ten frapujący temat i nie chcąc pozostać bez kropki nad i: — A co sądzisz... eee... o seksie we troje?
Przez króciutką chwilę wydawało mu się, że strategom z „Body Perfect” zabrakło wyobraźni i że nie przewidzieli tak kłopotliwej, jeśli nie niedorzecznej sytuacji.
— Już ci odpowiedziałam, drogi Raoulu. Jeśli ty ją pokochasz, to ja też... — potwierdziła to tak, jakby chodziło o coś arcybanalnego i nie budzącego wątpliwości.
Przestał wisieć jej na ustach i pogrążył się w pełnej znaków zapytania zadumie. Usłyszał, co chciał, jednak to wszystko nie mieściło mu się w głowie. Z bólem serca wykoncypował, że jednak ci chciwi dranie uwzględnili tak występny scenariusz. Co za chytre lisy? Dopiero teraz błysnęło mu pod czachą, że przecież w ich podłym interesie leżało, by nabycie pierwszej dupci nie uniemożliwiało klientowi kupna następnej. Produkt był produktem, niczym więcej.
— Heh! — wypuścił z płuc powietrze. — Wpadła mi w oko taka, ma na imię Iryda — wyjawił ze smętkiem w głosie.
Afrodyta nie wiedziała, że po kilku dniach wahań z duszą na ramieniu wdepnął do wiadomej firmy, a tam z wypiekami na twarzy kilka razy przekartkował cały katalog. Nie połakomił się już na obejrzenie filmowych reklamówek z wytypowanymi pannicami, bo wymiótł go stamtąd wstyd. Obawiał się kpin i wydawało mu się, że pracownicy zezują na niego ze skrytym współczuciem jak na godnego pożałowania, śliniącego się erotomana, którego czym prędzej należy wysłać na dłuższe leczenie.
— Kiedy się do nas wprowadzi? — jak gdyby nigdy nic zapytała, a jej chabrowe oczy wyrażały jedynie niewinną dziecięcą ciekawość.
Rozdziawił gębę, nie kryjąc zaskoczenia.
— No, nie wiem! — usprawiedliwiająco wymamrotał. — W gruncie rzeczy... — żałośnie zachrypiał, zaczynając się wycofywać — nie podjąłem jeszcze decyzji. Nic na serio. Tak po prostu... zapytałem... z ciekawości. Chciałem wiedzieć, jak się na to... eee... zapatrujesz... Bo gdybyś była przeciwna, to... Albo gdybyś miała… cień wątpliwości...
Wyciągnął się znowu, wystawiając twarz do słońca i pokonany przymknął oczy. Dziewczyna rozsiewała delikatny zapach egzotycznych kwiatów. Niepokoiła go niekiedy myśl, że się od niej uzależnił jak od niebezpiecznego narkotyku, ale szczerze mówiąc z pewnością było to dużo lepsze od dawnej samotności. Wprawdzie umiał cieszyć się ciszą i brakiem zajęć, jednakże kiedy poznał Afrodytę przestało mu to wystarczać. Dlaczego jednak chodził mu po głowie ten szalony pomysł? Czy był mu potrzebny do szczęścia drugi android? Czy nie groziło mu, że wpadnie z deszczu pod rynnę? Wykoncypował, że to chorobliwe pragnienie zakiełkowało w nim już wtedy, kiedy po raz pierwszy zagościł u mieszkającego niemal po sąsiedztwie emerytowanego komandora z Urana, cieszącego się posiadaniem dwóch skośnookich gejsz. Cóż za słodkie istoty! Wrócił myślami na Ziemię do przebojowej stryjenki. Mieli szczęście i zgarnęli pospołu niezły szmal, bo za ujęcie zbirów, którzy wpadli w ręce Afrodyty wyznaczono niemałą nagrodę. Ci byli poszukiwani w całym Układzie Słonecznym. Staruszka zrzekła się swojej części na jego rzecz, więc od razu przyszło mu do głowy, że mógłby zainwestować w nową pannicę z „Body Perfect”. Nie, nie chodziło mu o bezustanne nurzanie się w rozkoszy. Usiłował dociec, jakie skryte intencje nim kierowały, bo był przekonany, że zwykle działa racjonalnie. Czy przypadkiem instynktownie nie szukał asekuracji? Jego myśli leniwie błądziły wokół tej sprawy. Szczerze mówiąc, po nocnej akcji w posiadłości stryjenki powinien był zacząć bać się o swoje życie. Ta szemrana grupa przemytnicza, którą pozbawił złóż retelitu, mogła przecież znowu próbować dobrać mu się do skóry. Tacy maniacy z przedziwnym uporem wyrównywali rachunki. Rozsądek mu podpowiadał, że nie zaszkodziłoby mieć jeszcze jednego, równie dobrego jak Afrodyta ochroniarza. A dzięki niespodziewanej nagrodzie mógł sobie na takiego pozwolić.
— Taaa... tego się będę trzymać... — z ulgą mruknął do siebie, pozostając przy tej odkrywczej konkluzji.
— Czego, Raoulu?
Musiał jej to powiedzieć.
— Myślę, że z tobą i z... Irydą byłbym bezpieczniejszy. To na wypadek, gdyby tamci znowu usiłowali mnie dopaść.
— Spodziewasz się, że powrócą? — zapytała.
— Mam nadzieję, że nie, ale kto wie? — westchnął z udawaną rozterką.
Z miną doświadczonego przez okrutny los cierpiętnika, który musi sięgnąć po nieetyczne środki, żeby ocalić własną skórę, obrócił się na drugi bok. Jego płoche myśli pomknęły w stronę banku, prowadzącego mu rachunek. Starannie obliczył, ile mu ubędzie z konta.
P
rofesora omal nie zamurowało na jego widok. Znieruchomiał na środku gabinetu, robiąc wielkie oczy. Jakby zapomniał o tym, że wcześniej czy później niepoprawny młokos będzie musiał pojawić się przed jego surowym obliczem i zdać sprawę ze śmiałych poczynań na kosmicznych szlakach. Jednak w jednej chwili się otrząsnął.
— Nie wierzę, odnalazł się nasz wagabunda! — nieco łaskawie zauważył, choć nie bez nuty starczego przekąsu w głosie. — Ha, ha, ale już jako młody Ziemianin, nie Diananin... — sucho się roześmiał, ubawiony własnym poczuciem humoru. — Długo cię nie było, prawie zapomniałem, jak wyglądasz.
Niedbale pokazał mu ręką krzesło i Paul z ulgą usiadł, ciekawie rozglądając się wokół siebie. W gabinecie nic się nie zmieniło, za oknem znaczył się widok na laboratoria, biurko stało jak stało, tyle tylko że przybyła niewielka doniczka z kwitnącą żółto opuncją. Nie wiadomo, dlaczego, przyszedł mu na myśl symboliczny kaktus, umieszczony w godle Meksyku. Tam na kolczastej roślinie wspierał się orzeł z upolowanym wężem w dziobie. Dawni Indianie znali halucynogenne właściwości pewnych gatunków kaktusa i wykorzystywali rośliny do celów rytualnych. Posiadacz uroczego klona nie pokusił się jednak na to, by odwiedzić Amerykę Łacińską, a wybrał Europę.
— Stęskniłem się za panem — ulegle powiedział.
Tamten też usiadł. Z namysłem pokiwał głową.
— No i jak tam? Miałeś po powrocie dwa tygodnie urlopu. Nie popuściłeś, wykorzystałeś go do ostatniego dnia, jak widzę, ani minuty krócej.
— Próbowałem tu zajrzeć, kiedy zdawałem sprzęt, zaraz po przylocie. Ale pana nie zastałem — usprawiedliwił się w te pędy.
— Tak? Nie wiedziałem. To miło! — poczuł się udobruchany. — A sądziłem, że całkiem o mnie zapomniałeś…
Rudzielec zajął się relacją.
— Warto było wybrać się w tę podróż, nie da się ukryć. Ziemia okazała się fascynująca. Kocham za to naszą firmę! — rzucił z aplauzem. — Nowy Jork, potem Toronto. Wspaniałe ośrodki miejskie. Odwiedziliśmy też Ateny. Tamci wybrali się na Akropol.
Profesor skupił uwagę na jego pokrytej drobnymi piegami chłopięcej twarzy, szukając sobie tylko wiadomych zmian. Jednak ich nie znalazł. Paul był taki sam jak przedtem.
— Spotkały cię jakieś przykrości? — zapytał z zaciekawieniem. — Niespodzianki? Kłopoty z tą lalą?
Rudzielec zaprzeczył.
— Nie — odpowiedział. — Ten Dupont ani razu mnie nie wzywał. Ani w drodze, ani na miejscu. Gorzej natomiast było z tymi fachmanami, którzy w Nowym Jorku mną się zajęli. Kogóż to nasza firma tam trzyma? Co za typki. Pan sobie nie wyobraża, jacy to...
Naukowiec niecierpliwie machnął ręką, nie pozwalając mu dokończyć.
— Jacy są, tacy są — parsknął. — To mnie nie obchodzi. — Były tematy, które niechętnie poruszał. — No więc mówisz, że z tą modelką nie miałeś kłopotów? Spisywała się na medal?
Chłopak przytaknął, zezując na róg biurka. Spod sterty papierów wydostał się maleńki żółw. Rozpoczął marsz w kierunku profesora i Paulowi przez moment się wydawało, że ten się odrobinę zmieszał.
— Jest znakomita. I w roli kochanki, i w roli ochroniarza. I właściwie trudno orzec, w której jest lepsza — trzymał się tematu. — Pan wie, te programy...
— Wiem — uciął profesor. Zapadło na chwilę milczenie. Tamten złapał żółwia i umieścił go przed sobą jak ruchomą zabawkę. — To, co? Wracasz do pracy? — zapytał.
Dopiero w tym momencie chłopak sobie uprzytomnił, że ten żółw jest sztuczny. A wyglądał jak prawdziwy.
— Tak, tylko nie wiem, czy... Bo w gruncie rzeczy nie przyszło mi do głowy…
— Twój boks jest wolny — stary rozwiał jego wątpliwości. — Wczoraj któryś z informatyków z góry robił tam porządki. Niechybnie z myślą o tobie.
— To świetnie — Paul zatarł ręce. Rwał się do roboty i wydawało się, że zaraz odfrunie.
— Hola, hola. Ale nie wiesz wszystkiego! — tamten go zatrzymał przy biurku. Nie chciał się z nim jeszcze rozstawać. — Ta... Iryda. Pamiętasz, obwiesiu?
Młokos się zaniepokoił, że profesor chce wrócić do incydentu sprzed tygodni.
— Pamiętam.
— Wyobraź sobie, że znalazł się na nią nabywca. I pewnie nie zdziwisz się, kiedy dowiesz się, kto się na nią połakomił.
Chłopak miał oczy jak talary. Intensywnie wpatrywał się w pokryte zmarszczkami oblicze przełożonego, jakby szukał w nim natchnienia.
— Ten Dupont? — wreszcie zapytał, doznając olśnienia.
Profesor przytaknął.
— A jak, on, takie buty! — odsapnął.
Rudzielec wstydliwie spuścił wzrok, a na jego twarz nieoczekiwanie wypełzł rumieniec. Po chwili przemógł się i podniósł głowę.
— Serio? Kiedy się zdecydował? — miauknął, ostrożnie sondując starego.
Tamten zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć.
— Był tu w ubiegłym tygodniu, by uporać się z ostatnimi formalnościami. Taka tam prawnicza kosmetyka. Przypadkiem otarłem się o niego na górze — cmoknął. — Facet się sprężył, nie da się ukryć. — I dorzucił: — Z ciekawości zajrzałem wczoraj do inkubatorni, wyobraź sobie, by zobaczyć, co z tego wyniknie. Popyt nie maleje, trzy inne panny też są w drodze. Ciebie tam nie wpuszczą! — zaraz zdecydowanie zaznaczył, widząc niezwyczajne ożywienie w oczach chłopaka. — Skończyli faszerować mózg, a teraz zabierają się za budzenie klona — odkaszlnął w zwiniętą dłoń. — Za dzień lub dwa laska będzie jak się patrzy. — Potem z namysłem pokiwał głową. — Dobra robota, do diaska, to lalunia ostra jak brzytwa. Pełna wigoru. Nie pozwoli mu spocząć na laurach.
— Taaa... Ma doskonały prawy sierpowy — cierpko skwitował Paul, odruchowo macając sobie szczękę.
Profesor zdawał się go nie słyszeć. Co innego chodziło mu po głowie.
— Cóż to za duet, jak on z tego wybrnie? — wybąkał w zamyśleniu. Złagodniał na moment, jakby puściły w nim jakieś hamulce. — Anioł i diabeł, jak pragnę zdrowia, niby to w jednej tanecznej parze. Czy wiesz, do czego ona jest zdolna? Nie uwierzysz! — zwrócił się znowu do chłopaka. — Posiada przewyborny dar przewidywania zagrożenia, to jakaś forma zwierzęcego instynktu. Z góry wie, skąd przyjdzie atak i jest w stanie go uprzedzić. Uderza, jeszcze nim napastnik zdecyduje się na bezpośrednią konfrontację. Czyni to odruchowo i nie można jej powstrzymać.
Tamten otworzył z wrażenia usta.
— Ale jajca — rzekł po chwili. — To ten Dupont może mieć niezłe kłopoty.
Stary się skrzywił i zatarł ręce.
— Może tak, a może nie. Pożyjemy, zobaczymy. A zresztą, to nie nasza sprawa — zakończył. — Niech się o to martwią inni.